Clicks1.8K
pl.news
102

Kardynał Burke tłumaczy, dlaczego "interesuje się" rytem trydenckim

Ryt trydencki [w przeciwieństwie do Novus Ordo] jest "najpiękniejszą formą rytu", powiedział kardynał Raymond Burke dla InfoVaticana.com 4 czerwca.

Podkreślił, że ten ryt "błogosławił Kościołowi przez ponad 1400 lat" i jest "niemożliwe", by Kościół zgubił jego piękno.

Burke zacytował Benedykta XVI: "to, co piękne i prawdziwe nie może teraz stać się brzydkie i fałszywe".

"Obchodzi mnie cenne dziedzictwo boskiego kultu, które jest przekazywane od apostołów i dlatego interesuję się tym rytem", dodał Burke.

#newsTxsgsiryvl
wiesiekadam likes this.
adan2
po komentarzach poniżej można by wywnioskować że śmierć mózgu to brak rytu trydenckiego ....hmm ,coś w tym jest
wacula
No skoro nie ma Śmierci mózgu CZY To znaczy że mózg Żyje wiecznie?
Elkam
@wacula - Cudzysłów wacula, rozumiesz ? CUDZYSŁÓW ! Druga klasa podstawówki.
Nieeeeeee,gdzie tam... Jak serce umiera , nie ma doplywu krwi wiec wszystko umiera, tez mozg. Mowi sie o smierci mozgu jak jeszcze serce bije. To wlasnie jest klamstwo.
wacula
Elkam
-No postaraj się napisać dla mnie coś milszego .To chyba będzie milsze dla wszystkich, jak myślisz?
Elkam
@wacula - Cóż to ? Prawda Ci niemiła ?
wacula
predex
„śmierć mózgu” to kłamstwo

Ceniony neurolog udowadnia, że „śmierć mózgu” to kłamstwo

Strona główna > Wiadomości

fot. I.Viacheslav/Shutterstock.com
#NEURONAUKA #NEUROLOGIA #DR CICERO G. COIMBRA #ŚMIERĆ MÓZGU #TRANSPLANTACJE #POZYSKIWANIE NARZĄDÓW #CYWILIZACJA ŚMIERCI #KŁAMSTWO MEDYCZNE #KŁAMSTWO ŚMIERCI MÓZGU

„Śmierć mózgu” to kłamstwo szerzone przez …More
„śmierć mózgu” to kłamstwo

Ceniony neurolog udowadnia, że „śmierć mózgu” to kłamstwo

Strona główna > Wiadomości

fot. I.Viacheslav/Shutterstock.com
#NEURONAUKA #NEUROLOGIA #DR CICERO G. COIMBRA #ŚMIERĆ MÓZGU #TRANSPLANTACJE #POZYSKIWANIE NARZĄDÓW #CYWILIZACJA ŚMIERCI #KŁAMSTWO MEDYCZNE #KŁAMSTWO ŚMIERCI MÓZGU

„Śmierć mózgu” to kłamstwo szerzone przez międzynarodowy, wart miliardy dolarów przemysł pozyskiwania organów – mówi ceniony brazylijski neurolog, dr Cicero G. Coimbra. I przedstawia niezwykle jasne argumenty na rzecz tej tezy.

Dr Cicero G. Coimbra to neurolog i profesor neuronauki na Federalnym Uniwersytecie São Paulo w Brazylii. Kłamstwem o „śmierci mózgu” zajmuje się od wielu lat, często spotykając się z tego powodu z dużymi problemami, także prawnymi. W rozmowie z portalem „LifeSiteNews” naukowiec wskazał, że ponad dwóch dziesięcioleci istnieją bezapelacyjne dowody obalające tezę o „śmierci mózgu”, ale lekarze boją się o tym mówić. Są zastraszeni przez niezwykle wpływowe lobby medyczne, które żeruje na pozyskiwaniu organów od tak naprawdę żywych pacjentów.

Jak wskazał dr Coimbra, o „śmierci mózgu” zaczęto mówić w 1968 roku, choć nie było wówczas żadnych dowodów potwierdzających taką hipotezę.

- Pod koniec lat 60. [XX wieku] pierwsza transplantacja serca wykonana przez chirurga Christiaana Barnarda w RPA wywołała potrzebę pozyskiwania możliwych do przeszczepienia pojedynczych niezbędnych organów od tych pacjentów, których uznano za „beznadziejnie pogrążonych w śpiączce”- powiedział.

Jak wskazał, w Medycznej Szkole Harvarda zwołano komitet, który zdecydował określać kondycję medyczną takich pacjentów mianem „śmierci mózgowej”, tak, by umożliwić usuwanie niezbędnych organów i przeszczepianie ich innym chorym.

- Nazywanie tych pacjentów „martwymi” umożliwiło owemu zwołanemu ad hockomitetowi ominąć wszystkie problemy prawne związane z pozbieraniem niezbędnych organów od pogrążonych w śpiączce pacjentów, którzy nie mieli szans na wyzdrowienie według przekonań i naukowej wiedzy medycznej dostępnej w tamtym czasie, to znaczy pod koniec lat 60.- wskazał dalej.

- Fundamentalnym błędem było uznawanie mózgów takich pacjentów za „nieodwracalnie” uszkodzone – a uszkodzenie mózgu postrzegano wówczas jako nieodwracalne, taka była w tamtym czasie ograniczona wiedza. Później, z biegiem czasu, nowa wiedza i naukowe osiągnięcia neurologiczne przyniosły inne koncepcje odnośnie tego, co tak naprawdę dzieje się z tymi pacjentami– stwierdził naukowiec.

Uważano mianowicie, że jeżeli mózg nie daje żadnych znaków aktywności, to jedyną tego przyczyną może być brak krążenia krwi w tym organie. Brak krążenia tymczasem, sądzono, musi prowadzić do nieodwracalnego zniszczenia – i to w ciągu zaledwie kilku minut. Stąd zaczęto mówić o „śmierci mózgu”.

- Problem w tym, że w latach 80. wszystko zaczęło się zmieniać – zaznaczył dr Coimbra. - Praktyka przeszczepiania niezbędnych organów rozprzestrzeniła się już na świecie, ale w latach 1984 i 1985 eksperymenty przeprowadzone na zwierzętach – na gryzoniach – wykazały, że obniżenie przepływu krwi do mózgu o 50 procent sprawia, iż mózg się wycisza. Nie ma dość energii by podtrzymać to, co nazywamy „aktywnością synaptyczną”- wyjaśnił. Tej aktywności nie było, ale to nie znaczy, że neurony obumierały. Bynajmniej. Mózg stawał się po prostu uśpiony, ale nie martwy! - Nekroza, proces śmierci neuronalnej, zachodzi w przeciągu kilku godzin i jest wywoływany przez przepływ krwi niższy niż 20 procent normalnej wartości– wskazał neurolog. Jeżeli przepływ nie spadł do tego poziomu, to mózg nie uległ bynajmniej nieodwracalnemu zniszczeniu.

- Stąd jest jasne, że niektórzy z tych pacjentów [uznanych za martwych – red.] tak naprawdę żyją. Co mam na myśli mówiąc, że żyją? Ich mózg nie jest zniszczony; jest tylko wyciszony. System transplantacji pobiera organy od pacjentów, którzy mają tkankę mózgową mogącą teoretycznie wyzdrowieć. Tkanka mózgu nie jest zniszczona – podkreślił rozmówca „LifeSiteNews”. Jak wskazał, osoby, u których przepływ krwi do mózgu znajduje się w przedziale między 20 a 50 proc. normalnego stanu, są w tak zwanej „strefie półcienia” (łac. penumbra).

Co więcej w latach 90. udowodniono, że procesy obserwowane wcześniej u gryzoni zachodzą także u ludzi. Od ponad 20 lat świat medyczny dysponuje więc wystarczającą wiedzą naukową by stwierdzić, że „śmierć mózgu” jest mitem.

Dr Coimbra w wywiadzie zaznaczył też, jak niemoralna jest sama metoda sprawdzania, czy w danym wypadku zaszła tak zwana „śmierć mózgu”, tak zwany „test bezdechu”. Pacjenta odłącza się mianowicie na 10 minut od respiratora, by wykazać, że nie jest on w stanie samodzielnie oddychać. Jak mówi uczony, rzeczywiście, pacjent nie może tego robić; ale jest tak dlatego, że jeżeli znajduje się on „w strefie półcienia”, to odpowiedzialne za oddychanie strefy w jego mózgu są uśpione – ale nie martwe.

To oznacza, że nawet jeżeli obecnie pacjent samodzielnie nie oddycha – w przypadku „przebudzenia” mózgu znowu oddychałby prawidłowo. Tymczasem odłączenie pacjenta od respiratora na 10 minut sprawia, że do mózgu zaczyna dopływać jeszcze mniej krwi – i odsetek normalnego przepływu może spaść poniżej wartości „strefy półcienia”. Wówczas dopiero dochodzi do nieodwracalnego uszkodzenia mózgu. A zatem przeprowadzany test mający wykazać „śmierć mózgu” może tę śmierć de factopowodować. Nie ma tu więc mowy o przestrzeganiu przysięgi Hipokratesa, bo lekarze przeprowadzający test po prostu szkodzą pacjentom.

Portal „Life Site News” zapytał, dlaczego, skoro dowody są tak oczywiste, nadal mówi się o „śmierci mózgu”. Według dr. Coimbry powodem są olbrzymie wpływy biznesu żywiącego się na organach pacjentów.

- Przepływ wiedzyw świecie medycznym – nie tylko w tym kraju, ale globalnie – jest współcześnie prawdopodobnie, lub na pewno, najbardziej kontrolowanym systemem przepływu informacji, bo jest warty miliardy dolarów rocznie. Gdy umieści się w podręczniku jakąś informację, to może to spowodować przepływ pieniędzy z jednego sektora do drugiego. To najbardziej kontrolowany rodzaj przepływu informacji w naszym społeczeństwie, o jakim wiem – odparł uczony. W jego ocenie nawet jeżeli poszczególni lekarze znają fakty i wiedzą, jaka jest prawda, nie chcą o tym mówić, by nie zadzierać z niezwykle wpływowymi politycznie magnatami biznesu transplantacyjnego. Dr Coimbra wskazał, że lekarze boją się problemów. On sam przez 19 lat musiał walczyć w sądach o swoje prawo do wykonywania zawodu.

Pacjentów, których mózgi „zasnęły”, da się tymczasem leczyć za pomocą specjalnej terapii hormonalnej. Dr Coimbra praktykował takie leczenie – i to z niemałym sukcesem. Zajmował się między innymi 39-latką, którą uznano za „martwą”. Rozpoczął terapię w czwartym dniu od wypadku chirurgicznego, który spowodował jej stan. Po ośmiu dniach kobieta zaczęła sama oddychać. - Stąd pacjentka nie mogła być już dłużej uznawana za kogoś, kto nie żyje, bo oddychała […]. Po miesiącu mogła już komunikować się ze swoimi rodzicami– wskazał. Gdyby nie interwencja dr. Coimbry można byłoby tymczasem pobrać od żywej kobiety organy. - Ponieważ przeszła tracheotomię [zabieg polegający na rozcięciu tchawicy – red.], mogła porozumiewać się za pomocą czytania warg. Ruszała wargami, bo brakowało powietrza koniecznego dla poruszenia strun głosowych. Nie było dźwięku, ale mogła porozumiewać się dzięki czytaniu warg i trwało to przez dwa czy trzy miesiące. Niestety, zmarła, bo zbyt długo leżała w łóżku i miała skrzepy w żyłach nóg, które przemieściły się do płuc. Zmarła z powodu z powodu zatoru płucnego– powiedział. Jak dodał, gdyby nie ten wypadek jest możliwe, że po dalszych kilku miesiącach jej stan uległby dalszej poprawie.

Wcześniej dr Coimbra leczył 15-latkę pogrążoną w głębokiej śpiączce. Przechodziła już trzy testy na „śmierć mózgu”; dwukrotnie „zdała”, za trzecim razem nie była w stanie sama oddychać. Każdy test bezdechu oczywiście jej szkodził. Mimo wszystko po potraktowaniu jej terapią hormonalną prawa strona ciała zaczęła się ruszać. Dziewczyna nie była więc w żadnej mierze martwa.

Z dr. Coimbrą skontaktował się wówczas lekarz, który zajmował się jej przypadkiem, powiązany z biznesem transplantologii. - Napisał do mnie coś takiego w karcie medycznej: „Gdy u pacjenta stwierdza się <śmierć mózgu>, to pacjent jest martwy. Nie ma znaczenia to, że później pacjent nie spełnia już kryteriów <śmierci mózgu. Pacjent jest od strony prawnej martwy, bo została już zdiagnozowana <śmierć mózgu>”. Mogę to udowodnić. Mam kopię karty tej pacjentki. Widać tu więc konflikt interesów– wskazał.

Jak dodał dr Coimbra, tylko w USA w roku 2016 biznes transplantacji był wart 25 miliardów dolarów. W roku 2025 jego wartość wyniesie prawdopodobnie 51 miliardów dolarów rocznie.

- W internecie można znaleźć ogłoszenia wskazujące, że powinno się kupować udziały takich kompanii farmaceutycznych, bo będą mieć coraz większe zyski i można zarobić w ten sposób masę pieniędzy. To jest wielki, bardzo wielki biznes. Można zrozumieć, jak wpływowi są ci ludzie – stwierdził.

Pach

Źródło: Lifesitenews.com

Read more: www.pch24.pl/ceniony-neurolo…
predex
Qwas sie budzi ze snu , i dobrze.

Ceniony neurolog udowadnia, że „śmierć mózgu” to kłamstwo

„Śmierć mózgu” to kłamstwo szerzone przez międzynarodowy, wart miliardy dolarów przemysł pozyskiwania organów – mówi ceniony brazylijski neurolog, dr Cicero G. Coimbra. I przedstawia niezwykle jasne argumenty na rzecz tej tezy.

Dr Cicero G. Coimbra to neurolog i profesor neuronauki na Federalnym Uniwer…More
Qwas sie budzi ze snu , i dobrze.

Ceniony neurolog udowadnia, że „śmierć mózgu” to kłamstwo

„Śmierć mózgu” to kłamstwo szerzone przez międzynarodowy, wart miliardy dolarów przemysł pozyskiwania organów – mówi ceniony brazylijski neurolog, dr Cicero G. Coimbra. I przedstawia niezwykle jasne argumenty na rzecz tej tezy.

Dr Cicero G. Coimbra to neurolog i profesor neuronauki na Federalnym Uniwersytecie São Paulo w Brazylii. Kłamstwem o „śmierci mózgu” zajmuje się od wielu lat, często spotykając się z tego powodu z dużymi problemami, także prawnymi. W rozmowie z portalem „LifeSiteNews” naukowiec wskazał, że ponad dwóch dziesięcioleci istnieją bezapelacyjne dowody obalające tezę o „śmierci mózgu”, ale lekarze boją się o tym mówić. Są zastraszeni przez niezwykle wpływowe lobby medyczne, które żeruje na pozyskiwaniu organów od tak naprawdę żywych pacjentów.

Jak wskazał dr Coimbra, o „śmierci mózgu” zaczęto mówić w 1968 roku, choć nie było wówczas żadnych dowodów potwierdzających taką hipotezę.

- Pod koniec lat 60. [XX wieku] pierwsza transplantacja serca wykonana przez chirurga Christiaana Barnarda w RPA wywołała potrzebę pozyskiwania możliwych do przeszczepienia pojedynczych niezbędnych organów od tych pacjentów, których uznano za „beznadziejnie pogrążonych w śpiączce”- powiedział.

Jak wskazał, w Medycznej Szkole Harvarda zwołano komitet, który zdecydował określać kondycję medyczną takich pacjentów mianem „śmierci mózgowej”, tak, by umożliwić usuwanie niezbędnych organów i przeszczepianie ich innym chorym.

- Nazywanie tych pacjentów „martwymi” umożliwiło owemu zwołanemu ad hockomitetowi ominąć wszystkie problemy prawne związane z pozbieraniem niezbędnych organów od pogrążonych w śpiączce pacjentów, którzy nie mieli szans na wyzdrowienie według przekonań i naukowej wiedzy medycznej dostępnej w tamtym czasie, to znaczy pod koniec lat 60.- wskazał dalej.

- Fundamentalnym błędem było uznawanie mózgów takich pacjentów za „nieodwracalnie” uszkodzone – a uszkodzenie mózgu postrzegano wówczas jako nieodwracalne, taka była w tamtym czasie ograniczona wiedza. Później, z biegiem czasu, nowa wiedza i naukowe osiągnięcia neurologiczne przyniosły inne koncepcje odnośnie tego, co tak naprawdę dzieje się z tymi pacjentami– stwierdził naukowiec.

Uważano mianowicie, że jeżeli mózg nie daje żadnych znaków aktywności, to jedyną tego przyczyną może być brak krążenia krwi w tym organie. Brak krążenia tymczasem, sądzono, musi prowadzić do nieodwracalnego zniszczenia – i to w ciągu zaledwie kilku minut. Stąd zaczęto mówić o „śmierci mózgu”.

- Problem w tym, że w latach 80. wszystko zaczęło się zmieniać – zaznaczył dr Coimbra. - Praktyka przeszczepiania niezbędnych organów rozprzestrzeniła się już na świecie, ale w latach 1984 i 1985 eksperymenty przeprowadzone na zwierzętach – na gryzoniach – wykazały, że obniżenie przepływu krwi do mózgu o 50 procent sprawia, iż mózg się wycisza. Nie ma dość energii by podtrzymać to, co nazywamy „aktywnością synaptyczną”- wyjaśnił. Tej aktywności nie było, ale to nie znaczy, że neurony obumierały. Bynajmniej. Mózg stawał się po prostu uśpiony, ale nie martwy! - Nekroza, proces śmierci neuronalnej, zachodzi w przeciągu kilku godzin i jest wywoływany przez przepływ krwi niższy niż 20 procent normalnej wartości– wskazał neurolog. Jeżeli przepływ nie spadł do tego poziomu, to mózg nie uległ bynajmniej nieodwracalnemu zniszczeniu.

- Stąd jest jasne, że niektórzy z tych pacjentów [uznanych za martwych – red.] tak naprawdę żyją. Co mam na myśli mówiąc, że żyją? Ich mózg nie jest zniszczony; jest tylko wyciszony. System transplantacji pobiera organy od pacjentów, którzy mają tkankę mózgową mogącą teoretycznie wyzdrowieć. Tkanka mózgu nie jest zniszczona – podkreślił rozmówca „LifeSiteNews”. Jak wskazał, osoby, u których przepływ krwi do mózgu znajduje się w przedziale między 20 a 50 proc. normalnego stanu, są w tak zwanej „strefie półcienia” (łac. penumbra).

Co więcej w latach 90. udowodniono, że procesy obserwowane wcześniej u gryzoni zachodzą także u ludzi. Od ponad 20 lat świat medyczny dysponuje więc wystarczającą wiedzą naukową by stwierdzić, że „śmierć mózgu” jest mitem.

Dr Coimbra w wywiadzie zaznaczył też, jak niemoralna jest sama metoda sprawdzania, czy w danym wypadku zaszła tak zwana „śmierć mózgu”, tak zwany „test bezdechu”. Pacjenta odłącza się mianowicie na 10 minut od respiratora, by wykazać, że nie jest on w stanie samodzielnie oddychać. Jak mówi uczony, rzeczywiście, pacjent nie może tego robić; ale jest tak dlatego, że jeżeli znajduje się on „w strefie półcienia”, to odpowiedzialne za oddychanie strefy w jego mózgu są uśpione – ale nie martwe.

To oznacza, że nawet jeżeli obecnie pacjent samodzielnie nie oddycha – w przypadku „przebudzenia” mózgu znowu oddychałby prawidłowo. Tymczasem odłączenie pacjenta od respiratora na 10 minut sprawia, że do mózgu zaczyna dopływać jeszcze mniej krwi – i odsetek normalnego przepływu może spaść poniżej wartości „strefy półcienia”. Wówczas dopiero dochodzi do nieodwracalnego uszkodzenia mózgu. A zatem przeprowadzany test mający wykazać „śmierć mózgu” może tę śmierć de factopowodować. Nie ma tu więc mowy o przestrzeganiu przysięgi Hipokratesa, bo lekarze przeprowadzający test po prostu szkodzą pacjentom.

Portal „Life Site News” zapytał, dlaczego, skoro dowody są tak oczywiste, nadal mówi się o „śmierci mózgu”. Według dr. Coimbry powodem są olbrzymie wpływy biznesu żywiącego się na organach pacjentów.

- Przepływ wiedzyw świecie medycznym – nie tylko w tym kraju, ale globalnie – jest współcześnie prawdopodobnie, lub na pewno, najbardziej kontrolowanym systemem przepływu informacji, bo jest warty miliardy dolarów rocznie. Gdy umieści się w podręczniku jakąś informację, to może to spowodować przepływ pieniędzy z jednego sektora do drugiego. To najbardziej kontrolowany rodzaj przepływu informacji w naszym społeczeństwie, o jakim wiem – odparł uczony. W jego ocenie nawet jeżeli poszczególni lekarze znają fakty i wiedzą, jaka jest prawda, nie chcą o tym mówić, by nie zadzierać z niezwykle wpływowymi politycznie magnatami biznesu transplantacyjnego. Dr Coimbra wskazał, że lekarze boją się problemów. On sam przez 19 lat musiał walczyć w sądach o swoje prawo do wykonywania zawodu.

Pacjentów, których mózgi „zasnęły”, da się tymczasem leczyć za pomocą specjalnej terapii hormonalnej. Dr Coimbra praktykował takie leczenie – i to z niemałym sukcesem. Zajmował się między innymi 39-latką, którą uznano za „martwą”. Rozpoczął terapię w czwartym dniu od wypadku chirurgicznego, który spowodował jej stan. Po ośmiu dniach kobieta zaczęła sama oddychać. - Stąd pacjentka nie mogła być już dłużej uznawana za kogoś, kto nie żyje, bo oddychała […]. Po miesiącu mogła już komunikować się ze swoimi rodzicami– wskazał. Gdyby nie interwencja dr. Coimbry można byłoby tymczasem pobrać od żywej kobiety organy. - Ponieważ przeszła tracheotomię [zabieg polegający na rozcięciu tchawicy – red.], mogła porozumiewać się za pomocą czytania warg. Ruszała wargami, bo brakowało powietrza koniecznego dla poruszenia strun głosowych. Nie było dźwięku, ale mogła porozumiewać się dzięki czytaniu warg i trwało to przez dwa czy trzy miesiące. Niestety, zmarła, bo zbyt długo leżała w łóżku i miała skrzepy w żyłach nóg, które przemieściły się do płuc. Zmarła z powodu z powodu zatoru płucnego– powiedział. Jak dodał, gdyby nie ten wypadek jest możliwe, że po dalszych kilku miesiącach jej stan uległby dalszej poprawie.

Wcześniej dr Coimbra leczył 15-latkę pogrążoną w głębokiej śpiączce. Przechodziła już trzy testy na „śmierć mózgu”; dwukrotnie „zdała”, za trzecim razem nie była w stanie sama oddychać. Każdy test bezdechu oczywiście jej szkodził. Mimo wszystko po potraktowaniu jej terapią hormonalną prawa strona ciała zaczęła się ruszać. Dziewczyna nie była więc w żadnej mierze martwa.

Z dr. Coimbrą skontaktował się wówczas lekarz, który zajmował się jej przypadkiem, powiązany z biznesem transplantologii. - Napisał do mnie coś takiego w karcie medycznej: „Gdy u pacjenta stwierdza się <śmierć mózgu>, to pacjent jest martwy. Nie ma znaczenia to, że później pacjent nie spełnia już kryteriów <śmierci mózgu. Pacjent jest od strony prawnej martwy, bo została już zdiagnozowana <śmierć mózgu>”. Mogę to udowodnić. Mam kopię karty tej pacjentki. Widać tu więc konflikt interesów– wskazał.

Jak dodał dr Coimbra, tylko w USA w roku 2016 biznes transplantacji był wart 25 miliardów dolarów. W roku 2025 jego wartość wyniesie prawdopodobnie 51 miliardów dolarów rocznie.

- W internecie można znaleźć ogłoszenia wskazujące, że powinno się kupować udziały takich kompanii farmaceutycznych, bo będą mieć coraz większe zyski i można zarobić w ten sposób masę pieniędzy. To jest wielki, bardzo wielki biznes. Można zrozumieć, jak wpływowi są ci ludzie – stwierdził.

Pach

Źródło: Lifesitenews.com

Read more: www.pch24.pl/ceniony-neurolo…
bronek likes this.