Język
Wyświetlenia
300
olek19801

Człowiek, który przeżył Katyń! Wstrząsające świadectwo zbrodni katyńskiej. Liczba ofiar tej zbrodni jest znacznie większa, niż sądzono



23 marca 1992 r. w lubelskiej prokuraturze przeprowadziłem jedno z najważniejszych przesłuchań w moim życiu – Stefana B., polskiego żołnierza, który uciekł sowieckim siepaczom z Katynia. Czując zbliżającą się śmierć, chciał on zostawić po sobie relację dotyczącą tej zbrodni. Udało mu się niemal w ostatnim momencie. Pozostałe cztery przesłuchania (ostatnie miało miejsce 13 kwietnia 1992 r.) odbyły się w mieszkaniu Stefana B. w Kraśniku. Był wówczas bardzo ciężko chory i nie mógł już nawet chodzić o własnych siłach.

Sprawą zajmowałem się jako prokurator w Ministerstwie Sprawiedliwości delegowany do Prokuratury Wojewódzkiej w Lublinie. Przed rozpoczęciem czynności Stefan B. ze smutkiem poinformował mnie, że jestem pierwszą osobą, która zechciała go wysłuchać. Wcześniejsze pisma do prezydenta Lecha Wałęsy, premiera Tadeusza Mazowieckiego i do Prokuratora Generalnego pozostały bez odpowiedzi.

To nie będzie miła opowieść, ale posłuchajcie tej historii.

Zamęczeni w drodze


Stefan B. do wojska poszedł w 1938 r. Służył w VII Pułku Piechoty w Chełmie, którego dowódcą był płk Władysław Muzyka. W czerwcu 1939 r. po ukończeniu szkoły podoficerskiej dostał awans na stopień kaprala. 18 sierpnia 1939 r. pułk otrzymał rozkaz wyjazdu do miejscowości Sarny, na granicy wschodniej. Stefan B. dostał przydział do miejscowości Małyńsk na samej granicy. W dniu agresji sowieckiej, 17 września 1939 r., przyszedł rozkaz wycofania się na zachód do Antoniówki, skąd pułk wymaszerował w kierunku miejscowości Szack. Sowieci postawili ultimatum, że żołnierze polscy mają poddać się do wyznaczonego przez nich terminu, a jeżeli nie złożą broni, to oni rozpoczynają z nimi wojnę. Polscy dowódcy zdecydowali, że wojsko polskie poddawać się nie będzie. W ślad za tym w pierwszym rzucie poszło natarcie sowieckich czołgów, które zostało odparte, podobnie jak późniejszy atak bolszewickiej kawalerii. Kontrofensywa Polaków zakończyła się sukcesem. Szack został zdobyty. Uzupełniono zaopatrzenie w żywność, broń i konie pozostawione przez uciekających w popłochu Sowietów. Wojska polskie wyszły z Szacka, kierując się do rzeki Bug. Stefan B. z kilkunastoma innymi żołnierzami otrzymał rozkaz ubezpieczania odwrotu sił polskich od wschodu. Kiedy byli w wąwozie, zostali zaskoczeni przez liczny oddział Sowietów. Ci najpierw zastrzelili polskiego dowódcę, a potem wzięli do niewoli jego żołnierzy, w tym Stefana B. Polaków przetransportowano do Antonówki, gdzie zostali połączeni z inną grupą polskich jeńców i załadowani do wagonów towarowych.

Po pięciodniowej podróży pociąg zatrzymał się w jakiejś miejscowości w Rosji. Ludzi przeładowano z wagonów do dużych pomieszczeń magazynowych, które i tak nie mogły wszystkich pomieścić. Upychano ich więc na siłę kolbami karabinów. Był taki tłok, że jeden chodził po drugim. Nie dawano im jeść ani pić, przetrzymując w tych warunkach przez tydzień. Słabsi zaczęli umierać. Ludzie zaczęli puchnąć. Trupów w ogóle nie wynoszono. Żywi byli skazani na przebywanie z trupami. W portkach miało się wszystko, nie było gdzie oddawać kału ani moczu. Ósmego dnia Sowieci otworzyli barak i nakarmili ich kartoflami, nawet obranymi. Ludzie po ich zjedzeniu dostawali skrętu kiszek na skutek przegłodzenia. Umarła na skutek tego około jedna trzecia obecnych w baraku. Umierający strasznie wrzeszczeli z bólu. Sowieci zrobili zbiórkę osób, które pozostały przy życiu po zjedzeniu kartofli. Kto był żywy, lecz nie miał siły podnieść się, był zabijany.

Z tych, którzy przeżyli i byli w stanie ustać na nogach, utworzono kolumny i pognano w kierunku jakiegoś dworca kolejowego. Zajęło to około doby. Marsz był bez przerwy. Kto nie wytrzymywał, był zabijany strzałem z pistoletu w tył głowy. Stefan B. widział, jak zastrzelono wówczas kilkunastu polskich jeńców. W czasie marszu ludzie sami też umierali z wyczerpania i głodu. Kiedy dotarli do dworca, ogłoszono postój, który trwał więcej jak dobę. Rozdawano suchary, czarną kawę i herbatę z pokrzyw. Jeńcy spali, kładąc się na ziemi, gdzie kto mógł. Postój trwał dłużej niż dobę, potem znów zaczęli ich gnać. Cały czas ludzie umierali lub byli zabijani, słabnących bito. Marsz ten trwał ponad dwa tygodnie. Bywało, że ludność miejscowości, które mijali, dawała im placki, gotowaną wodę. Strażnicy rosyjscy przymykali na to oczy. W trakcie marszu do ich kolumny dołączały inne grupy jeńców. Cała kolumna marszowa po uformowaniu liczyła kilka tysięcy osób, ani w jedną, ani w drugą stronę nie było widać jej końca. Pomimo że wśród maszerujących byli lekarze, nie pozwolono im udzielać pomocy potrzebującym. Strategia Sowietów była obliczona na wykończenie Polaków.

Przesłuchania i selekcja

W ten sposób i w tych warunkach zostali dognani do Kozielska. Tu rozlokowano ich w wojskowych koszarach i w pomieszczeniach pobliskiego kołchozu. Dostali do zjedzenia obrane kartofle, jakiś sos, czarny chleb i kawę zbożową. Nie mieli łóżek, spali gdzie kto mógł. Na ziemi i słomie. Jeszcze w czasie marszu Stefan B. nawiązał bliższą znajomość z porucznikami B. i O. oraz z kapralem D. Ich imion świadek nie zapamiętał. I tu, w Kozielsku, trzymali się razem. Ulokowali się w koszarach w jakimś korytarzu, długim i szerokim. Spali głowa przy głowie.

Po kilkunastu godzinach odpoczynku Sowieci zaczęli ciągać jeńców polskich na przesłuchania, każdy musiał przez nie przejść. Prowadzono je jednocześnie w dużej sali, nie było wydzielonych na ten cel odrębnych pomieszczeń. Pierwsze przesłuchanie trwało do godziny i miało charakter wstępny; wypytywano o wszelkie dane osobowe, dotyczące również całej rodziny, w tym zawód, wykonywane zajęcie, miejsce pracy, majątek. W trakcie drugiego przesłuchania, które trwało również do godziny, prowadzonego przez innego oficera, pytano o to samo i konfrontowano składane zeznania z tymi złożonymi za pierwszym razem, czy się zgadzają. Trzecie przesłuchanie i trzeci z kolei oficer. Wypytywał tym razem bardzo szczegółowo o wszystko, począwszy od kołyski. Trwało to przez kilka ładnych godzin. I tu Stefan B. podpadł. Powiedział, że jego ojciec służył w armii carskiej, a potem na wezwanie Józefa Piłsudskiego zaciągnął się do polskiej armii. To się wyraźnie nie spodobało przesłuchującemu. Stefan B. widział, jak oficer przemieścił jego papiery do dokumentacji jeńców najgorszej kategorii. Tak samo zakwalifikowani zostali porucznicy O. i B. oraz kapral D.

W Kozielsku jeńcom podawano posiłki nieregularnie, jak dostali jeść raz dziennie, to było dobrze. Wciąż to samo: kartofle, czarny chleb, kawa zbożowa. Nie trzymano ich bezpośrednio pod strażą, mogli poruszać się po terenie koszar otoczonym przez sowieckie wojsko. Okoliczna ludność rosyjska przynosiła im za przyzwoleniem strażników produkty żywnościowe, w tym owoce i placki „prażniki”.
Pobyt w koszarach w Kozielsku trwał około dwóch tygodni. Zakończył się w listopadzie 1939 r., po przesłuchaniach, apelem wszystkich pozostałych przy życiu Polaków z grupy, w której przygnany został Stefan B. Oficer sowiecki wyczytywał na placu nazwiska jeńców, którzy ustawiali się w miejscach przydzielonych dla danej kategorii osób. Część z nich skierowano do obozów w Starobielsku i Ostaszkowie. Utworzono też grupę jeńców wytypowanych do wydania Niemcom.

Przeznaczeni na śmierć

Stefana B. i trzech jego kolegów zakwalifikowano do czwartej, najgorszej kategorii z przeznaczeniem do obozu śmierci. Łącznie, jak podaje świadek, znalazło się w niej około 2 tys. osób. Jeńców tych zagnano na stację kolejową w Kozielsku i w nocy załadowano do wagonów kolejowych, nie informując, do jakiej miejscowości są wywożeni. Wagony były kryte, miały pozalepiane papierami od zewnątrz szpary między deskami. Wypełniono je ludźmi do granic możliwości. Pociąg raz stawał, raz jechał. Jazda trwała do następnego dnia rano. Na stacji docelowej do wagonów podjeżdżały kryte plandeką samochody ciężarowe, stając tak blisko, że bezpośrednio z wagonu jeńcy wchodzili na skrzynię pojazdu. Sowieci zadbali o to, aby jeńcy nie widzieli, co znajduje się na zewnątrz. Do miejsca przeznaczenia wieziono ich powoli około 20 minut.

Po wyładowaniu świadek zobaczył, że znajduje się na terenie płaskim porośniętym lasem, który jest ogrodzony drutami. Stał tam jeden duży barak. Ogrodzenie składało się z trzech rzędów drutu z dwoma bramami. Środkowy rząd na metalowych słupkach znajdował się pod napięciem. Świadek widział na drutach martwe zwierzęta leśne porażone prądem. Na zewnątrz ogrodzenia chodzili sowieccy strażnicy. Na ogromnych drzewach znajdowały się specjalne stanowiska wartownicze wyposażone w broń maszynową. Na terenie tym były wykopane między drzewami długie ciągi dołów głębokich na jakieś 2 m. Doły były przykryte legarami, na których położono gałęzie przysypane ziemią. W części dołów poumieszczani byli polscy jeńcy. Świadka „zakwaterowano” w dole nr 11, skąd – tak jak pozostałym – zabroniono mu wychodzić na zewnątrz. Nie dano im nawet słomy, spali na gołej ziemi. Posiłek w postaci paru kartofli z przemarzniętą kapustą wymieszanych w ciepłej wodzie dostali dopiero drugiego dnia po umieszczeniu w obozie śmierci. Wszyscy byli tak głodni, że w zapamiętaniu jeden drugiego gryzł. Człowiek człowieka chciał zjadać. Ludzie obgryzali korę z brzeziny i to tak wysoko, dokąd można było sięgnąć zębami. Potrzeby fizjologiczne załatwiali gdzie się dało. Ci, którzy nie mieli siły wywlec się z dołu, robili w spodnie lub obok siebie. Chodzili pobrudzeni kałem, wciąż cierpiąc na rozwolnienie na skutek głodu i tego, co byli zmuszeni jeść.

W obozie śmierci jeńcy byli zatrudniani przy różnych robotach. Jedno sprzątali teren z ludzkich odchodów i innych zanieczyszczeń, inni przygotowywali posiłki z przemarzniętych kartofli i kapusty. Świadka zatrudniono przy łamaniu gałęzi na posłania dla ludzi w dołach. Ci, którzy w związku z pracami wychodzili poza teren obozu, mówili, że dalej za drutami też stoją baraki.

Po tygodniu od umieszczenia w obozie jeńców wywoływano na tzw. badania w grupkach po czterech. Stefana B. i trzech jego towarzyszy umieszczono każdego w osobnym pomieszczeniu. Dwóch Sowietów spisywało w sposób dogłębny wszelkie dane osobowe dotyczące Stefana B. Trzeci oficer kazał mu rozbierać się do naga i o nic nie pytając, zaprowadził do czwartego pomieszczenia. Oficer w tym pomieszczeniu od razu zaczął krzyczeć na Stefana B., że on kłamie. Został zakuty w kajdanki i zaprowadzony do kolejnego pomieszczenia, do którego była doprowadzona woda ze strumienia, wypełniająca znajdujący się tam głęboki dół. Krzyczano na niego: „Ty burżuju, kłamiesz!”, po czym zawieszono go na rękach za nałożone na nie kajdanki, na haku wbitym w ścianę baraku, w taki sposób, że nie dostawał stopami do podłoża. Zaczęto krzyczeć na niego, żeby się przyznał, lecz on nie wiedział, do czego, o czym im mówił. Wtedy dwóch strażników zaczęło go bić na przemian jak cepami grubymi, długimi pałami obleczonymi w gumę po plecach, pośladkach i nogach. Z bólu siusiał i oddawał kał. Bito go do utraty przytomności, po czym zanurzono w dole z wodą. Po oprzytomnieniu wyrzucili go nago za drzwi, a za nim ubranie, które wcześniej dokładnie przejrzeli, zabierając wszystko, co miało jakąś wartość. Ludzie mieli w ubraniach wszytą biżuterię, pieniądze, odznaki, jakieś pamiątki.
Świadka brano dwa razy na takie „badania”, niektórych i po trzy razy. Bili ludzi na terenie obozu pięściami, kolbami karabinów, kopali. Do świąt Bożego Narodzenia 1939 r. jeszcze nie strzelali, prowadząc tylko te „badania” i grabież. W ich trakcie były częste przypadki zgonów. Trupy wyrzucano za drzwi baraku, skąd były wynoszone przez jeńców do dołów. Zdaniem świadka straciło w ten sposób życie ok. 5 proc. (co 20. osoba) stanu osobowego obozu. Poza tym ludzie umierali z wycieńczenia, z powodu różnych chorób.

Świąteczna masakra

W wigilię Bożego Narodzenia 1939 r. polscy oficerowie na polecenie Sowietów zrobili ogólną zbiórkę całego obozu. Wszyscy wyleźli z dołów, kto mógł i kto nie mógł. Sowieci wydali Polakom rozkaz kopania dołów. Wysoki rangą polski oficer w imieniu pozostałych odmówił jego wykonania. Powiedział, że są wielkie święta i w tych dniach on ani jego ludzie kopać dołów nie będą. Zaznaczył, że mogą do tych robót przystąpić po świętach. Sowieci odpowiedzieli, że jak tak, to oni nas wystrzelają, „nie budiesz kopat, to pomrosz”. Nikt z Polaków ich rozkazu nie wykonał.

Były to jeszcze godziny przedpołudniowe. Sowieci rozkazali zdjąć legary z dołów, z których odsłonięto cztery. Kazali następnie stawać jeńcom na skraju dołów. Oficerowie polscy wydali rozkaz śpiewania nabożnych pieśni. Śpiewano Boże coś Polskę, Serdeczna Matko, hymn Polski. Sowieci najpierw zaczęli zabijać oficerów, strzelając im w tył głowy prawie z przystawienia. Niektórzy z Polaków nie wytrzymywali i rzucali się z gołymi rękami na ruskich albo uciekali na druty ogrodzenia. Byli wtedy wybijani jak kaczki. Zabici wpadali do dołów albo byli doń wpychani. Ze strachu, nerwów, żalu nawet żywi skakali do dołów. Było straszną rzeczą czekać spokojnie, aż się dostanie strzał w tył głowy.
Niedługo pod doły podjechały spychacze, które Sowieci ściągnęli na teren obozu. „Spychy”, a było ich kilka, obsługiwane przez Sowietów, brały wszystko, co napotkały, a więc i trupy, i ziemię. Zasypywały doły nierówno. Spod zepchniętej ziemi dochodziły jęki. Jednemu wystawała spod ziemi głowa, innemu noga, tyłek. Po takim zasypaniu ziemia się ruszała. Ci, co wskoczyli do dołów, byli na żywca zasypywani. Polskich jeńców mordowano w ten sposób do późnej nocy. Przerwy robiono tylko po to, żeby zebrać trupy sprzed ogrodzenia i na czas pracy „spychów”. Stefan B. oczekiwał na śmierć, stojąc nad przydzielonym mu dołem nr 11.

Sowieci przestali zabijać Polaków dopiero nad ranem w Boże Narodzenie, kiedy na dworze zaczynała się robić szarówka. Zapełnili trupami i zasypali trzy pierwsze doły od nr 1 do 3. Czwartego nie zdążyli wypełnić. Z powodu zamętu i bałaganu, który wkradł się w ich szeregi, nie zabrano z placu dużej liczby zwłok polskich żołnierzy. Ekipy morderców, które przybyły z zewnątrz, odjechały z terenu obozu. Sowieci odpuścili. Dali jeńcom spokój na cztery – pięć dni. Mogli sobie gotować kartofle i kapustę. Dostali też „kawę” z pokrzyw i pęczak, czyli jęczmienną kaszę. Zwłoki polskich żołnierzy wciąż zalegały na terenie obozu.
Na dzień lub dwa dni przed Nowym Rokiem przyszedł rosyjski oficer i ogłosił przez tubę, aby ci, którzy są kierowcami, zgłosili się do niego do baraku. Na to wezwanie zgłosiło się kilkunastu jeńców, w tym Stefan B., kapral D. oraz porucznicy B. i O., pomimo że spośród nich tylko D. był kierowcą. Sowiet zadawał pytania na temat budowy samochodu, najwyraźniej szukał mechaników. Najwyższą ocenę uzyskał kapral D., któremu Rosjanin ten kazał dobrać sobie spośród obecnych trzech do pomocy, bo będzie trzeba z trzech zdezelowanych samochodów zmontować jeden sprawny. Oczywiście kapral D. wskazał na Stefana B. oraz poruczników B. i O. Sowiet wyjawił im, że samochodem tym trzeba będzie wywieźć poza teren obozu zalegające zwłoki polskich jeńców, które nie zostały zasypane, jak i te, których części wystawały z dołów. Policzono, że do wywiezienia było około 100 zwłok. Dodatkowo trzeba było dodać zwłoki jeńców, którzy w ciągu ostatnich kilku poumierali z zimna i z wycieńczenia, co miało miejsce każdego dnia. Pomimo że był duży mróz, w obozie okropnie cuchnęło. Zamarzała w ustach ślina, zamarzało w nosie, było zimno nie do wytrzymania. Kto się jakoś nie ratował, ten umierał. Jeńcy w dołach spali w kucki, po dwóch, trzech na kupie.

Stefan B. z kolegami, składając samochód, mogli cały ten czas trzymać włączony silnik, dzień i noc. D. wytłumaczył Rosjanom, że jak się go wyłączy, to potem nie odpali, bo poszły wszystkie uszczelki. Benzyny mieli pod dostatkiem. Dzięki temu mogli grzać się przy pracującym silniku. Pod kierownictwem D. samochód składali przez tydzień. Przez ten okres nie spali w dołach, tylko w szoferce. Do dołu nr 11 chodzili tylko na posiłek. Kotły z pożywieniem były koło baraku, gotowali wyznaczeni Polacy. Brali kartofle i kapustę rękami i tak się jadło. Menażka była jedna na stu.

Stefan B., kapral D. oraz porucznicy B. i O., po zmontowaniu samochodu, zwłoki jeńców wywozili ok. 5 km poza teren obozu na miejsce zwane Białym Polem, początkowo dwa, trzy razy dziennie. Pilnowali ich czterej strażnicy. Białe Pole to była duża polana w lesie. Po przewiezieniu tam zwłok kopali doły, w których następnie układali zwłoki, kładąc je warstwami, nawet do sześciu zwłok w jednej warstwie. Potem przysypywali je ziemią. Bywało, że zakopane zwłoki były ruszane przez dzikie zwierzęta. Stopniowo liczba zwłok na terenie obozu malała i wywożono je już tylko raz dziennie. Na skrzynię ciężarówki ładowali również kał i ziemię przesiąkniętą krwią, gdyż od tego też był straszny smród. Trupy jeńców wywozili z terenu obozu przez blisko trzy miesiące. Z głodu, na Białym Polu, około trzech razy w tygodniu wyżynali mięso ze świeżych zwłok z pośladków i łydek. Rozpalali ognisko, piekli na ogniu i zjadali. Razem z nimi mięso to jedli Rosjanie z konwoju, też byli tak wygłodniali. Świadek wzmiankuje, że mięso ludzkie jest w smaku bardzo delikatne. Smakuje mnie więcej tak, jak cielęcina lub sarnina. Mięso wyżynali ze zwłok nożami. Ruscy przymykali oczy i nie zabierali jeńcom noży, bo bez nich trudno sobie wyobrazić przeżycie w tych warunkach. Nożami obdzierało się korę z drzew i lizało się soki jako pożywienie. Nożami ryło się też doły.

Na terenie obozu jeńcy w dołach byli codziennie bici, torturowani i zabijani za najmniejsze nawet przewinienia. Z dołów dochodziły jęki i płacz. Przez trzy miesiące nie było dnia, żeby nie wywozili zwłok z obozu na Białe Pole. Członkowie ruskiej załogi obozu, oficerowie i żołnierze mieszkali gdzieś niedaleko obozu. Do swoich siedzib docierali na piechotę.

Wielka ucieczka

Zwłoki wywozili we czterech do 3 marca 1940 r. Zaczynały się już roztopy. Świadek nigdy nie zapomni tej daty. Tamtego dnia na drodze z obozu na Białe Pole, mniej więcej po przejechaniu dwóch trzecich tej trasy, załadowany zwłokami samochód wpadł w jakieś zagłębienie. W tym czasie w szoferce był kierowca, kapral D. i dwóch Sowietów. Na skrzyni razem ze zwłokami znajdowali się Stefan B., porucznicy B. i O. oraz kolejnych dwóch pilnujących ich Sowietów. Kapral D. próbował wyjechać na przemian w przód i w tył, ale to się nie udawało. W pewnym momencie urwał się wał korbowy i zarył się w ziemię. Samochód został unieruchomiony na dobre. Dwaj Sowieci poszli po pomoc do obozu, a dwóch zostało z nimi czterema. Kiedy tamci się oddalili, wtedy się „rozluźniło”. Jeden z Rosjan, który został, stanął przy drzewie, drugi z nich oparł się o maskę samochodu. Stefan B. i dwaj porucznicy również zeskoczyli ze skrzyni, kiedy trzeba było pchać samochód. Każdy ze strażników był uzbrojony w karabin i pistolet. Polacy porozumieli się na migi. Rosjanina, który stał przy drzewie, nagle chwycił za gardło por. O., a kapral D. za nogi. Jednocześnie tym, który stał przy masce, zajęli się Stefan B. i por. B. Błyskawicznie rozbroili i udusili obu zaskoczonych Sowietów. Zabrali im też plecaki. W sumie mieli cztery plecaki, bo ci Sowieci, którzy poszli do obozu po pomoc, nie zabrali swoich z szoferki. W plecakach były koce, brezentowe pałatki, zapalniczki, kawałki czerstwego chleba. Porucznicy przebrali się w mundury Sowietów.

Następnie wszyscy czterej zaczęli uciekać. Na podstawie położenia słońca wybrali kierunek na zachód, przemieszczając się przez trzy doby bez jedzenia i picia. Świadek nie wie, czy ruszył za nimi pościg. Zatrzymali się i ukryli w stercie zboża. Po zebraniu z pola zboża tego nie sprzątano, tylko rzucono na stertę. Ono, zalegając tak od czasu żniw, zarastało i zasklepiało się. W stercie znajdowały się ubytki, takie wyrwy. Schronili się w tych wyrwach i pozostawali tak przez dwa dni. Po paru dniach po opuszczeniu sterty dokonali rabunku sklepu w jakimś kołchozie. Świadek podaje, że w Rosji, na terenach, przez które uciekali, zwierząt gospodarskich nie zganiano z pól do obór. Chodziły luzem po polach, chowały się po krzakach. Wyłapywali je, piekli na rożnie i w ten sposób żywili się w czasie ucieczki. Uciekali wzdłuż szlaków kolejowych. O kierunku, w którym poruszali się, wnioskowali po ruchu pociągów. Pierwszym miastem, jakie rozpoznali na trasie ucieczki, był Kowel, jednak doń nie wchodzili. Szli więcej nocami. Mieli przygotowany drut na wszelki wypadek. W razie niebezpieczeństwa porucznicy B. i O., przebrani w sowieckie mundury, mieli odrutować ręce Stefanowi B. i kapralowi D., prowadząc ich jako niewolników. Takiej sytuacji na szczęście dla nich nie było. W miarę upływu czasu zazieleniło się, na polach zaczęły rosnąć chwasty i ucieczka stawała się łatwiejsza. Przedostali się na terytorium obecnej Polski. Byli u kresu sił fizycznych. Udało się im uniknąć spotkania z Niemcami. Rozstając się w okolicach Bychawy poprzysięgli sobie nawzajem, że nikomu nie powiedzą, gdzie byli, nawet rodzicom. Ich ucieczka trwała trzy miesiące i siedem dni. Stefan B. wrócił do domu 10 czerwca 1940 r. Ważył 42 kg przy wzroście 170 cm.

W okresie okupacji niemieckiej Stefan B. walczył w szeregach AK. Dopiero po upływie pewnego czasu, analizując napływające informacje, nabrał przekonania, że obóz śmierci, z którego uciekł wraz z trzema kolegami, mieścił się w Katyniu. Do roku 1989 nie powiedział o tym nikomu.

Na koniec przesłuchania świadek zastrzegł, że żadnych opracowań ani publikacji na temat mordu katyńskiego nie czytał i czytać nie chce. Bardzo chciał przekazać rodakom swą niezwykłą wojenną historię. Bał się, że nie zdąży. Pobyt w niewoli ciężko odchorował. Wycięto mu dwie trzecie żołądka, przeszedł trzy zawały serca. Po tym ostatnim nie był w stanie chodzić. Kiedy żegnaliśmy się po ostatnim przesłuchaniu, słabym głosem wyznał mi, że teraz, jak już wszystko powiedział, to będzie mógł spokojnie umrzeć. Wkrótce potem zmarł.

Protokoły z jego zeznaniami przesłałem do ówczesnego Departamentu Prokuratury Ministerstwa Sprawiedliwości w kwietniu 1992 r. Moje zadanie zlecone przez departament sprowadzało się wyłącznie do samego przesłuchania świadka. Do wykonania innych czynności w tej sprawie nie byłem uprawniony. Nie poinformowano mnie, czy przeprowadził je właściwy prokurator i z jakim skutkiem. Nie wiem też, czy relacja Stefana B. została wykorzystana przez historyków. Wiem za to, że dopiero teraz ze swej strony wypełniam jego ostatnią wolę. Bo on to wszystko powiedział nie do mnie, lecz do wszystkich Polaków.

Dwa dni po udanej ucieczce Stefana B. i jego kolegów z obozu śmierci, 5 marca 1940 r., Biuro Polityczne WKP(b) podjęło tajną uchwałę o rozstrzelaniu polskich jeńców wojennych przebywających w sowieckich obozach w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie oraz polskich więźniów przetrzymywanych przez NKWD na obszarze wschodnich województw Rzeczypospolitej. Rozstrzelano co najmniej ok. 22 tys. obywateli polskich, w tym ponad 10 tys. oficerów wojska i policji.

ANDRZEJ WITKOWSKI – prokurator w stanie spoczynku. Przez 36 lat pracy w jednostkach prokuratury powszechnej zajmował się najcięższymi i najbardziej skomplikowanymi zabójstwami. Dwukrotnie prowadził śledztwo w sprawie zamordowania bł. księdza Jerzego Popiełuszki, kapelana Solidarności, i dwukrotnie został od niego odsunięty.
Leszek Pietrzak, historyk, były pracownik BBN, autor raportu na temat zbrodni katyńskiej dla śp. prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego.
Wspierajcie nasze wydawnictwo! Kupujcie magazyn Polska Niepodległa, co drugą środę w kioskach i salonikach prasowych!

warszawskagazeta.pl/…/5621-czlowiek-k…
Napisz komentarz