Clicks261

Mentalna kolonizacja Kościoła i apostazja narodów

2019-04-26 www.bibula.com

Prezentujemy fragment książki „Alarm dla Kościoła” wydanej nakładem wydawnictwa Demart. Na książkę składają się wywiady przeprowadzone przez Pawła Milcarka i Tomasza Rowińskiego. PCh24.pl publikuje fragment wstrząsającego wywiadu z Grzegorzem Górnym.
Pisał Pan niejednokrotnie o kolonizacji mentalnej Kościoła, szczególnie na Zachodzie. Jak należy rozumieć to określenie?
Grzegorz Górny:
Chodzi o to, że katolicy z tego regionu świata myślą o sobie i swojej wierze w kategoriach obcych chrześcijaństwu. Widać to w przenoszeniu pojęć politycznych na rzeczywistość Kościoła, jako elemencie samoświadomości chrześcijan. Mam na myśli sytuacje, gdy się mówi o „skrzydle konserwatywnym” czy „frakcji liberalnej” w Kościele, albo o tym, że gdy przeciętny katolik słyszy, iż Kościół coś musi zrobić, to automatycznie włącza mu się myśl: to hierarchowie coś muszą zrobić. A powinien przyjmować takie wezwania także do siebie. W tej perspektywie traktuje on Kościół jako rzeczywistość zewnętrzną wobec siebie, a nie coś, w co sam jest zaangażowany i w czym funkcjonuje.
Zasadniczo katolicy na Zachodzie przyjmują dziś jako swoje wartości kultury dominującej – liberalnej, sekularnej, laickiej, post-oświeceniowej. Kościół przestaje dla nich być tym centrum definiującym ich rzeczywistość, ale staje się jednym z elementów definiowanych z innego punktu widzenia. Coraz rzadziej można spotkać chrześcijan traktujących Kościół jako Mistyczne Ciało Chrystusa, a coraz częściej jak instytucję taką jak wojsko czy poczta, choć może Kościół darzą jeszcze nieco większym zaufaniem.
W Polsce nawet ateiści uważają, że chrzest „im się należy”. Niedawno znajomy opowiadał mi o swoich z kolei niewierzących znajomych, którzy go zapytali: „Czy chrzest jest tylko dla chrześcijan?”.
G.G.:
Nie dziwi mnie to. Eucharystia, Komunia Święta są często postrzegane jedynie w wymiarze horyzontalnym, społecznym – jako uczta. Trudno kogoś z uczty wykluczać, jest to odbierane jako dyskryminacja i zaczyna być traktowane niczym łamanie prawa człowieka. Eucharystia ma jednak też wymiar wertykalny – nie jest to tylko wieczerza, ale przede wszystkim uobecnienie męki Chrystusa. Świadomość tego wymiaru sakramentalnego Eucharystii zanika. A to właśnie sakramenty, które są widzialnymi znakami niewidzialnej łaski Boga, odróżniają Kościół od innych instytucji.
Nie jest tak, że Kościół w Europie czy Ameryce sobie zapracował na taką sytuację? Dał poczucie, że nie ma żadnych zasad dostępu do sakramentów?
G.G.:
Oczywiście, to jest kryzys samoświadomości Kościoła, to nie jest coś, co zostało narzucone z zewnątrz, ale wyrosło od wewnątrz, w ramach fałszywej strategii dostosowania do świata. To duchowni, hierarchowie, teologowie dali podbudowę intelektualną temu procesowi i trwa on już od dziesięcioleci. Historycznie rzecz biorąc, moglibyśmy wskazać na kryzys modernistyczny jako jedno ze źródeł problemu.
Modernizm katolicki to taki specyficzny ruch intelektualny w Kościele, który na początku XX wieku wystąpił właśnie z postulatami dostosowania katolicyzmu do dzisiejszych czasów, do nauk szczegółowych, historycznych, socjologicznych. Mówiono wtedy, że trzeba zmienić formę religii, narzędzia jej ekspresji i reprezentacji, aby jej treść stała się bardziej przystępna. Z teorii komunikacji Marshalla McLuhana wiemy, że forma też jest treścią, że forma i treść to rzeczy bardzo ściśle ze sobą związane. Nie jest tak, że otwieramy puszkę, wyjmujemy zawartość, wkładamy ją do nowej puszki i zamykamy. Zmiana formy to bardzo subtelna operacja na żywym organizmie Kościoła i łatwo popełnić błąd. W teologii inspirowanej modernizmem z czasem dodano przekonanie, że to nie jest problem tylko formy, lecz także treści wiary Kościoła, którą uznano za anachroniczną i nieprzystającą do dzisiejszych czasów, ponieważ na przykład dogmaty są niezrozumiałe w świetle nauk przyrodoznawczych.
Ale kiedy mówimy o apostazji narodów, to jest to coś więcej niż tylko kryzys teologii.
G.G.: Apostazja narodów
dotyczy nieco innego problemu, czyli wojny kulturowej. Kościół nie docenił sfery kultury i w pewnym momencie abdykował z roli mecenasa. Mniej więcej zaczęło się to od oświecenia. Wiązało się to też z wywłaszczeniem Kościoła i jego pauperyzacją. Nie było już po prostu funduszy na mecenat, jeszcze wtedy trzymano się szkolnictwa, ale drugi etap po abdykacji z kultury to była właśnie wymuszona abdykacja z edukacji. Od tego momentu kultura i edukacja zaczęły rozwijać się poza Kościołem.
Do tego czasu człowiek wychowany w środowisku chrześcijańskim stawał się anima naturaliter christiana, ponieważ wszystko wokół było chrześcijańskie i tym nasiąkał. Dziś funkcjonując w kulturze, nasiąkamy czymś wręcz przeciwnym, wartościami w najlepszym wypadku obojętnymi wobec chrześcijaństwa, a w gorszym – antychrześcijańskimi. Przykładem nasiąkania kulturą jest zmiana stosunku chrześcijan do współżycia przedmałżeńskiego. Jeśli niemal w każdym filmie jest czymś naturalnym, że ludzie najpierw się ze sobą prześpią, a dopiero potem pytają o swoje imiona, to wiadomo, że obrazy te pełnią rolę kulturotwórczą. W masowej skali tworzą normy kulturowe. Doszło do tego, że teraz nawet katoliccy rodzice akceptują to, że ich dzieci przed ślubem razem żyją i współżyją. Jest to coś oczywistego. Nie budzi to na ogół żadnych kontrowersji ani wątpliwości.
Z jednej strony widać zatem abdykację Kościoła z oddziaływania na kulturę, z drugiej zaś determinację cywilizacji antychrześcijańskiej, żeby w tę kulturę wchodzić i zmienić ją całkowicie. Teoria długiego marszu przez instytucje i hegemonii kulturowej, sformułowana przez włoskiego marksistę Antonia Gramsciego, na tym właśnie polega: na wejściu w świat kultury, zmienianiu jej i rugowaniu z niej wszelkich elementów chrześcijańskich.
(….)
Skąd się bierze bezsilność Kościoła i chrześcijaństwa przy jednoczesnej mocy islamu?
G.G.:
Przede wszystkim bierze się z tego, że wielu decydentów Kościoła na Zachodzie przyjęło optykę dominującą w całej cywilizacji i tworzą „płynny Kościół”, „płynne chrześcijaństwo”, adaptując tę postmodernistyczną koncepcję do religii. To jest ewidentne i widać to na każdym kroku. Wydaje się też, że Kościół w Europie przeoczył moment dechrystianizacji, moment, kiedy nastąpiła nowa epoka, a sam pozostał w epoce poprzedniej.
Jak to rozumieć?
G.G.:
To widać, gdy się prześledzi, jakie Kościół miał sposoby przepowiadania wiary w świecie pogańskim, w czasach pierwszych wieków. Były kerygmat, katecheza i homilia. Kerygmat, czyli orędzie zbawcze dotyczące egzystencjalnej kondycji człowieka i odkupieńczej misji Chrystusa, kierowano do pogan, do osób poza Kościołem. To był ten sposób mówienia, który z mocą trafiał do ludzi i sprawiał, że decydowali się wkroczyć na ścieżkę wiary.
Potem była katecheza, czyli swoista ścieżka inicjacyjna, droga wtajemniczania w prawdy wiary i przygotowania do sakramentów. Homilie zaś kierowano do ludzi, którzy już się zakorzenili w Kościele. Tak to wyglądało w czasach cywilizacji pogańskiej. Gdy cała kultura stała się chrześcijańska, kerygmat zaniknął, ponieważ nie było już pogan. Katecheza ograniczyła się do dzieci, bo dorośli przestali masowo przyjmować chrzest. Dla dorosłych zachowała się tylko homilia.
Kiedy jednak proces kulturowy się odwrócił, okazało się, że pojawiła się masa „ochrzczonych pogan”, czyli ludzi nominalnie będących chrześcijanami, ale prowadzących zupełnie niechrześcijański tryb życia. Nie ma sposobów ich nauczania, gdyż nie ma ani kerygmatu, ani katechezy dla dorosłych. Głosi im się tylko homilie – z założeniem, że słuchają jej sami dojrzali chrześcijanie. Jest jednak zupełnie inaczej, ponieważ większość słuchających homilii potrzebuje elementarnej wiedzy katechetycznej. Trzeba więc wrócić do przekazu adekwatnego do sytuacji cywilizacyjnej. O tym mówił Karol Wojtyła, kiedy zabrał po raz pierwszy głos na Soborze Watykańskim II. Jego pierwsze wystąpienie było o tym właśnie, że potrzebny jest katechumenat pochrzcielny, bo choć jest wielu ochrzczonych, to – de facto – niczym nie różnią się oni od pogan. Wojtyła wyciągał swoje wnioski na podstawie obserwacji z pobytu we Francji i Holandii w 1947 roku. Dostrzegał proces mentalnej kolonizacji Kościoła, tej pełzającej apostazji, i na Soborze alarmował, że trzeba rozpocząć pracę katechizacji niemal od zera.
Ale czy problem jest tylko w metodach, czy może też w tym, że Kościół w Europie w ogóle nie głosi swojej wiary? Homilie, jakie słyszymy, nawet w Polsce, wygłaszają księża-socjologowie, księża-psychologowie, księża-historycy. O prawdach wiary nieraz nic nie słyszymy.
G.G.:
Dlatego uważam, że dzisiejszy kryzys Kościoła to jest kryzys duchowieństwa. W pewnym momencie nastąpiła zmiana formacji duchowej kapłanów w świecie zachodnim pod wpływem optymizmu lat 60., koncepcji otwarcia się na świat, bezkrytycznego spojrzenia na różne osiągnięcia nauk humanistycznych. Sojusz teologii z psychologią, socjologią, psychoanalizą czy literaturoznawstwem doprowadził do wykolejenia przekazu chrześcijańskiego. Przyjęto bowiem inny paradygmat, obcy chrześcijaństwu. I od tego zaczęła kuleć formacja seminaryjna. Podam następujący przykład: w chrześcijaństwie czystość jest cnotą, a swój szczególny wyraz odnajduje ona w celibacie kapłańskim. Dla współczesnych psychologów natomiast asceza czy wstrzemięźliwość seksualna to wyraz stłumienia swoich pragnień i uczuć, a więc zjawisko negatywne dla zdrowia psychicznego i fizycznego. Jeżeli więc wpuścimy do seminariów psychologów z takim nastawieniem i oddamy w ich ręce kierownictwo duchowe, to muszą oni dokonać destrukcji katolickiej formacji duchowej. Tak się właśnie stało na Zachodzie w latach 60. i 70. Nastąpiło wtedy gwałtowne i masowe odejście ludzi ze stanu kapłańskiego, porzucanie powołania przez zakonników i zakonnice. A ci, którzy pozostali, często zostawali dotknięci wirusem sekularyzmu. Wtedy też można mówić o początku kryzysu homoseksualnego i pedofilskiego w Kościele. Nastąpiło przyjęcie postulatów rewolucji seksualnej do środka Kościoła. Zaczęło się też „produkowanie” zlaicyzowanych księży.
Zastanawiam się, dlaczego w Niemczech nie ma już praktycznie spowiedzi indywidualnej. Są za to księża – a spotkałem się z takimi przypadkami – którzy kilkanaście lat po święceniach sami nigdy się nie spowiadali. W Niemczech jest takie podejście, że jak dziecko przystępuje do Pierwszej Komunii Świętej, to nie musi się spowiadać, bo przecież dziecko nie ma grzechu ciężkiego, a Eucharystia gładzi grzech lekki. W oparciu o tę zasadę młody człowiek do wieku nastoletniego nigdy nie przystępuje do spowiedzi. Nie ma takiego nawyku i nie robi tego potem jako młody dorosły, kiedy trafia do seminarium. Tam ojciec duchowy też nie pyta go o takie rzeczy jak spowiedź, ponieważ byłaby to ingerencja w jego osobiste życie, przekroczenie granicy, której nie wolno naruszać. Przez seminarium klerycy zatem przechodzą bez spowiedzi, a kiedy zostają księżmi, to już nikt w ogóle nie interesuje się ich życiem duchowym. W ten sposób mając trzydzieści pięć czy czterdzieści lat, są duchownymi, którzy nigdy się w życiu nie spowiadali. Trudno więc, żeby przypominali o konieczności spowiedzi swoim wiernym.
Powinni może o tym przypominać biskupi?
G.G.:
Są biskupi w Niemczech, którzy sami się nie spowiadają, a na dodatek jeszcze mają takie poczucie, że są pionierami nowego typu duszpasterstwa. Jak można jednak dzierżyć jakiekolwiek duchowe przywództwo, jeżeli się nie spowiada ani siebie, ani innych? Czy ktoś taki może mieć rozeznanie duchowe?
Zsekularyzowane duchowieństwo we Francji nie ma poczucia, że żyje w świecie, w którym społeczeństwo świeckie oddzieliło się od Kościoła. Gdy przychodzą do nich muzułmanie chcący się nawrócić na chrześcijaństwo, to niejednokrotnie są zniechęcani. Księża mówią im, że wystarczy, żeby dobrze żyli jako członkowie społeczeństwa liberalnego i pozostali w dotychczasowej religii.
G.G.:
Robiłem kiedyś film dokumentalny o nawróconych muzułmanach w Europie. Pojechałem do Austrii, gdzie działa prężna wspólnota chrześcijańska, która nawróciła około stu czterdziestu muzułmanów. Oni jednak nie chcieli za żadne skarby wystąpić w tym filmie. Nie chcieli, żeby pokazywać ich twarze. Pytałem ich, czy boją się, że jak się dowiedzą o nich muzułmanie, to mogą ich po prostu pozabijać. Odpowiedzieli, że bardziej boją się swoich katolickich hierarchów, którzy, jeśli się dowiedzą, co robią, to zabronią im dalszej ewangelizacji. Tak więc dla tych ludzi oddanych misji to nie muzułmanie, ale biskupi katoliccy stanowili problem. Było przecież posiedzenie niemieckiego episkopatu na temat tego, jak postępować wobec islamu, i przyjęto ogólną strategię – to działo się w pierwszych latach XXI wieku – że nie ma nawracania, nie ma ewangelizacji, a zostaje tylko dialog. Co się za tym kryje? Kryje się niewiara w jedyną powszechność orędzia zbawczego Kościoła.
Duchowieństwo bardziej niż katolikami czuje się orędownikami laickiej cywilizacji Zachodu?
G.G.: Kim się czuje, to trudno powiedzieć, trudno wnikać w ich psychikę, ale można powiedzieć, jak wygląda aktywność choćby niemieckiego episkopatu. A wygląda, jakby to był urząd do spraw kultu i płynnej moralności. De facto została tam odrzucona deklaracja Kongregacji Nauki Wiary z roku 2000 podpisana przez kardynała Ratzingera pod tytułem Dominus Iesus o jedyności i powszechności zbawczej misji Jezusa Chrystusa i Kościoła. Można zresztą powiedzieć, że jeszcze wcześniej, w XX wieku, mieliśmy do czynienia z całą serią takich odrzuceń. Zaczęło się od roku 1968 i encykliki Pawła VI Humanae vitae, dotyczącej między innymi zakazu stosowania antykoncepcji. Tę strategię dostosowania się do świata widać zresztą nie tylko w Niemczech. Podam niedawny przykład z Włoch, może drobny, ale symptomatyczny. W 2015 roku arcybiskup Padwy Claudio Cipolla oświadczył, że należy zrezygnować z niektórych tradycji katolickich – w szczególności tych związanych z obchodami świąt Bożego Narodzenia – po to, by zachować spokój społeczny. Jego zdaniem publiczne eksponowanie symboliki katolickiej w okresie świątecznym nie będzie służyło utrzymaniu pokoju i braterskim stosunkom między ludźmi. Nadrzędnymi wartościami są bowiem spokój, porządek, zgoda, jedność i przyjaźń.
Oświadczenie ordynariusza wywołało zdecydowany sprzeciw lokalnych władz. Sekretarz prowincji Padwa oświadczył, że we Włoszech istnieje na szczęście rozdział Kościoła od państwa, urzędnicy państwowi nie mają zatem obowiązku słuchać biskupów, tak więc miejscowe władze nie podporządkują się w tej sprawie Kościołowi i będą eksponować publicznie bożonarodzeniowe szopki.
Mówi Pan teraz o działaniach wysokiego hierarchy…
G.G.:
Mentalna kolonizacja wdarła się do samego środka Kościoła. Jeszcze jakiś czas temu można było powiedzieć, że Kościół toczy wojnę kulturową ze światem, teraz natomiast trzeba powiedzieć, że ta wojna kulturowa toczy się wewnątrz Kościoła. Mentalna kolonizacja dotyka duchownych na najwyższych szczeblach władzy kościelnej. Podam konkretny przykład z własnego życia. Parę lat temu redakcja katolicka telewizji publicznej zwróciła się do mnie, żebym przygotował film dokumentalny o Bożym Narodzeniu. Chodziło o przedstawienie wszystkich okoliczności historycznych dotyczących narodzin Pana Jezusa: jak wyglądał spis powszechny, kim byli trzej magowie, czym mogła być gwiazda na niebie, czy Jezus urodził się w stajence czy grocie i tym podobne. W związku z tym przeprowadziłem szereg wywiadów z polskimi biblistami. W telewizji powiedziano mi jednak, że skoro Boże Narodzenie jest wydarzeniem globalnym, to warto byłoby też zapytać autorów spoza Polski.
Pomyślałem sobie, że największe autorytety w tej kwestii znajdę na Biblicum w Rzymie. Miałem znajomego księdza, który pracuje na Gregorianum, które znajduje się obok Biblicum. Zadzwoniłem więc do niego i pytam, czy mógłby mi znaleźć tam jakichś biblistów, którzy wypowiedzieliby się dla mnie do filmu. Znajomy się zgodził, ale po dwóch dniach do mnie oddzwonił i mówi, że nikt z tych profesorów na Biblicum, z którymi rozmawiał, nie wierzy w prawdziwość tych wszystkich okoliczności, które są opisane w Nowym Testamencie. Mogliby wystąpić w filmie, ale musieliby podważyć wszystkie wydarzenia i okoliczności towarzyszące narodzinom Pana Jezusa. Mój znajomy postanowił poszukać więc na Gregorianum. Udało mu się znaleźć dwóch profesorów, którzy wierzą w Boże Narodzenie. W związku z tym pojechałem z ekipą do Rzymu i zrobiliśmy wywiady z tymi biblistami. Oni jednak też co chwila mówili, że Święty Mateusz czy Święty Łukasz wymyślili ten lub tamten szczegół, ponieważ pasowało im to do koncepcji czy do starotestamentowych proroctw.
Przywiozłem nagrania i przesłałem je do producenta, żeby ich wypowiedzi przetłumaczono. To był zewnętrzny telewizyjny producent, który przygotowywał ten film dla telewizji. On sam mówił, że jest ateistą, ale miał takie podejście, że jak redakcja katolicka zamawia u niego katolicki program, to ten program ma być katolicki. Po jakimś czasie producent dzwoni do mnie i krzyczy do słuchawki: „Coś ty mi tu przywiózł? Przecież to są niewierzący ludzie! Oni są księżmi? Co oni wygadują? To w jakiego Boga wy w końcu wierzycie? Czy ten Chrystus to jest jakiś fantom? Czy on w ogóle istniał? Czy wymyśliliście sobie jakiegoś bałwana? Gdzieś ty wynalazł tych biblistów?”. Odpowiadam, że w Rzymie na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim.
Wtedy on powiedział: „Wiesz, ja już raz w życiu coś takiego widziałem: w latach 80. nikt już na Kremlu nie wierzył w komunizm i to się musiało zawalić. Jak nawet w centrali nie wierzą, to musi to upaść”. Zadziwiające: ateista z sensus fidei… Podczas wywiadów pytałem zresztą tych biblistów, jaka w takim razie jest prawda, skoro ewangeliści powymyślali tyle różnych szczegółów. I co oni odpowiedzieli? Nas nie interesuje prawda, tylko interpretacja tekstu.
Z tego, co Pan mówi, wojna kulturowa wewnątrz Kościoła też jest już przegrana, narody nie wierzą, bo księża nie wierzą, a nauka nie jest przekazywana.
G.G.:
Kiedy w Irlandii zbliżało się referendum dotyczące tak zwanych homozwiązków, byli księża, którzy publicznie występowali i opowiadali się za opcją LGBT. Nie spotykało się to z żadnymi upomnieniami czy karami ze strony biskupów. Homolobbyści w sutannach mogli więc spokojnie działać.
Sytuacja rzeczywiście przypomina kryzys ariański z IV wieku, kiedy większość wiernych i większość episkopatu światowego było arianami, czyli w praktyce nie byli chrześcijanami, ponieważ nie uznawali bóstwa Jezusa i Trójcy Świętej. Sytuacja nie jest jednak tak tragiczna, ponieważ dzisiaj kryzys dotyczy głównie Kościoła w sytym świecie Zachodu.
Powyższy tekst stanowi fragment wywiadu z Grzegorzem Górnym, będący fragmentem książki „Alarm dla Kościoła” wydanej nakładem wydawnictwa Demart. Rozmawiali Paweł Milcarek i Tomasz Rowiński.

za

dakowski.pl/index.php
Rafał_Ovile likes this.
Robiłem kiedyś film dokumentalny o nawróconych muzułmanach w Europie. Pojechałem do Austrii, gdzie działa prężna wspólnota chrześcijańska, która nawróciła około stu czterdziestu muzułmanów. Oni jednak nie chcieli za żadne skarby wystąpić w tym filmie. Nie chcieli, żeby pokazywać ich twarze. Pytałem ich, czy boją się, że jak się dowiedzą o nich muzułmanie, to mogą ich po prostu pozabijać. Odpow…More
Robiłem kiedyś film dokumentalny o nawróconych muzułmanach w Europie. Pojechałem do Austrii, gdzie działa prężna wspólnota chrześcijańska, która nawróciła około stu czterdziestu muzułmanów. Oni jednak nie chcieli za żadne skarby wystąpić w tym filmie. Nie chcieli, żeby pokazywać ich twarze. Pytałem ich, czy boją się, że jak się dowiedzą o nich muzułmanie, to mogą ich po prostu pozabijać. Odpowiedzieli, że bardziej boją się swoich katolickich hierarchów, którzy, jeśli się dowiedzą, co robią, to zabronią im dalszej ewangelizacji. Tak więc dla tych ludzi oddanych misji to nie muzułmanie, ale biskupi katoliccy stanowili problem.
Quas Primas likes this.