언어
클릭 수
706
ona

POTRZEBUJEMY RELACJI Z JEZUSEM!!!!!!!!!!!

m.rekinek
15 godziny temu 5 3 2,6k

Nie potrzebujemy relacji z Jezusem !

-----------------------------------------------------
Budowanie osobistej więzi z Bogiem rozpoczyna się w chwili, gdy uświadamiamy sobie że potrzebujemy Boga, przyznajemy że jesteśmy grzesznikami i przez wiarę przyjmujemy Jezusa Chrystusa, jako swojego Zbawiciela. Bóg, nasz Ojciec Niebiański, zawsze pragnie być blisko nas, mieć z nami relację. Zanim Adam zgrzeszył w Ogrodzie Eden (1 Księga Mojżeszowa rozdział 3), zarówno on jak i Ewa znali Boga, mieli z nim intymną, osobistą więź. Przechadzali się z nim w Ogrodzie i rozmawiali bez przeszkód. Przez grzech człowieka, więź ta została zerwana, przez co straciliśmy kontakt z Bogiem.

Większość ludzi nie wie, albo nie uświadamia sobie czy też po prostu nie dba o to, że Jezus podarował nam najpiękniejszy dar- możliwość spędzenia wieczności z Bogiem, gdy jemu zaufamy. „Albowiem zapłatą za grzech jest śmierć, lecz darem laski Bożej jest żywot wieczny w Chrystusie Jezusie Panu naszym” (Rzymian 6.23). Bóg stał się człowiekiem w Osobie Jezusa Chrystusa, który wziął na siebie nasze grzechy, został zabity (ukrzyżowany), lecz zmartwychwstał, udowadniając swoje zwycięstwo nad grzechem i śmiercią. „Przeto teraz nie ma żadnego potępienia dla tych, którzy są w Chrystusie Jezusie” (Rzymian 8.1). Jeśli przyjmujemy ten dar, jesteśmy przyjęci przez Boga, przez co możemy budować z nim relację.

Posiadanie osobistej relacji z Bogiem oznacza, że włączamy Boga do naszej codzienności. Powinniśmy z nim rozmawiać (modlić się), czytać Jego Słowo, rozważać jego znaczenie w naszym życiu i dążyć do tego, by poznać go lepiej w ten sposób. Powinniśmy modlić się o mądrość (Jakuba 1.5), która ma najwyższą wartość. Powinniśmy przedstawiać mu swoje prośby, prosząc go w imieniu Jezusa (Ew. Jana 15.16). Jezus jest tym, który kocha nas na tyle by oddać swoje życie za nas (Rzymian 5.8) i jest jedynym, który znosi przepaść pomiędzy nami a Bogiem.

Otrzymaliśmy Ducha Świętego jako naszego Pocieszyciela. „Jeśli mnie miłujecie, przykazań moich przestrzegać będziecie. Ja prosić będę Ojca i da wam innego Pocieszyciela, aby był z wami na wieki. Ducha prawdy, którego świat przyjąć nie może, bo go nie widzi i nie zna; wy go znacie, bo przebywa wśród was i w was będzie” (Ew. Jana 14.15-17). Jezus powiedział to zanim umarł, a po tym jak umarł Duch Święty zstąpił i jest dostępny dla wszystkich, którzy z całego serca pragną go przyjąć. Jest tym, który mieszka w sercach wierzących, a których nigdy nie opuści. On nas wspiera, naucza prawd Bożych i zmienia nasze serca. Bez działania Ducha Świętego, nie bylibyśmy zdolni zwalczać zła i pokus. Gdy go mamy, gdy pozwalamy, aby kontrolował nasze życie i nas prowadził, to w naszych sercach pojawia się: miłość, radość, pokój, cierpliwość, łagodność, dobroć, wierność, uprzejmość i wstrzemięźliwość (Galacjan 5.22-23).

Nawiązanie tej zerwanej więzi z Bogiem wcale nie jest takie trudne jak może nam się pozornie wydawać, nie ma w tym żadnego mistycyzmu. W chwili, gdy stajemy się dziećmi Bożymi, otrzymujemy Ducha Świętego, który rozpoczyna w naszych sercach pracę. Powinniśmy trwać w modlitwie, czytać Biblię i znaleźć wspólnotę ludzi wierzących, by móc duchowo wzrastać. Zaufanie Bogu, że będzie nas prowadził i troszczył się o nas każdego dnia sprawia, że pogłębiamy z nim naszą relację. Może z początku nie będziemy dostrzegali żadnych zmian, lecz z czasem te zmiany będą w nas zachodzić i staną się zauważalne także dla innych.


Relacja z Jezusem

Siostry ze Zgromadzenia Matki Bożej Miłosierdzia postanowiły odpowiadać na nadsyłane pytania dotyczące miłosierdzia i nie tylko. Nagrywają filmy, które umieszczają na YouTube (Faustyna2016). To projekt, który podjęły Siostry ZMBM na niezwykły czas Jubileuszu Miłosierdzia.
Pytania możecie nadsyłać na maila: faustyna.sdm@gmail.com

Tym razem s. Gracja opowiada o osobistej, prawdziwej relacji z Panem.
Trzeci film odpowiada na pytania: W jaki sposób otwierać się na Pana Jezusa? Jak zapomnieć o sobie, aby On mógł wejść w moje życie jeszcze bardziej? Jak się modlić o tą wyjątkową łaskę?

"...na wszystko mają czas, tylko nie mają czasu na to, aby przyjść do mnie po łaski..." - czytamy w Dzienniczku słowa Jezusa.
- Jezus całkowicie z miłości do mnie, zapomniał o Sobie. Tzn. cierpiał niewyobrażalnie, umarł na Krzyżu. Uratował mnie od śmierci i dał mi życie właśnie po to, aby w tym życiu być obecnym. I teraz bardzo ważna rzecz: Bóg zrobił wszystko żebyśmy mogli być szczęśliwi. M.in. to, że dał nam wolną wolę tzn. wolny wybór - "jeśli chcesz". On nie będzie wchodził na siłę do twojego życia, nie będzie wchodził do niego z butami, narzucał się. Tym zapominaniem o sobie może być więc taka konkretna decyzja oddania Mu swojej grzeszności, swojej słabości... Uznać Go, że On jest Bogiem miłosiernym, że On może przemienić moje życie - mówi s. Gracja. Posłuchajcie:


"Pokora. To świadomość swoich wartości tego, kim jestem. I świadomość tego, że jest Ktoś większy ode mnie. Ktoś, kto mnie stworzył, kto mnie kocha. To też jest konkretny styl Boga. Bóg jest pokorny. Pokora może nas otwierać na Jezusa. Na relację z Nim" - mówi s. Gracja Szymańska ZMBM.

Za kim chodzę/biegam? Naśladuję czy prześladuję Chrystusa?
homilia - piątek 2. tygodnia zwykłego (rok II), 22 stycznia 2016 r.
1 Sm 22, 3-21; Ps 57, 2-4.6.11; Mk 3, 13-19

Wczoraj tuż przed wieczorną adoracją przyszła mi myśl, by czytać dzisiejsze czytanie z księgi Samuela mając przed sobą również jego tekst grecki, tekst Septuaginty. Myśl wydawała się nieco szalona, bo przecież nie znam dobrze języka greckiego, ale poszedłem za nią. I uderzyło mnie, że osiem razy pojawia się w tym rozdziale słowo „za, z tyłu” (gr. „opiso”). Najpierw cztery razy odnosi się ono do sytuacji, gdy Dawid albo ktoś jest „za” Saulem. Słyszymy, że Saul wyszedł z jaskini, a „za nim” wyszedł Dawid. Potem Dawid zawołał „za Saulem” nazywając do panem i królem. Wreszcie Saul słysząc to wołanie zwrócił się „za siebie, do tyłu” i zobaczył coś, co powinno go było poruszyć. Bo Dawid upadł na twarz, upadł twarzą na ziemię i oddał mu pokłon, jak sługa wobec pana (występujący tu czasownik gr. „proskyneo” używany jest w Biblii także dla oddania postawy adoracji stworzenia wobec Stwórcy - w. 9). Czwarty raz, przy końcu rozdziału, słyszymy, jak Saul prosi Dawida: „przysięgnij mi wobec Pana, że nie wyniszczysz potomstwa mego po mnie” (w. 22; dosł. „za mną”). Również cztery razy gr. „opiso” (pol. „za”) pojawia się w tym rozdziale dla oddania sytuacji, gdy Saul jest „za” Dawidem. Tu wystarczy, że skorzystamy z usłyszanego przed chwilą tekstu: „Za kim to wyruszył król izraelski? Za kim ty gonisz? Za zdechłym psem, za jedną pchłą?” (w. 15).
To przypomniało mi wydarzenie, które miało miejsce pod Cezareą Filipową, gdzie Szymon Piotr w relacji do Jezusa najpierw wypowiedział wyznanie: „Ty jesteś Mesjasz” (Mk 8, 29; por. Mt 16, 16), a więc z łaski Bożej wyznał w Jezusie Pomazańca, Namaszczonego, czyli Chrystusa. Ale nieco później, gdy Jezus po raz pierwszy zapowiedział swoją mękę i zmartwychwstanie, ten sam uczeń wziął Jezusa na bok, by Go napomnieć. I usłyszał słowo, w którym również pojawia się słowo „za”. Jezus mówi Szymonowi: „odejdź za Mnie, szatanie, bo nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym co ludzkie” gr. („hypage opiso mou” - Mk 8, 33; por. Mt 16, 23). Pod Cezareą, w momencie kryzysu, Jezus przypomniał uczniowi wezwanie, które skierował do niego i do nas w momencie, gdy jego i nas powołał: „pójdźcie za Mną” (gr. „deute opiso mou” - Mk 1, 17). Jezus nie zaprosił nas do jedynie zewnętrznego kroczenia za Nim. Bardzo ważne jest to, czy moja mentalność w pójściu „za” Jezusem, po Jego śladach, jest kształtowana przez ludzi czy przez Boga.
Saul idzie w ślad „za” Dawidem słuchając opinii ludzi i ulegając ludzkiej mentalności. Pójście Saula „za” Dawidem to „prześladowanie”. Wg Jakuba Wujka Dawid pyta Saula w ten sposób: „kogóż prześladujesz, królu Izraelski? Kogo prześladujesz? Psa zdechłego prześladujesz, a pchłę jedną” (w. 15). Saul idąc w ślad „za” Dawidem tak naprawdę ulega mentalności śmierci i odbierania życia. Saul zapomina o źródle życia, jakim jest Bóg. Inaczej jest z Dawidem. Widzimy go idącego w ślad „za” Saulem. On widzi zło popełniane przez Saula, ale wciąż pamięta, że Saul jest jego królem i pomazańcem Pańskim. Choć Dawid jest namawiany przez ludzi, by skorzystał z okazji i zabił swego prześladowcę, mówi: „Niech mię broni Pan przed dokonaniem takiego czynu…” - zwróćmy uwagę, że nie ufa jedynie swoim siłom, ale odwołuje się mocy Bożej - „…przeciw mojemu panu i pomazańcowi Pańskiemu, bym miał podnieść rękę na niego, bo jest pomazańcem Pańskim” (w. 7). Dawid idzie w ślad „za” Saulem, by dać mu życie, by ujawnić to, że przed chwilą go oszczędził, przed chwilą mu przebaczył. Dawid pozwala, by życie Boże przepłynęło przez niego - przebaczenie nie ma swego źródła w Dawidzie, ale w Bogu - i dotknęło Saula. To, co robi Dawid, to prawdziwe „naśladowanie” Chrystusa. Natomiast to, co robi Saul, to „prześladowanie” Chrystusa. Dawid przebaczając swemu prześladowcy daje mu życie, Saul w zawiści chce odebrać życie swemu dobroczyńcy. Dawid „idzie w ślad za” Saulem „na korzyść” Saula. Saul „idzie w ślad za” Dawidem „przeciw” Dawidowi. Dawid „na-śladuje” Boga, bo Bóg zawsze „idzie w ślad za” grzesznikami „na korzyść” grzeszników. Saul, choć jest królem i ojcem narodu, nie tylko nie „na-śladuje” Boga, ale „prze-śladuje” Boga w człowieku.
Bóg walczy o nas. Bóg walczy o nas, jak walczył i o Dawida, i o Saula. Dwa razy w tekście greckim tego rozdziału księgi Samuela pojawia się sformułowanie: „i zdarzyło się”. Najpierw zdarzyło się, że „zadrżało serce Dawida” z powodu odcięcia kawałka płaszcza Saula (w. 6). Potem zdarzyło się, kiedy Dawid przestał już mówić, że „Saul zawołał: «Czy to twój głos, synu mój, Dawidzie?». I głośno zapłakał” (w. 17). Mówiąc o płaczu Saula autor wydaje się stawiać akcent na tym, że on płacząc podniósł głos. Natomiast o Dawidzie mówi, że „zadrżało serce Dawida”. Pomyślałem sobie, że można się zanieść bardzo głośnym płaczem i wylać nawet rzekę łez, które jednak spłyną po kamiennym sercu płaczącego tak jak woda spływa po kaczce. I serce jego pozostaje kamienne, niewzruszone, nieskruszone, nienawrócone. Cały rozdział kończy się taką informacją, że Saul „powrócił do swego domu”, choć korzystając z tekstu greckiego możnaby powiedzieć, że Saul „odszedł na swoje miejsce”, to tak jakby „odszedł na swoją dawną pozycję”. Nic się nie zmieniło. A Dawid? A Dawid odszedł „na górę na miejsce niedostępne”, bo on jest realistą i znając Saula wie, że za chwilę pościg za nim, grożący mu śmiercią, zacznie się na nowo. Poruszenie Saula wydaje się więc powierzchowne, a deklaracja nawrócenia płytka. Natomiast poruszenie Dawida po jakby powierzchownej ingerencji w życie Saula przez odcięcie kawałka jego płaszcza (choć dla tamtych ludzi było to jakoby odcięcie kawałka tożsamości człowieka noszącego płaszcz) jest dużo głębsze: „zadrżało serce Dawida”. Słowo Boga codziennie dotyka serca Dawida, porusza je i sprawia, że ono kruszeje i że się nawraca.
Dawid codziennie doświadcza Boga, który - ufam, że można tak powiedzieć - „ma wnętrzności”, który porusza się do głębi, który wzrusza się w swoich wnętrznościach, przebaczając nam. I takiego Boga Dawid objawia Saulowi i nam. Ale Dawid nie jest bezgrzeszny. Wobec Boga, tak on, jak Saul, jest dłużnikiem. W bulli Misericordiae Vultus papież Franciszek odwołuje się do przypowieści o dwóch dłużnikach, którą czasem nazywamy przypowieścią o nielitościwym słudze. Dziś dotarło do mnie z mocą, jaki tytuł nadano tej przypowieści w hiszpańskim tekście Biblii Jerozolimskiej, z którego korzystam. To „przypowieść o słudze bez wnętrzności”! Gospodarz darował mu kolosalny dług, ale rzeka miłosierdzia spłynęła po nim, spłynęła po jego kamiennym sercu, jakby nie dotykając jego serca. I on „nie ma serca” dla współsługi. Dawid objawia Boga, który „ma wnętrzności”, Dawid sam jest dłużnikiem, którego serce drży, wzrusza się. Ten sługa - tak zdaje się go określać papież Franciszek w bulli MV - jakby „wyzbył się czułości”, „wyzbył się pobożności, która jest czuła”. To poważne niebezpieczeństwo w naszym naśladowaniu Jezusa Chrystusa, gdybyśmy Go naśladowali jedynie zewnętrznie, gdybyśmy przyjmowali rzekę Jego łaski powierzchownie. Prośmy, byśmy idąc „za” Jezusem mieli mentalność Bożą i Bożą wrażliwość na drugiego człowieka.
Może więc warto dziś zapytać, w ślad „za kim” idę w życiu, w ślad „za kim” w życiu podążam. Czy to jest „naśladowanie” Jezusa Chrystusa, czyli szukanie tych, którzy się zagubili? Czy też jest to „prześladowanie” Jezusa Chrystusa w sobie i drugim człowieku, działanie na zgubę swoją i innych? Czy w swoim egoizmie nie biegam jak pies za swoim własnym ogonem? Biegać jak pies za swoim ogonem to przeżywać życie jak cyrk, w którym obwód bieżni jest bardzo krótki. Obyśmy się dali Jezusowi odkręcić z naszego zakręcenia. Możemy też zapytać, czy nie jesteśmy spośród tych, o których św. Piotr w swoim liście mówi, że idą „za ciałem” (2 Pt 2, 10). Czy moją mentalność kształtują opinie ludzi czy też słowo Boga? Czy tu i teraz dostrzegam to błogosławione „drżenie serca”, które jest kruszone i nawracane? Czy też wzruszam się jedynie powierzchownie, głośno płacząc, wracając potem do swojej poprzednich schematów życia?
---------------------------------------------------------------------
Czy odwzajemniam postawę Jezusa i pozwalam Mu żyć „w” sobie?
homilia - sobota 2. tygodnia zwykłego (rok II), 23 stycznia 2016 r.
2 Sm 1, 1-4.11-12.19.23-27; Ps 80, 2-3.5-7; Mk 3, 20-21

Ewangelia najpierw była przekazywana ustnie, czyli opowiadana. Potem ktoś spisał to opowiadanie, które początkowo nie miało podziału na rozdziały ani nawet na wersety z określoną numeracją. Te podziały to kwestia późniejsza. Dziś z wdzięcznością możemy popatrzeć na cały ten proces, dzięki któremu Ewangelia dociera do naszych uszu i serca. Bo na przestrzeni wielu wieków i w różnych miejscach Bóg posłużył się wieloma osobami, przede wszystkim wspólnotą Kościoła, byśmy dziś mogli słuchać Ewangelii. Bóg posłużył się tyloma osobami, aby dotrzeć z Dobrą Nowiną właśnie do mojego serca i właśnie dziś.
Pierwsze zdanie: „Jezus przyszedł do domu” czasem bywa włączane do wcześniejszego wersetu i fragmentu. A więc zaraz po ustanowieniu Dwunastu, jakby zaraz po święceniach biskupich, bo biskupi to następcy apostołów, „Jezus przyszedł do domu”. Możemy się domyślać, że ci Dwunastu są również razem z Nim, bo przecież powołał ich, aby byli z Nim, i już wczoraj słyszeliśmy, że oni przeszli na Jego stronę. Ewangelista opowiada, że „tłum znów się zbierał”, a dosłownie, że „znów współ-przyszedł”. Potrzebujemy być z Jezusem. Potrzebujemy przeżywać życie „razem z, współ-” (gr. „syn-”) z Jezusem. Potrzebujemy relacji. W relacji z osobą jest możliwość skonfrontowania swojego świata z innym światem, swojego życia i z innym życiem. Osoby, które spotykamy, również przez porównanie z nimi, dają nam możliwość określenia siebie. Mieszkając z kimś czy towarzysząc komuś widzę, np., że mamy inny rytm życia, inne zwyczaje itd.
Jezus „przyszedł” i tłum „współ-przyszedł”. Bóg, który jest Wspólnotą Osób, z natury swojej pociąga, łączy, gromadzi we wspólnotę. Ewangelista mówi o tłumie (gr. „ochlos”), czyli o rzeczywistości chaotycznej, z jednego punktu widzenia bardzo różnorodnej w swoich członkach, z innego - bardzo nieuporządkowanej. I ten tłum, a właściwie osoby, które tworzą ten tłum, czują że Jezus, do którego przychodzą, jest jak dyrygent wielkiej orkiestry, który może zsynchronizować dźwięki różnych instrumentów, by świat usłyszał piękną symfonię, czyli współbrzmienie głosów. On jako dyrygent pracuje z nami, poszczególnymi instrumentami, ale również z całą orkiestrą, by nauczyć nas grać „razem, współ-”, a nie tylko grać „obok siebie”.
Jednak szybko ujawnia się, że ten tłum niejako wjeżdża w życie Jezusa. A On na to pozwala. Dlaczego? W Wieczerniku modlił się do Ojca: „Nie tylko za nimi [dwunastu uczniami] proszę, ale i za tymi, którzy dzięki ich słowu będą wierzyć we Mnie; aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno, aby świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłał” (J 17, 20-21). A może Jezus pozwala, by tłum wszedł w Jego życie, by ukazać, że w Bogu jest miejsce dla każdego i że tylko Bóg może sprawić, że wszyscy będziemy jedno w Nim. Wróciły mi dziś w pamięci słowa o. Marko Rupnika z jednej z homilii wygłoszonych w naszym domu: „Pomyślcie, że kiedy ktoś wam mówi, że przyjdzie u was zamieszkać, rodzi się zaraz pytanie, ile pokoi zajmie i jaka część mieszkania pozostanie dla was? My nie wiemy tego, jak się żyje «jeden w drugim». Do pewnego stopnia rozumiemy, co oznacza żyć «jeden obok drugiego» albo «jeden z drugim», ale nie umiemy pojąć, o czym myśli Chrystus powtarzając: «Ja jestem w Ojcu, a Ojciec we Mnie»”.
No właśnie, żyć „razem, współ-” to coś więcej niż „obok siebie”. A Jezus idzie jeszcze dalej, bo mówi „Ja jestem w Ojcu moim, a wy we Mnie i Ja w was” (J 14, 20). Jezus chce, byśmy żyli „w” Nim, ale też chce by On mógł żyć „w” nas. Dlatego Jezus pozwolił, aby tłum „wszedł” w Jego życie, do Jego domu. I pojawił się problem, z perspektywy ludzkiej ważny, a przecież Jezus jest również prawdziwym człowiekiem. Problem, bo „nawet posilić się nie mogli”, bo „nawet chleba zjeść nie mogli”, czyli potrzeby przychodzących, potrzeby gości, stały się ważniejsze niż potrzeby fizyczne gospodarzy. Myślę, że tu może nam pomóc prosty obraz. Zdarza się, że ktoś podczas posiłku tak zaangażuje się w rozmowę, że wszyscy już skończyli, a on ma jeszcze wszystko, co sobie przygotował do zjedzenia, na talerzu. Można aż tak się zaangażować w rozmowę, w relację z drugim człowiekiem. Jezus karmił sobą innych. On stał się jak chleb, bo jest „Chlebem z nieba”.
Usłyszawszy o tym krewni Jezusa „wyszli”, „wybrali się”. Nie wiemy, jak zakończyła się ich misja. Nie wiemy, czy doszli i czy udało im Jezusa powstrzymać, a dosłownie „chwycić, uwięzić”. Widzą, że Jezus niejako otwiera swój dom dla wszystkich. Gdyby otworzył tylko jeden pokój i zorganizował w nim gabinet, na drzwiach którego umieściłby informację z godzinami przyjęć, byłoby może w porządku, ale otworzenie tłumowi całego domu na cały czas to za dużo. I tu widzimy nasz problem: problem udostępnienia Jezusowi naszego domu i życia. To problem, by odwzajemnić postawę Jezusa i pozwolić Mu żyć „w” nas. Czy jesteśmy gotowi, by udostępnić Jezusowi nie część życia, ale całe życie; nie część domu, ale cały dom?
Bo kiedy Jezus wpuszcza Mnie do swojego domu i pozwala mi żyć „w” Jego domu, mogę się tam poczuć nie tylko jak gość, ale jak domownik; moje potrzeby są ważne. Ale czy potrafię Jezusa wpuścić do mojego domu i pozwolić Mu żyć „we” mnie, by Jezus poczuł się „we mnie” nie tylko jak gość, ale jak domownik, którego potrzeby są ważne?, by Jezus poczuł się „we mnie” jak gospodarz?, bo On jest Gospodarzem. Stąd możemy reagować podobnie, jak krewni Jezusa. Chcemy Jezusa „pochwycić, uwięzić” w jakiejś przestrzeni. Może boimy się tego, że jeśli wpuścimy Go na całość, to już nas nie będzie. Tymczasem, nic podobnego!
Nieco wcześniej św. Marek wspomniał o Jezusie, który - choć przychodziło wielu - „nad ranem, gdy jeszcze było ciemno, wstał, wyszedł i udał się na miejsce pustynne, i tam się modlił”. A wszyscy Go szukali (Mk 1, 35n). Jezus potrafi zadbać o swoje potrzeby, o relację z Ojcem na osobności. I dlatego również potrafi zaangażować się cały w bycie z ludźmi, z dziećmi Ojca. Powiedzmy to używając ludzkich słów: Jezus korzysta z możliwości bycia „w” Ojcu (nie tylko „obok” Ojca), ale też pozwala Ojcu, by Ojciec był „w” Nim. I tego chce uczyć nas. Uczy nas korzystania z możliwości bycia „w” Nim, „w” Jego domu, „w” Jego życiu, ale też uczy przyjmowania Go „w” nas, „w” naszym domu, „w” naszym życiu. On wpuszczając Ojca do siebie nadal jest Synem, nie przestaje być Synem, i również będąc „w” Ojcu nadal jest Synem.
Krewni wybrali się, żeby Jezusa „powstrzymać”, „chwycić, uwięzić”. Pomyślałem, że ta postawa jest diagnostyczna również z innej perspektywy. W hiszpańskim tekście, który mam ze sobą, gdyby to oddać dosłownie, mowa o tym, że krewni wyszli, by „wziąć Jego ciężar na siebie, obciążyć się nim” („hacerse cargo de él”). Jezusa postrzegają jako ciężar. Jezus, który „odszedł od zmysłów”, „wyszedł z siebie”, wydaje się im ciężarem, bo wyrywa ich ze spokojnego życia. I chcą Go wziąć na siebie, jak bierze się na siebie ciężar. Czy to jest mentalność Ewangelii? Po pierwsze, to paradoks, bo oni teraz chcą odebrać Jezusa tym, z których Jezus ściągał ciężary. Po drugie, zamiast przyjąć Jezusa jako Tego, który przyszedł wziąć na siebie nasze słabości i nasze choroby, a więc również ich słabości i choroby, wchodzą w Jego rolę. Pomyślmy, ilu wokół nas albo wśród nas jest takich, którzy postrzegają Ewangelię jako ciężar, który trzeba nosić? Ile jest takich wokół czy wśród nas, którzy próbują zamienić się z Bogiem miejscami i próbują nosić Boga? Zamiast pozwolić Bogu nosić ich, próbują Boga nosić. Czy to nie dramatyczna zamiana miejsc?
„Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije, trwa we Mnie, a Ja w nim” (J 6, 56). Kiedy przyjmujemy Jezusa do swojego serca, do swojego domu, On poszerza naszą dyspozycyjność. Pięknym tego przykładem jest sytuacja, kiedy zapracowana Marta przyjmuje Jezusa do swojego domu. Tak, również Marta próbowała Jezusa „uwięzić” w swoim planie pracy. Ona, gospodyni, chciała dysponować Gospodarzem i wyznaczać Mu zadania. A On, wewnętrznie wolny, z miłością z nią rozmawiał, zapraszając ją, by to ona Go słuchała. Bo nic tak dobrze nam nie służy, jak słuchanie Jezusa i oddanie Mu swojego życia i domu do dyspozycji.
I na zakończenie poruszające słowa św. Ireneusza z dzisiejszej Liturgii Godzin: „(…) nie ustało składanie ofiar. Były niegdyś, są i teraz. Były u Żydów, są obecnie w Kościele. Zmienił się jedynie ich charakter, albowiem składają je ludzie wolni, nie zaś niewolnicy. (…) Tamci składali Panu ze swoich dóbr dziesięcinę, ci zaś, którzy się stali wolni, wszystko oddają Panu na służbę. Oddają nie mniejsze dobra dobrowolnie i radośnie, albowiem spodziewają się doznać większych dobrodziejstw. Wyobrażają niejako ową wdowę, która cała swe utrzymanie wrzuciła do skarbony” (Godzina czytań, sobota 2. tygodnia zwykłego).

댓글 쓰기…
W obronie Tradycji Kościoła 이(가) 이 게시물을 «Deus caritas est» (1 J 4, 8) 에 언급했습니다.
ona
Zdziwiłabym się gdyby odpowiedziały bo jak ubić pianę do nieistniejącego
ona
@Quas Primas i @22Cecylia , moze zaprezentują swoją dzisiejszą "tfurczość " i wskażą, jakiez to mądrosci zyciowe dziś ludziom przekazały Gdzie się doszukiwać w ich wpisach miłosci, radości czy nadziei...
ona
Pokora. To świadomość swoich wartości tego, kim jestem. I świadomość tego, że jest Ktoś większy ode mnie. Ktoś, kto mnie stworzył, kto mnie kocha. To też jest konkretny styl Boga. Bóg jest pokorny. Pokora może nas otwierać na Jezusa. Na relację z Nim" - mówi s. Gracja Szymańska ZMBM.
ona
Relacja z Bogiem zaczyna się chrztem, bierzmowaniem, Komunią i utrzymaniem tych sakramentów w całym dorosłym zyciu. Jednakze bez wejscia w swiadomą relację z Bogiem, bez zafascynowania się Nim bez reszty, bez poszukiwania Go i oddania Mu dobrowolnie swojego zycia czyniąc Go centralnym jego punktem i podporzadkowaniu się całkowicie Jego woli , Komunia bedzie tylko tradycją, obowiązkiem i rytuałem.… 더보기