Język
Wyświetlenia
227
Anty_modernista 6 4

Licencja na mord rytualny – Grzegorz Braun

Sensacyjny proces zabójców św. Szymonka z Trydentu toczy się nieprzerwanie już ponad pięć wieków – przed sądem historii. Opinie judeorealistów i judeoidelistów wciąż polaryzuje przerażające, bestialskie zabójstwo trzyletniego dziecka – i budzący nie mniejszą grozę wyrok wydany w 1475 r.

Rzucająca na sprawę całkiem nowe światło książka prof. Ariela Toaffa p.t. „Krwawe paschy”, opublikowana we Włoszech ledwie 10 lat temu, została gwałtownie zaatakowana na gruncie zgoła nienaukowym – i ostatecznie zignorowana przez świat akademicki. Tymczasem polskie wątki, nieoczekiwanie wydobyte przez Toaffa z doskonale zachowanych protokołów zeznań, a zgodnie przeoczone przez naszych badaczy – nadal czekają na pogłębione studia.
Któż by przypuścił, że kryminalny przypadek z drugiej połowy XV w. może rozbudzić takie emocje – stać się przyczyną bezprecedensowej nagonki politycznej, która na początku XXI wieku doprowadzi wybitnego naukowca do złożenia samokrytyki i wycofania z obiegu, a następnie autocenzorskiej korekty własnej publikacji – ? Cóż takiego stało się, że od profesora Ariela Toaffa (ur. 1942), wybitnego znawcy dziejów średniowiecza i renesansu, autora szeregu istotnych publikacji z dziejów diaspory, wykładowcy (dziś już emerytowanego) uniwersytetu Bar-Ilan w Tel-avivie, uznał za konieczne odciąć się publicznie jego własny ojciec, Alio Toaff (notabene naczelny rabin Rzymu) – ? Cóż takiego właściwie uczynił prof. Toaff, że z arbitralną i brutalną krytyką jego ustaleń badawczych wystąpiła osławiona Liga Przeciw Zniesławieniu (ADL – Anti Defamation League), polityczna emanacja loży B’nai B’rith, amerykańskiej masonerii o etnicznym kryterium członkostwa i narodowościowym profilu programowym – ?
Wydana w 2007 r. w języku włoskim książka „Pasque Di Sangue” – czyli właśnie „Krwawe paschy”, z podtytułem: „Europejscy Żydzi i rytualne morderstwa” – w wersji oryginalnej dostępna bywa w obiegu antykwarycznym w cenach dość zawrotnych, idących w tysiące dolarów. Tę lekturę – obowiązkową niewątpliwie dla każdego, kto w tym przedmiocie nie chce dywagować w oderwaniu od faktów – można jednak szczęśliwie odrobić, np. w tłumaczeniu angielskim, na razie jeszcze łatwo osiągalnym w sieci internetowej (szukaj: „Blood Passovers” lub „Passovers of Blood”). Pracowitym, a skromnie zachowującym anonimowość internautom zawdzięczamy także możliwość prześledzenia skreśleń, modyfikacji i uzupełnień, poczynionych przez autora na użytek drugiego, „poprawionego” wydania, których celem było najwyraźniej zmiękczenie porażającej wymowy pierwotnego dzieła.

Na kilkuset stronach, których lektura jest i pasjonująca, i porażająca zarazem, prof. Toaff przedstawia całokształt dostępnej wiedzy o wszystkich bodaj głośnych w swoim czasie i notowanych w historiografii przypadkach oskarżeń, procesów, wyroków i samosądów w sprawach tzw. mordów rytualnych przypisywanych Żydom w Europie wieków średnich, w analizie porównawczej sięgając także do kazusów z późniejszych epok. Należy odnotować z jednej strony imponującą precyzję warsztatu naukowego, dzięki czemu każda wzmianka ma tu swój adres bibliograficzny, a znaczną część objętości tekstu zajmują drobiazgowe przypisy – jednocześnie warto docenić dyscyplinę pisarską Toaffa, jego talent narracyjny, który sprawia, że to wszystko czyta się jak horror kryminalny, niczym „Milczenie owiec” osadzone w realiach trydenckiej gminy aszkenazyjskiej. Pasjonujące śledztwo historyczne prowadzi żydowskiego badacza do wstrząsającej konkluzji: akta procesu zabójców małego Szymonka muszą mówić prawdę – obfitują bowiem w szczegóły, których nikt nie byłby w stanie wymyślić.
Prowadząc drobiazgową, krytyczną analizę – zarówno wewnętrzną (przeobszernych i kompletnych akt procesu trydenckiego), jak i zewnętrzną (porównawczą wobec innych analogicznych, choć odległych w czasie i przestrzeni przypadków) – Toaff zwraca uwagę m.in. na niuanse językowe. Odkrywa, że np. zapisane w protokołach rytualne zaklęcia używane w trakcie zbrodniczej „liturgii” nie mogły być zmyślone przez różnych, zeznających niezależnie od siebie świadków, ani też nie mogły być podsunięte przez chrześcijańskich oskarżycieli – z prostego powodu: ani jedni, ani drudzy nie pojmowali w pełni znaczenia części wypowiadanych słów. Ich hebrajski źródłosłów pozostawał bowiem kompletnie nieznany oskarżycielom, trydenckim Włochom biedzącym się nad zapisem w łacińskiej transkrypcji tego, co ze słuchu powtarzają oskarżeni i świadkowie, w większości aszkenazyjscy przybysze z Niemiec, posługujący się więc raczej żargonem – bynajmniej nie należący do uczonych w piśmie hebraistów. Z tej m.in. przyczyny, Toaff praktycznie wyklucza popularną, poniekąd aksjomatyczną i kanoniczną dziś tezę o „wymuszaniu” obciążających, całkowicie wyssanych z palca zeznań torturami.

Nie miejsce tu jednak, by odtwarzać cały tok rozumowania i przytaczać wszelkie argumenty Ariela Toaffa – żaden telegraficzny skrót nie będzie wszak przekonujący dla ostrożnego czytelnika, który jeśli kiedykolwiek słyszał cokolwiek o mordach rytualnych, to nie powątpiewa raczej, że należą one i zawsze należały do arsenału całkowicie bezpodstawnych, gołosłownych, zbrodniczych w skutkach, antysemickich oskarżeń. Taka, nie inna wersja obowiązuje przecież w całym respektującym kanony polit-poprawności świecie – od katedr akademickich po Wikipedię. Ta ostatnia stwierdza autorytatywnie: „Takie niesłuszne oskarżenia wysuwano najczęściej przeciwko Żydom” – choć przecież mimochodem uściśla: „Zazwyczaj oskarżenia o mord rytualny były fałszywe, aczkolwiek istniały grupy, praktykujące tego rodzaju działania, np. thugowie w Indiach”. A otóż książka prof. Toaffa z zachowaniem wszelkich zasad warsztatu naukowego wywodzi ni mniej, ni więcej, że thugowie, znana historiografii mordercza sekta czcicieli bogini Kali, najwyraźniej nie stanowili ekskluzywnego wyjątku. W diasporze żydowskiej, dowodnie stwierdza Toaff, przez wieki działać mogła sekta kultywująca praktykę zrytualizowanego pozbawiania życia nieletnich chrześcijan, których spreparowana krew – w postaci sypkiej, po wysuszeniu i starciu na proszek (sic) – służyć miała dalszym rytuałom.

Nota bene: prof. Ariel Toaff nie konstatuje bynajmniej powszechności takich praktyk wśród ogółu Żydów europejskich. Swoją hipotezę odnosi do członków gmin aszkenazyjskich, głównie niemieckich. Ale i tu nie przypisuje morderczych zakusów ogółowi – stawia hipotezę wykształcenia się w łonie judaizmu aszkenazyjskiego zdegenerowanej sekty, w której zbrodniczych praktykach ujście znalazła głęboko zakorzeniona nienawiść do chrześcijaństwa. Nota bene: ustalenia badawcze Toaffa doskonale wpisują się w kontekst rysowany przez innych badaczy i inne rewelacyjne prace badawcze – np. „Dwa narody w jednym łonie” prof. Israela Yuvala, czy prof. Jana Iluka „Żydowska antyewangelia. Antyczna tradycja i nowożytne trwanie” (tom II dzieła: „Żydowska politeja i kościół w Imperium Rzymskim u schyłku antyku”). Wielopokoleniowo kultywowane resentymenty, których doskonale znaną manifestacją pozostaje „Toledot Jeszu” (zbiór tekstów zawierających wersję o oszukańczym, magicznym charakterze osoby Jezusa z Nazaretu i o niemoralnym prowadzeniu się Jego Matki) – oto na jakim gruncie dojść mogło do wynaturzeń, o których mowa.
Niejako na marginesie, przy okazji, ale przecież nie mniej wnikliwie analizując wszelkie dostępne świadectwa i dokumenty, prof. Toaff dekonstruuje kolejny mit – niemające jak się okazuje pełnego pokrycia w faktach przekonanie, że jakiekolwiek korzystanie, a już na pewno konsumowanie krwi w wypadku Żydów nie byłoby w ogóle możliwe, ze względu na rzekomy „zakaz religijny”. Tej kwestii Toaff poświęca osobny, sążnisty rozdział, w którym wykazuje niezbicie, że wykorzystywanie krwi – zwierzęcej, a w pewnych przypadkach także ludzkiej – było w aszkenazyjskich gminach praktykowane na tyle szeroko, że jako poszukiwany specyfik funkcjonowała ona w obiegu handlowym. Kupcy w tej „branży” wyposażeni byli nawet w specjalne „certyfikaty koszerności” oferowanego towaru (sic) wystawiane przez poważanych rabinów, przywódców i prawodawców gmin aszkenazyjskich na kontynencie europejskim.
I tu dochodzimy do sygnalizowanych na samym początku polskich wątków w mrocznej i tragicznej sprawie trydenckiej. Wśród niezliczonych, niekończących się detali i szczegółowych informacji, które prof. Toaff niestrudzenie przytacza i analizuje, znajduje się wzmianka o tym, że wystawcą jednego z takich „certyfikatów koszerności” (to termin sugerowany przez niżej podpisanego) miał być niejaki Mojżesz z Halle (Moses of Halle, Moshe da Halle). Opatrzone jego osobistym podpisem świadectwo wiarygodności sprzedawcy oglądać miał jeden z kluczowych uczestników sprawy trydenckiej, Samuel z Norymbergi – duchowy przywódca gminy trydenckiej, w którego domostwie dokonano mordu na św. Szymonku. „Samuel wyznał przesłuchującym go – notuje Toaff – że wędrowny handlarz Dov Orso z Saksonii, od którego nabył on krew [niezbędną do wcześniej praktykowanych rytuałów] miał ze sobą listy polecające podpisane przez Mojżesza z Hol [i.e. Halle], Iudeorum principalis magister [i.e. głównego nauczyciela żydowskiego, czyli naczelnego rabina]”.

Otóż rzecz w tym, że w dalszym ustępie tekstu głównego, a także w odnośnych przypisach prof. Toaff jednoznacznie identyfikuje owego Mojżesza z Halle jako tego samego rabina, który w roku 1458 opuścić miał kraje niemieckie, aby przenieść się do Poznania, gdzie urzędował aż do śmierci w roku 1474. A zatem gminie żydowskiej w Poznaniu za panowania Kazimierza Jagiellończyka przez półtorej dekady przewodzić miał człowiek, który własnym imieniem ręczył za autentyzm i jakość suszonej krwi chrześcijańskiego dziecięcia oferowanej w Trydencie przez komiwojażera z Saksonii- ?? Oczywiście znane nam daty i inne okoliczności wykluczają osobisty związek Mojżesza z Halle z mordem Trydenckim – ale skoro wystawiał on takie „certyfikaty”, to czy mógł nie wiedzieć, czego właściwie one dotyczą? Oto pytanie dla badaczy – na razie bez przesądzającej odpowiedzi. To jednak nie jedyna nić wiążąca sprawę trydencką z Polską – oto bowiem Samuel z Norymbergi jako swego nauczyciela, tego, który przekazać mu miał tradycje i kanony owych krwawych rytuałów, wymienił Dawida Tewje Szprynca (David Tevel Sprinz). Prof. Toaff pisze, że w ów Szprync działać miał również w Poznaniu – dokąd udał się jako będący już w podeszłym wieku autorytet rabinacki w 1474 r. Być może Poznań nie był ostatnią stacją jego podróży, skoro Mejer Bałaban w swej „Historii Żydów w Krakowie i na Kazimierzu” wzmiankuje Dawida Sprinza jako przybyłego do Krakowa uchodźcę „wplątanego w okropny proces trydencki”.

Co skłaniało ludzi cieszących się takim autorytetem jak Mojżesz z Halle, a niemłodych już przecież, jak Dawid Szprync, do porzucania dotychczasowych siedzib i podejmowania tak dalekich, niewątpliwie dość forsownych podróży? Na to pytanie literatura przedmiotu nie przynosi zadowalających wyjaśnień – poza dywagacjami np. dotyczącymi mobilności w diasporze. Trzeba ze smutkiem stwierdzić, że dzieje Żydów w Polsce – zresztą nie tylko w XV w. – pozostają dla naszej historiografii terra incognita. Nadal niewiele, bądź zgoła niczego nie wiemy o wielkiej organizacji sieciowej, przez wieki działającej na polskich ziemiach. Nawet takie podstawowe opracowania jak właśnie Bałabana czy np. Graetza – istniejące już od dawna i dostępne w europejskich językach, także w polskim – nie są ani wykorzystywane, ani tym bardziej krytycznie rewidowane przez polskich badaczy. Opracowania nowsze nie przestają razić wtórnością i brakiem krytycyzmu względem przedmiotu badań.
Przykładem twórczość Hanny Zaremskiej z Instytutu Historii PAN, która sprawom kahałów i losom rabinów działających w Polsce właśnie w XV w. poświęciła już kilka tekstów – i tak się składa, że jeden z nich monografizuje właśnie sylwetkę Mojżesza z Halle w jego poznańskim okresie. W bibliografiach tekstów Zaremskiej próżno jednak szukać książki Toaffa – dlatego też i próżno oczekiwać, że udzieli nam ona odpowiedzi na podstawowe pytanie: czy po przeprowadzce z Halle do Poznania rabin Mojżesz wystawiał dalej „certyfikaty koszerności” w rodzaju tego, który oglądać miał na własne oczy Samuel z Norymbergi, morderca rytualny z Trydentu? A Dawid Szprync, który Samuelowi tę tradycję osobiście ustnie przekazał – czy sam po ucieczce z Niemiec nadal ją praktykował w Poznaniu, czy Krakowie? Czy skoro własnym rabinackim autorytetem gotowi byli oni poręczać koszerność, tj. rytualną czystość procedury pozyskiwania tak pożądanego produktu – to czy nie zdaje się logiczne przypuszczenie ich zaangażowania w sam „proces produkcji” (którego opis darujmy tu sobie, odsyłając Sz. Czytelnika do lektury Toaffa)? Wniosek: i Mojżesz z Halle, i Dawid Szprync, a także ich uznani mistrzowie i koledzy-rabini, w rodzaju Izraela Isserleina czy Izraela MiBruny (z Brna) nie mogli pozostawać nieświadomi rzeczy – że zatem co najmniej pośrednio licencjonowali oni proceder, którego obłędną logikę i nieludzkie okrucieństwo ujawniają m.in. zeznania wykonawców nieudanej akcji w Trydencie.

A co z wyższymi jeszcze od nich autorytetami prawa talmudycznego, których pamięć do dziś czczona jest przez kontynuatorów tej tradycji? Są to przecież sprawy fundamentalnie istotne – bo potencjalnie przesądzające kwestię, jak dalece rzeczywisty jest ten martyrologiczno-sentymentalny obraz życia Żydów w diasporze, propagowany dziś u nas z tak wielkim rozmachem przez. Muzeum Żydów Polskich „Polin” czy Żydowski Instytut Historyczny. Wspomniana Hanna Zaremska inny ze swych szkiców, poświęcony sylwetce kolejnego żydowskiego mędrca tamtej epoki, tak podsumowuje: „W kwestii oceny ludzkiego życia, obie kultury – żydowska i chrześcijańska – zdają się w średniowieczu mówić jednym głosem”. Otóż, choćby tylko w świetle wyżej przytoczonych hipotez i faktów, twierdzenie takie wypadałoby przynajmniej krytycznie zweryfikować. Książka Ariela Toaffa pod każdym względem reprezentuje zbyt poważny kaliber, by uczciwość naukowa przyzwalała na jej „przeoczenie”. Najwyraźniej niektórym zdaje się, że w historii stosunków polsko-żydowskich mieliśmy do czynienia wyłącznie z typami tak sympatycznymi, jak mickiewiczowski Jankiel, Szuman z „Lalki”, czy reymontowski Moryc Welt – sprawa komplikuje się nieprzyjemnie, jeśli za ich plecami zaczynamy dostrzegać osobników przypominających raczej doktora Hannibala Lectera, niż Tewje Mleczarza.

Grzegorz Braun

Za: Polska bez cenzury (11.12.2018)

www.bibula.com
abcxyz
Byłoby pięknie gdyby jakieś prawdziwie katolickie wydawnictwo podjęło się trudu przetłumaczenia na język polski i wydania prawdziwego arcydzieła poruszającego problematykę żydowskich mordów rytualnych książki Ariela Toaffa "Bloodpassover" (Krwawa pascha). Publikacja ta krąży w internecie, ale w wersji anglojęzycznej.
Stonpaw
To ja kupię mojemu sąsiadowi pod choinkę.
Co prawda on obchodzi Chanuki, ale nic nie szkodzi.
Niech o mnie pamięta, ze ma sąsiada katolika.
Anty_modernista
Polecam zakup książki:

"Mord rytualny – przyczynki historyczne"
bogumilz
W 1989 r. watykańska Kongregacja ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów wydała oświadczenie, w którym czytamy m.in.: „Trzeba jasno stwierdzić, że nigdy nie było żydowskiego mordu rytualnego. Współczesny chrześcijanin musi takie stwierdzenie potępić jako bardzo obraźliwe wobec narodu żydowskiego i hańbiące oszczerstwa”.
Anty_modernista
Kolejny przykład na to czym zajmują się kongregacje - nie zajmują się tym do czego zostały powołane lecz zgodnie z potrzebami żydowskich braci w posoborowej wierze tym co w danej chwili jest im korzystne.
Tymoteusz
Czy można naukowo, bez emocji, metodycznie badać tego typu sprawy? Można (choć wszystko zmierza do tego, że żydo-masońska hydra politycznej poprawności prędzej czy później zablokuje tę możliwość).

Oczywiście, związani narodowo, religijnie żydzi chcą tym mordom rytualnym ukręcić łeb, co jest jak najbardziej zrozumiałe, bo któż by chciał wywlekać swoje brudy na światło dzienne...