Język
Wyświetlenia
392
Ewelina Anna

Koń trojański (2): zmiana celów małżeństwa


W dalszej części "Konia Trojańskiego w mieście Boga" Hildebrand uzasadnia zmianę tradycyjnych celów małżeństwa. Tradycyjny cel najważniejszy, jakim było zrodzenie i wychowanie potomstwa przestawia na drugie miejsce po wzajemnej miłości małżonków. Pisze o tym tak:

"Tradycyjne pojęcie małżeństwa zawiera prawdę częściową. Przesadny, niemal wyłączny nacisk na prokreację doprowadził do poważnego i prawie całkowitego zaniedbania roli miłości wzajemnej. (...) Aczkolwiek słusznie akcentowano prokreację jako wielki i szlachetny cel, przecież istocie małżeństwa tylko wtedy można oddać sprawiedliwość, jeśli uchwyci się jego znaczenie i wysoką wartość jako wspólnoty miłości, jako ostatecznej jedności dwóch osób. Co więcej, sama tajemnica prokreacji pozwala się pojąć adekwatnie tylko na tle wspólnoty miłości, ponieważ przeobfitym źródłem tej tajemnicy jest właśnie ta jedność w miłości".

Budzi się więc pytanie na tym tle. Po co zmieniać kolejność celów małżeństwa, jeśli cel tradycyjny można pojąć adekwatnie na tle pozostałych? W takim razie czemu ma służyć taka zmiana. w czym naprawdę tkwi problem?

To prawda, że mocno akcentowanym celem małżeństwa są dzieci, prokreacja. Niezgoda małżonków na zrodzenie potomstwa czyni małżeństwo nieważnym. Tymczasem brak miłości wzajemnej nie czyni go nieważnym. Umowa małżeńska nie mówi, że będę ci wierny (wierna), dopóki trwa wspólnota miłości, cokolwiek miałoby to znaczyć, a stanie się nieważne, jak uczucia i wspólnota przeminą. A przecież sama miłość ludzka pojmowana jako uczucie jest zmienna, bywa, że małżeństwa przechodzą przez kryzysy i nadal pozostają małżeństwami. Wygaśnięcie ognia pierwszej miłości nie sprawia, że małżeństwo przestaje istnieć. Niezgoda zaś na potomstwo sprawia małżeństwo od początku nieważnym.

Poza tym, by być sprawiedliwym trzeba dodać, nie jest prawdą, że Kościół marginalizował miłość wzajemną. Miłość Boga do swojego narodu była ukazywana jako miłość małżonka do swej żony, miłość oblubieńcza. Pisma prorockie pełne są skarg porzuconego Małżonka, i wyrzutów kierowanych do nierządnej małżonki, cudzołożnego narodu, czczącego inne bóstwa. Relacja Boga do Kościoła jest ukazywana jako miłość małżeńska czyli najściślejsza, najbardziej intymna, zazdrosna. Grzech i odstępstwo ludzkie, czczenie innych bogów jest przyrównane co małżeńskiej zdrady. Być może temat ten powinien być mocniej akcentowany jako szkoła miłości wiernej i wytrwałej. Skoro miłość męża do żony ma być podobna do miłości Boga do Kościoła, w formacji ludzi przygotowujących się do sakramentu małżeństwa jest miejsce by ten temat pogłębiać. Jest to jednak temat nie tylko mówiący o ogromnej wadze więzi i miłości, ale wierności pomimo braku wzajemności, pomimo cierpienia, co jest większym odzwierciedleniem realiów życia.

Jeżeli uznajemy, że najważniejszym i pierwszym celem małżeństwa jest zrodzenie i wychowanie potomstwa, jak mówi cała Tradycja Kościoła, hierarchia ta od razu porządkuje nam i uzasadnia inne cele małżeństwa. Jedno wynika z drugiego. Zrodzenie i wychowanie dzieci angażuje dziesięciolecia życia rodziców. Potrzebna jest ich jedność i nierozerwalność małżeńska właśnie dlatego, że wychowanie dzieci i wyposażenie ich nie kończy się po 5, czy 10 latach od narodzenia ale trwa bardzo długo, dorosłe dzieci potrzebują często oparcia w małżeństwie swoich rodziców.
Święty Tomasz pisze o małżeństwie i jego celach tak:

"Małżeństwo jest służbą natury i sakramentem Kościoła. Będąc służbą natury, podobnie jak każdy akt cnoty, wymaga od sprawcy, by zmierzał do należytego celu, którym w małżeństwie jest potomstwo; od samego zaś czynu by był dobry w swym rodzaju, czyli ze względu na właściwy sobie przedmiot, a więc w małżeństwie by obcować ze swoja żoną, a nie z inną (i ze swoim mężem a nie z innym) - i to właśnie wyraża wierność. Ponadto małżeństwo, będąc sakramentem, posiada z tego względu szczególną (nadprzyrodzoną) dobroć, nazwaną tu po prostu sakramentem. (...)

"Przez dobro potomstwa rozumie się tu nie tylko zrodzenie go ale także jego wychowanie, które jest celem współdziałania małżonków, jako osób związanych ze sobą małżeństwem, gdyż jest rzeczą naturalną, że nie dzieci rodzicom winny gromadzić majętności ale rodzice dzieciom jak mówi święty Paweł (II Kor 12,14). Tak więc w pojęciu "potomstwa" jako głównego celu małżeństwa, zawierają się inne cele jako drugorzędne. (...)Przez Sakrament należy rozumieć tu nie tylko niepodzielność ale także wszystkie następstwa małżeństwa ze względu na jego oznaczanie zjednoczenia Chrystusa z Kościołem. Albo można powiedzieć, że jedność zawiera się w pojęciu wierności, a "niepodzielność" w pojęciu sakramentu.
" (Suma Teologiczna, tom 32, z. 49, art2. )

Współczesne ucho może razić taki rzeczowy i precyzyjny ton nazywający rzeczy po imieniu. Konkretne i racjonalnie postawione cele, żadnych wiszących w powietrzu, niedookreślonych pojęć, które pięknie brzmią a nie wiadomo co oznaczają, jak w kobiecych serialach w których słowo miłość jest odmieniane przez miliony przypadków a jakoś ciągle dramat, łzy, intryga i zdrada.... Bo szczerze mówiąc nie bardzo wiem, co może oznaczać dla Hildebranda pojęcie "jedności w miłości". Nie wiem, czy chodzi o jedność w łóżku, czy jedność w gotowaniu obiadu, czy jedność w rąbaniu drewna na opał, czy jedność w tłumaczeniu dziecku zadania z matematyki, czy jedność w naszywaniu łat na podarte portki dziecięce, które jeszcze mogą się przydać do łażenia po drzewach. Wychowanie potomstwa to konkret. Małżeństwo jest jednością, kiedy dochodzi do poczęcia dziecka, ale także, kiedy razem współpracują w tym, by dziecko wychować. Są chwile, kiedy ze względu na dobro dzieci i rodziny w ogóle trzeba z "jedności miłości" zrezygnować, żeby wstać nocą do dziecka, żeby mu pomóc w jakiś życiowych doświadczeniach. Czasem trzeba zrezygnować z jedności żeby być ojcem dla dzieci, nauczyć jeździć na rowerze, czy pokazać, jak się posługiwać młotkiem. Praktyka pokazuje, że małżonków nie łączy ich wzajemna, wyrwana z kontekstu jedność w tym, co czują do siebie, ale jedność w tym, w czym wspólnie uczestniczą. Dlatego najpiękniejszymi momentami w rodzinie nie jest patrzenie sobie w oczy, owszem na moment i to jest piękne, ale wspólne tworzenie czegoś, doświadczanie, praca, wysiłek ku wspólnemu celowi. Ku obiektywnemu celowi. Obiektywnym celem nie może być jakaś "jedność w miłości" której definicje może ktoś sobie dowolnie pisać jak chce, ale konkret. Konkretem jest zrodzenie i wychowanie potomstwa, konkretem jest zabezpieczenie edukacji i środków materialnych. Przekazanie dzieciom wiary w Boga i miłości do Kościoła. To są rzeczy namacalne, konkretne i praktyczne. Wymagają małżeńskiej współpracy, jedności, wierności, zabiegania o dobra duchowe, intelektualne i materialne, i budują odczucie wspólnoty na zasadzie wspólnego celu.

Jedność w miłości buduje się wokół celu, wokół jakiejś wartości, która przekracza samych pojedynczych ludzi i trwa pomimo tego, że oni niszczeją. Wraz z ludźmi na Ziemi kończy się ich jedność, bo w sumie każdy pojedynczy człowiek dąży do pełni jaką jest Bóg, w Niebie, w którym małżeństwa nie będzie, w którym już nie będą się żenić ani za mąż wychodzić. Potomstwo zaś, zrodzone fizycznie i przez wiarę i sakramenty dla Kościoła będzie trwać, i jest czymś o wiele większym zasięgu niż jedność pary ludzi. Ona może dla nich samych być pocieszeniem, ale celem ich jedności nie może być ona sama, bo kończy się wraz z nimi. Pozostaje po nich coś innego, co było jej owocem, do czego ona służyła. Więc ona sama nie może być celem małżeństwa, ale jest jego właściwością. Są małżeństwa które nie mając dzieci cierpią, i ich miłość może być w duchowym znaczeniu także płodna, wynagradzająca, ale nadal są powołani do płodności jak nie ciała, to ducha. Ich ofiara także może być według Bożej ojcowskiej woli płodna, choć tego nie widzą. Zresztą, jakby mógł Bóg, będąc nazwany Ojcem, rodzący swego Syna, nie powoływać nowego życia nawet tam, gdzie ono fizycznie nie może powstać. Tak ludzie powołani do samotności dla Bożego królestwa są także powołani do ojcostwa, do płodności i płodzą dzieci duchowo, w wierze i sakramentach, jako potomstwo Kościoła.

Obserwując tę zmianę, ma się wrażenie, że zmaganie się filozofów i teologów z tradycyjnymi celami małżeństwa miało na celu po prostu zniszczenie doktryny Kościoła w odniesieniu do małżeństwa. Jeżeli celem małżeństwa jest potomstwo mówiąc najogólniej, cel ten jednoznacznie wskazuje na małżeństwo jako na związek mężczyzny i kobiety, związek dozgonny, nierozerwalny. Trwający pomimo różnych zmiennych, kryzysów uczuć i innych małżeńskich doświadczeń. Celem nie jest więź tylko dzieci, dlatego, nawet kiedy jedność w miłości się kończy małżeństwo trwa. Ewangelicznie - jeżeli ktoś opuszcza swoją żonę i bierze inną, popełnia cudzołóstwo. Każdy element tradycyjnej doktryny jest idealnie dopasowany, wyjmując i luzując jedną cegiełkę, powodujemy, że cały mur ulega osłabieniu. Mistrzowska, logiczna, spójna i doskonała budowla, wzniosła rozumem, duchem, pięknem mistyki jest nie do reformowania w swoich tradycyjnych elementach. Nie wolno wyjąć żadnej cegiełki bez uszkodzenia całej konstrukcji tej przepięknej budowli.

Jednak Hildebrand uzasadnia wyjęcie cegiełki i przestawia cele małżeństwa, mówiąc, że to teraz będzie prawdą całościową. Zaprzecza sam sobie, bo skoro prawda cząstkowa jest taką samą prawdą jak całościowa, nie trzeba było tego ruszać. A uzasadniając zamianę celów sam sobie przeczy, i pokazuje że to jednak nie to samo.
Postawienie jedności w miłości jako głównego celu małżeństwa wywraca nam fundamentalne zasady doktryny katolickiej. Jedność w miłości nie określa, pomiędzy kim ma ona zachodzić. Nie jest ponad nią cel prokreacji, więc jednym dzieci w tej jedności pomagają a innym przeszkadzają. Wystarczy, że w nocy trzeba uspokajać płaczące niemowlę i praktyka jedności musi zostać zawieszona na kołku, może do następnej nocy albo na dłużej. Jeśli celem nadrzędnym nie jest prokreacja, nie ma żadnego przymusu, żeby dotyczyła ona mężczyzny i kobiety. Przecież owa jedność wyjęta z kontekstu prokreacji może dotyczyć konkubinatów ale także pary mężczyzn, pary kobiet ... nie ma szczególnych przeszkód, żeby wykluczyć konkubinaty z współuczestnictwa w rzeczywistości "małżeństwa", przy tak ustawionych celach, a jak widzimy z czasem także wielu nie widzi takich zastrzeżeń wobec par homoseksualistów.

Według hildebrandowskiego poglądu, że należy oddać sprawiedliwość prawdzie tkwiącej w błędzie, słuszne jest to, że Jorge Bergoglio każe wpatrywać się w konkubinaty i związki homoseksualne szukając w nich wartości, które "mogą ubogacić Kościół".

To nic, że potem Hildebrand woła i krzyczy o powrót do ortodoksji, kiedy uzasadnia odejście od niej. Widzi winę w nieokreślonych "wilkach w owczej skórze", ale sam współuczestniczył w wyważaniu zamkniętych drzwi, wkładał but w szczelinę i uzasadniał, że do tradycyjnej doktryny trzeba wpuścić trochę światła, że trzeba trzeba prawdę częściową Tradycji uzupełnić o jej pełnię. Nic nie pomoże krzyk przerażenia, bo prawdą jest, że niszczyciele weszli do Kościoła, ale takim tokiem rozumowania, jaki prezentuje Hildebrand w "Koniu trojańskim w mieście Boga" pozwolił im wejść. Te drzwi należało mocniej zatrzasnąć a nie usiłować wyszukiwać prawdę w kłamstwie. Ewolucja od jego pięknych słów do ruiny nauczania Kościoła o małżeństwie obrazuje drogę jaką przechodzi kompromis prawdy z kłamstwem, choćby piewcy porozumienia i dialogu mieli najlepsze intencje.

Widać przy tym idealną harmonię i zgodność najmniejszych elementów doktryny Tradycyjnej Kościoła. Żaden pozornie najmniejszy element nie może być bezkarnie, z powodu czyjegoś widzimisię poprzestawiany. Naruszenie najmniejszego elementu powoduje osuwanie się całości, tak doskonała jest ta Boska katedra, jaka jest Kościół. Widać boskie pochodzenie Kościoła. Kiedy ludzie zaczynają ingerować w to, co jest Bożym dziełem. od razu widać ludzkie efekty, mury zamieniają się w gruzy, osypują się ściany, walą nawy....Zdawałoby się, że cóż to znaczy, zmienić cel konkretny prokreacji na miłość... I z miłości zostały komunie dla konkubinatów i błogosławienie homozwiązków...

Doktryna Kościoła Świętego, pochodząca od Boga to nie zabawka. Nie wolno bezkarnie przestawiać cegiełek czegoś co Tradycja za natchnieniem Ducha Świętego utwierdziła, i wbudowała w strukturę tej Boskiej budowli. Może w końcu kiedyś kapłani, biskupi i kardynałowie to zauważą, i nastąpi powrót do tego, co nie zostało skażone ludzkimi mniemaniami, własnymi interpretacjami i intuicjami. Choćby najmądrzejsi filozofowie najpiękniej pisali o konieczności w szczegółach porzucenia Tradycji, patrząc na historię choćby myśli Hildebranda i to, co z tych spekulacji wynikło, wiemy, że to był błąd. Że to nie było dobre. Że nawet ludzie o wielkich umysłach, filozofowie, potrafią odchodząc od prostego zaufania Bogu i wiekom Tradycji Kościoła, sami zejść z prostej drogi i poprowadzić ludzi na bezdroża.
Napisz komentarz