Język
Wyświetlenia
301

Br. Inocenty Wójcik OFMConv - O działalności O. Maksymiliana Marii Kolbego i Niepokalanowa na rzecz Żydów

O działalności Świętego Maksymiliana Marii Kolbego i Niepokalanowa na rzecz Żydów

Br. Innocenty Wójcik OFMConv


O. Maksymilian był kapłanem wykształconym, mądrym, szczególnie otwartym na człowieka. Wychowany w rodzinie robotniczej w Zduńskiej Woli, Łodzi i Pabianicach, widział i słyszał, że bogaci fabrykanci Żydzi wyzyskują i oszukują ubogich robotników. Ale nie ma dowodów na to, by jego rodzice narzekali na Żydów albo złorzeczyli wyzyskiwaczom. Podobnie czynił o. Maksymilian.

Po studiach i święceniach kapłańskich w Rzymie powrócił do Polski. Rozpoczął pracę w Krakowie jako profesor we franciszkańskim Wyższym Seminarium Duchownym.

Jednocześnie pracował społecznie. Spotykamy w jego pamiętniku zapiski: Odwiedził w szpitalu Żyda (25 października 1919 roku), który przyjął Cudowny Medalik dla swojej służącej, Znów (7 lutego 1920 roku) odwiedził [innego] chorego Żyda w szpitalu. A 26 marca 1920 roku zapisał, że uczy katechizmu Żyda, który o to prosił. Pod datą 14 maja pisze, że Żyd pożycza od niego książki do czytania.

W czasie pracy w Grodnie w latach 1922 - 1927 częściej musiał odbywać podróże pociągiem do Lwowa, Krakowa, Warszawy załatwiając sprawy z przełożonymi i czyniąc konieczne zakupy dla wydawnictwa. W podróży kontaktował się z różnymi ludźmi, również z Żydami. O niektórych z tych rozmów opowiadał albo pisał na łamach „Rycerza Niepokalanej". Czytając te dialogi widzi się żywego o. Maksymiliana, który z wielką mądrością, spokojem i dobrocią wyjaśnia trudne poglądy różnym osobom. Nie można w tych rozmowach zauważyć cienia niechęci do kogoś, uprzedzenia czy lekceważenia, a tym bardziej wrogości.

Obcując z nim przez prawie 5 lat w Niepokalanowie, widziało się na co dzień, że posiadał wiele charyzmatów. Dla niego człowiek był największą wartością. Dla człowieka podjął całą swoją wielką pracę zarówno duchową nad sobą, jak i pracę apostolską. Na tym polegała harmonijność jego życia: co dyktowała mu wiara, czynił praktycznie. Jego pasją, potrzeby duszy było szczęście bliźniego. Nie mógł znieść krzywdy drugiego człowieka. „Muszę każde zło naprawić" - mawiał - i może dlatego narażał się na cierpienia zadawane przez innych.

W okresie dwudziestolecia międzywojennego Polacy wiele doznawali krzywd od Żydów przez wyzysk. Nigdy z ust o. Maksymiliana nie słyszałem narzekania na Żydów.
Gdy nieraz ktoś pisał przeciwko Żydom, o. Maksymilian nie pochwalał tego. Mówił, że nie można nikogo oskarżać, potępiać; zło należy piętnować, rugować i naprawiać, ale ludzi należy kochać. Tak było w Niepokalanowie przez cały czas, mimo że nieraz pisma żydowskie pisały paszkwile i oszczerstwa.

Okres drugiej wojny światowej i okupacji niemieckiej był szczególnym doświadczeniem i uciemiężeniem tak dla Polaków, jak i dla Żydów. Wiemy, że w planach hitlerowskich było wyniszczenie i Polaków, i Żydów. Gdy Niemcy wkroczyli do Niepokalanowa (19 września 1939 roku) zabrali wszystkich zakonników do obozu. Gdy po trzymiesięcznej niewoli wygnańcy powrócili, Niepokalanów był zajęty przez Niemców (wojsko). Maszyny zrabowane, wywiezione. W grudniu tegoż roku przywieziono około 2000 wysiedlonych Polaków z Poznańskiego i z Pomorza oraz 1500 Żydów. Ludzie ci wyrzuceni ze swoich domów często w nocy, słabo ubrani, nierzadko chorzy, z dziećmi - byli w opłakanym stanie. Wyrzuceni z pociągu, przepędzeni do baraków Niepokalanowa czuli się jak skazańcy. O. Maksymilian z braćmi zatroszczył się, aby tym ludziom zorganizować jakieś pożywienie i ogrzać mieszkania. Bracia szli żebrać do gospodarzy po wioskach. Inni rozbierali mniej potrzebne szopy, parkany, aby ogrzać zmarzniętych. „Musimy wszystko zrobić, by ulżyć doli tych biedaków wyrzuconych z gniazd rodzinnych, pozbawionych najpotrzebniejszych rzeczy. Zajmijcie się tym, dzieci drogie, bo to nasza misja na najbliższe dni" - mówił o. Maksymilian.

Żydzi byli najbardziej nieszczęśliwi i niezaradni. Jednak atmosfera dobroci i troski o wszystkich przywracała spokój, budziła jakąś nadzieję i lepsze samopoczucie. O. Maksymilian odwiedzał wysiedlonych i otaczał ich troskliwą opieką. Gdy zbliżały się święta Bożego Narodzenia, u nas było chłodno i głodno. O. Maksymilian prosił braci, aby coś przygotowali dla wysiedlonych, zarówno dla Polaków, jak i Żydów. Był też św. Mikołaj dla dzieci. Bracia kwestowali w tym celu w Warszawie i okolicy.

Łatwiej jest dawać, gdy się posiada, ale wtedy odczuwaliśmy brak żywności. Porcje chleba a nawet zupy były wydzielane, aby dla każdego starczyło. Bracia ciężko pracowali w różnych warsztatach, potrzebowali więc pożywienia. Mimo to wydzielało się i dla wysiedlonych Żydów, tak jak dla swoich bliskich. Nie był to jednorazowy gest, ale trwało to dłuższy czas, dopóki Niemcy nie wywieźli wysiedlonych i Żydów w nieznane. O. Maksymilian nie bał się Niemców, i później kilku Żydów ukrywało się w Niepokalanowie. Często żywiono ich, gdy przychodzili do furty klasztornej.

„Było to przy końcu lipca 1941 roku - wspomina br. Iwo Achtelik - Brat Hieronim Wierzba uratował od rozstrzelania przez gestapowców Żyda, który został następnie przywieziony furmanką do Niepokalanowa. Wycieńczony z głodu, zawszony, był w stanie agonalnym, ledwie zdolny wypowiedzieć słowo. Po wykąpaniu, ubraniu w czystą bieliznę ułożyliśmy go w łóżku. Usługiwałem mu, karmiłem go wraz z braćmi Hieronimem i Tymoteuszem. Gdyśmy go nieco odżywili, opowiadał, że pochodzi z Sochaczewa; miał około 35 lat, był z zawodu szewcem".

W listopadzie 1940 roku zgłosił się do naszej furty Żyd o nazwisku Wiesenthal i prosił mnie, żebym przedstawił jego prośbę o. Maksymilianowi. Chciał, by mu pozwolono zamieszkać wraz z żoną, Polką, na terenie Niepokalanowa i w ten sposób ukryć się przed Niemcami. Sprawę przedstawiłem o. Maksymilianowi. Ojciec się zgodził, polecił wszystko przygotować i zawiadomić zainteresowanego. Państwo Wiesenthal mieszkali w Niepokalanowie jedenaście miesięcy. Klasztor ich utrzymywał. W dniu 14 października 1941 przyjechali gestapowcy i aresztowali 7 braci i Wiesenthala, zabrali wszystkich do więzienia w Warszawie. Po pewnym czasie otrzymaliśmy wiadomość od Wiesenthala, że znajduje się w więzieniu w Łowiczu i prosi o przysłanie żywności. Br. Longin Chalciński co miesiąc dowoził mu paczki. W maju 1942 roku przyszła wiadomość, że Wiesenthal nie żyje.

Od sierpnia 1944 roku mieszkało w Paprotni trzech Żydów: dwóch starszych wiekiem, jeden młodszy z córką. Starszy pracował w miejscowym RGO (Rada Główna Opiekuńcza) w Paprotni, młodszy był zaangażowany w charakterze biuralisty i tłumacza w Ortskomandzie, które mieściło się. w jednym z budynków klasztornych. Niemcy coraz bardziej tropili Żydów, a oni błagali, aby ich ratować, ukryć gdzieś. W Niepokalanowie była legalna organizacja RGO zajmująca się opieką nad ubogimi. Do tej rady przyjmowaliśmy Żydów, aby zacierać ślady, nie dopuszczać podejrzeń i dać im jakieś możliwości życia.

Pomagałem w tym czasie braciom furtianom w rozdawaniu żywności. Wiedzieliśmy, kto kim jest, ale nie można było o tym rozmawiać, bo niebezpieczeństwo było blisko.

Wszędzie byli szpiedzy. Wtedy trzeba było wiele wiedzieć i wiele robić, ale jak najmniej o tym mówić. Czyniliśmy to do ostatniej chwili. W dniu 17 stycznia 1945 roku, gdy przynieśliśmy duży garnek zupy (około 20 litrów), ci ludzie już czekali. Wtedy spadły pierwsze bomby sowieckie na Niepokalanów. Ludzie z krzykiem rozbiegli się, została tylko jedna ciężko ranna kobieta przy drzwiach kaplicy. Niemcy uciekli i niebezpieczeństwo minęło. Ci ludzie - Żydzi - nie byli już zagrożeni i poszli szukać sobie lepszych warunków życia.

Jest to mała cząstka tego, co Niepokalanów czynił dla Żydów podczas okupacji niemieckiej. Nikt tego nie opisał, nie dzielił się z innymi takimi wiadomościami, bo było to niebezpieczne i mogło ich narazić na przykre konsekwencje. Miłość o. Maksymiliana Marii Kolbego do każdego człowieka była wielka, szczególna. Dla drugiego człowieka poświęcał swoje siły, czas, zdrowie, a nawet życie. Już najmniej można mu zarzucać walkę przeciw człowiekowi, kimkolwiek by on był.

O. Kolbe byt w wielu krajach, w różnych warunkach i okolicznościach, z różnymi ludźmi, wszędzie i zawsze miłość do człowieka jak do swego brata promieniowała do niespotykanych granic. Pobity w więzieniu i w obozie, przebaczył i mówił: „Dla Niepokalanej gotów jestem więcej wycierpieć".

Aż sięgnął po najwyższą miarę, oddał życie za brata w obozie oświęcimskim. Nie pytał, kto kim jest, ale dla potrzebującego, dla pragnącego żyć, sam oddał życie na straszną głodową śmierć. Taki był o. Maksymilian Maria Kolbe. Tak uczył i wychowywał swoich braci zakonnych, którzy tłumnie garnęli się do Niepokalanowa, aby podobnie jak on służyć Bogu i ludziom pod sztandarem Niepokalanej.


Artykuł w: „A BLIŹNIEGO SWEGO … . Materiały z sympozjum”, red. O. Stanisław C. Napiórkowski OFMConv, Redakcja Wydawnictw Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, Lublin 1997, s. 131 – 134.

Br. Innocenty Wójcik, franciszkanin, zmarły 18 listopada 1994 roku, był świadkiem życia i działalności św. Maksymiliana, gdyż od początku swojego życia zakonnego mieszkał w Niepokalanowie. Przez wiele lat zajmował się tamtejszym archiwum.


Centrum Świętego Maksymiliana - Harmęże