Krwawa niedziela chrynowska

Chrynów obecnie nie istnieje. Polska wieś w województwie wołyńskim (powiat Włodzimierz Wołyński) została zniszczona przez bandę UPA w lipcu 1943 roku. Jej spalenie poprzedziła „krwawa niedziela” 11 lipca kiedy to podczas Mszy w miejscowym kościele zamordowano około 150 wiernych, w większości kobiet z dziećmi wraz z duszpasterzem ks. Janem Kotwickim.

Tadeusz Salwa:

„Osada Chrynów [gm. Grzybowica, pow. Włodzimierz Woł.] ciągnęła się tuż przy lesie. Natomiast wieś Chrynów (przeważnie ukraińska) leżała może o 1 km dalej. Przy drodze wiodącej z Grzybowicy do Włodzimierza Woł., tuż przy lesie stał drewniany kościółek, w którym dnia 11 lipca 1943 r. rozegrał się wielki dramat Polaków z tej parafii. Tego dnia około godziny 9 poszedłem do sąsiada Mroza narwać czereśni. Gdy byłem wysoko na drzewie z lasu padł strzał. Kula bzyknęła tuż nad moją głową. Ze strachu skoczyłem z drzewa na ziemię i wracam do domu. O tym zdarzeniu powiedziałem mojemu ojcu, który następnie powiedział, że może to jakiś chłopiec próbował w lesie broń, a może w lesie są Niemcy?

Co to mogło być? Niepewność ta trwała może jedną godzinę. Około godziny 10 do kościoła, który stał od nas w odległości 400 m, idzie z kolonii Oktawin [gm. Grzybowica] kobieta (nazwiska jej nie pamiętam) i oznajmia nam, że w lesie są uzbrojeni Ukraińcy. W domu u nas podenerwowanie (mieszkamy około 200 m od lasu), co się dzieje? Może Ukraińcy zrobili zasadzkę na Niemców, którzy będą przejeżdżać drogą?

Ojciec mówi do mnie, żebym to sam naocznie sprawdził. Biorę koszyk i z młodszym bratem idę do lasu po grzyby. Gdy byliśmy od lasu może 30-40 metrów, z zarośli wyszedł Ukrainiec z zawiniętą połą od kurtki (coś ukrywa, może tzw. obrzynek lub coś innego) i każe nam wrócić się (wertajteś). Myślę sobie, co ty „chachle” będziesz mnie tu rozkazywał i idę dalej w jego kierunku. On już bardziej stanowczym głosem powtarza Wertajteś, każu wam i odwija połę kurtki. O, myślę, nie ma żartów, robię z bratem w tył zwrot i [szybkim] krokiem wracamy do domu, bez oglądania się za siebie. Ale z drżeniem oczekuję, czy padnie strzał. Nie, strzał nie padł.

W domu opowiadam ojcu o tym zajściu, co wywołuje większe zdenerwowanie. Naradzamy się, czy wydobyć broń z ukrycia? Postanawiamy jednak, że nie, gdyż na wypadek rewizji, sprowadzi to nieszczęście na dom. Bo w morderstwo Polaków nie wierzyliśmy. Owszem były przypadki morderstw pojedynczych osób, a nawet całych rodzin i to już od wczesnej wiosny 1943 r., ale w okolicznych wioskach.

Jesteśmy wszyscy w domu. Rozpoczęła się ostra strzelanina, słychać odgłosy biegnących osób. Czyżby nadjechali Niemcy? Na drogę nie mamy widoku — brak okna. W domu zdenerwowanie coraz większe. Może po 15 minutach słychać tupot biegnących osób. Na podwórze i wprost do domu wpadają dwie znajome kobiety i dziewczynka, około 7 lat, córka jednej z tych kobiet. Były to kobiety ze wsi Stasin [gm. Grzybowica], nazwisk ich już nie pamiętam.

Wpadają do mieszkania i klękają przed obrazem. Jedna z nich powtarza chyba z kilkanaście razy „Pod Twoją obronę uciekamy się…, Pod Twoją obronę uciekamy się…”, gdyż w szoku dalszych słów chyba nie była w stanie [sobie] przypomnieć. Druga kobieta trzymała w ręce różaniec i też wymawiała wyrwane słowa z modlitwy jak: „Ojcze nasz, Ojcze nasz, zdrowaś, zdrowaś Maria, zdrowaś Maria…”. Dziewczynka klęczała z nimi i płakała.

Gdy udało się nam trochę te kobiety uspokoić i odzyskały mowę, powiedziały nam, że Ukraińcy mordują ludzi w kościele. Wrzucili granat do wnętrza kościoła i strzelają do wszystkich, że jest wiele osób zabitych. Do nich też Ukrainiec chciał strzelać, ale błagały go o litość, więc kazał im szybko uciekać, co od razu uczyniły. Strzelił jeszcze dwa razy za nimi, czy w górę, tego już nie wiedziały.

Gdy kobiety już się trochę uspokoiły, szybko chciały biec do swoich domów. Ojciec je powstrzymywał, lecz na próżno. Wybiegły od nas i przez pola udały się do swoich domów, gdzie, jak się później dowiedziałem, zostały zamordowane przez ukraińską bandę.

Po jakimś czasie, gdy nastała zupełna cisza, wyszedłem na podwórze, za mną ojciec. Zę zboża wyjrzała najpierw jedna głowa kobiety, potem druga. Rozpoznaliśmy, że była to siostra naszego księdza Kotwickiego — Janka oraz jego gospodyni. Ojciec kiwaniem ręki przywołał obie kobiety do domu. One potwierdzają, że Ukraińcy dokonali morderstwa na bezbronnej ludności w kościele i że jest wiele zabitych ludzi.

Może w godzinę po tym morderstwie, udaję się w okolicę kościoła (chyba jeden z pierwszych), żeby naocznie przekonać się o rozmiarach zbrodni. Z wielkim strachem chodzę po śladach w zbożu, którędy uciekali ludzie i szukam rannych i zabitych. Za stodołą księdza przy życie leży dwóch moich kolegów ze szkoły. Są to bracia Meteł-kowie z Franopola [gm. Grzybowica]. Jeden z nich (młodszy) oddycha, ma ranę na głowie. Nie mam odwagi go odwrócić. Obok leży jego brat Mietek, krew wypłynęła z uszu — nie żyje. Staram się szybko obejść teren zbrodni i sprawdzić, gdzie są zabici i ranni. Dalej na miedzy leży z roztrzaskaną głową pan Mańkut — senior, daje jeszcze słabe oznaki życia, powolutku rusza się. Na ścieżce między domem organisty, pana Martyńskiego a kościołem leży kilka trupów. Do kościoła boję się wejść, myślę — może tam ukryci są Ukraińcy? Przy samym kościele leży zabita kobieta (Kruczyńska lub podobne nazwisko). W wykoszonej wyce w ogrodzie księdza leżą dwie osoby. Przyglądam się, nie żyją. W jednej z nich rozpoznaję naszego księdza Kotwickiego. W lewej ręce trzymał brewiarz. Przyglądam się dokładnie i widzę w czubku głowy maleńki otwór wlotowy od kuli.

Wracam na plebanię, gdzie już była księdza siostra, gospodyni i moja starsza siostra Janka. Informuję ich, gdzie są ranni i zabici. Zapada decyzja, sprowadzić i opatrzyć rannych. Idę po rannego kolegę Metełkę, odwracam go, on przestraszony krzyczy, uspokoiłem go i prowadzę na plebanię, gdzie kobiety opatrują rany. Biorę koc i z moją siostrą idziemy po rannego Mańkuta —już nie żył. Dochodzimy do zwłok księdza, odwracamy do góry twarzą, która jest rozszarpana od wylotu kuli. Nie mogę wziąć księdza pod pachy — widok twarzy okropny. Przywołujemy do pomocy księdza siostrę — zwłoki przynosimy na plebanię.

Tu zjawia się również pan Metełko, ojciec wyżej podanych chłopców w poszukiwaniu synów, którzy nie wrócili z kościoła. Informuję go, co jest z synami i prowadzę do nieżyjącego już Mietka. Człowiek ten na widok nieżyjącego syna dostaje szoku, przeraźliwie krzyczy — za co ich pomordowali, za co, za co? Upłynęło może 20 minut, gdy ten człowiek trochę się uspokoił, przyprowadziłem młodszego rannego syna, znów straszna rozpacz ojca. Gdy się uspokoił wziął syna za rękę i poprowadził do domu.

Ile osób zostało zamordowanych w kościele i na przyległym terenie tego nie wiem, nie liczyłem i na pewno wszystkich nie widziałem. Przed wieczorem zabieramy rodzinę księdza oraz naszą i udajemy się na kolonię Oktawin [gm. Mikulicze, pow. Włodzimierz Woł.], zamieszkałą prawie przez samych Polaków, gdzie będzie można łatwiej zorganizować samoobronę. Całą noc z 11 na 12 lipca 1943 r. mężczyźni, a nawet i niektóre kobiety, uzbroiwszy się w różne narzędzia mogące stanowić przedmiot obrony oraz trochę broni, trzymali nocną straż. W nocy dookoła widać było łuny palących się polskich wiosek, z których kilku osobom udało się ujść z życiem i dotrzeć do kolonii Oktawin. Rankiem 12 lipca przybyło jeszcze kilka osób z różnych stron, opowiadając o okrutnych morderstwach dokonanych na Polakach przez ukraińskie bandy.

Tego ranka zbierają się mężczyźni i radzą co robić dalej, gdyż życie wszystkich Polaków jest zagrożone. Decyzja — opuścić kolonię, i udajemy się do Włodzimierza. Ale [myśl] jak tam żyć i przeżyć dręczy chyba każdego. A tu trzeba zostawić cały dobytek i dorobek może całego życia — też ciężko. Trudno — wola Boża — wyjeżdżamy.

Pośpiesznie ładowano na wozy najważniejsze, tj. żywność, trochę odzieży i inne niezbędne rzeczy. Zabrano również trochę bydła. Resztę drobnej trzody i domowego ptactwa wypuszczono w pole, żeby nie wyginęło z głodu. I tak ze 30 wozów wyruszyło do Włodzimierza. Dorośli, zdolni do stawienia oporu ewentualnemu napadowi Ukraińców, szli tuż obok wozów, gdzie były ukryte narzędzia do obrony i trochę broni. Tak przejechaliśmy chyba przez 4 wioski ukraińskie, których nazw nie pamiętam i dostaliśmy się do Włodzimierza. O rozlokowaniu uchodźców nie wspominam, te sprawy zostały już opisane w różnych wydawnictwach. Nadmienię tylko, że bardzo w tym pomagał ksiądz [Stanisław] Kobyłecki z Włodzimierza.

W środę 14 lipca poszukuję chętnych do przywiezienia zwłok księdza Kotwickiego z Chrynowa do Włodzimierza. Jedzie księdza siostra Janka, jakaś kobieta o nieznanym mi nazwisku, postanawiam jechać i ja z nimi. Proszę je, żeby trochę poczekały na mnie, tylko wpadnę do „domu”. Szybko włożyłem w kieszenie dwa granaty, tzw. zaczepne i wracam. Niestety wóz już odjechał — [a na nim] tylko te dwie kobiety. Myślę, czy sobie poradzą z załadowaniem zwłok? Ale oto jedzie inny wóz z dwiema kobietami na kolonię Stasin [w gminie Grzybowica] (rodzina Sołodu- chów), zabieram się z nimi. I znów przez te straszne ukraińskie wioski jadę do Chrynowa — około 12 km. Na plebanii stoi konny wóz, idę tam, pomagam wynieść zwłoki księdza na wóz. Następnie biegnę do gospodarstwa pana Martyńskiego, wypuszczam z obory krowę, która już trzeci dzień stała głodna, drób, psa.

Wracam na plebanię, niestety kobiety [ze zwłokami księdza] odjechały, ja zostałem. Przede mną około 12 km drogi do Włodzimierza na piechotę, przez ukraińskie wioski. Niewesoło mi. Na szczęście w drodze powrotnej spotkałem wóz z uciekinierami, oczywiście Polakami i po małych przygodach z Ukraińcami w drodze, szczęśliwie dotarłem do Włodzimierza.”

za: E. W. Siemaszko – Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia. 1939-1945. Tom II

Relacje świadków z publikacji wydawnictwa Karta:

Wiesław Witold G. (ur. 1937):
„Szedłem z mamą na Mszę na godzinę 11.00 do Chrynowa. Z krzaków przy drodze w lesie wyłonił się Ukrainiec i zaczął machać rękami: „Wróć, wróć!”. Mama zapytała: „To co, do kościoła nie można iść?”; odpowiedział: „Nie gadaj, tylko wracaj”. Około 11.30 od strony Chrynowa słychać było strzały i wybuchy. (…)

Polacy jeździli z bronią na wypady do swoich gospodarstw po żywność i inne rzeczy. Kiedyś udało mi się wśliznąć na wóz, którym na wypad jechał mój ojciec. Poza nim jechało wtedy osiem-dziesięć wozów sąsiadów.

W wiosce [w pobliżu Chrynowa] wszystkie zabudowania jeszcze stały, nie były spalone. Zajechaliśmy do gospodarstwa M., bo wiedzieliśmy, że nie uciekli. Obok domu, który nie był podpiwniczony, stał tzw. loch ziemny. W nim znaleźliśmy małżeństwo. Ojciec mnie nie puszczał, żeby to oglądać, ale widziałem, jak wyciągali zwłoki. Oboje byli porąbani siekierami. Na polu przy gospodarstwie został znaleziony nasz bliski sąsiad B. Z dwóch stron obłożono go deskami, w których [tkwiły] gwoździe, a deski obwiązano drutem kolczastym. Jego ciało zostało nabite na gwoździe, widziałem go w tym stanie. Wiem, że po polach i obejściach znaleziono kilka osób z rozciętymi brzuchami.

Już we Włodzimierzu, byłem z rodzicami w kościele farnym o jedenastej. W czasie Mszy wpadła do kościoła może dwunastoletnia dziewczyna. Miała obciętą przy ramieniu prawą rękę. Wbiegła przed ołtarz główny i krzyczała: „Matuchno Najświętsza, dziękuję ci, że pozwoliłaś mi się uratować”. Później dowiedziałem się, że zamordowano jej całą rodzinę, ona jedna się uratowała i biegła 10 kilometrów przez las.”

Zygmunt A. (ur. 1925): „Służyłem do Mszy świętej [w Chrynowie] o dziewiątej rano. Ksiądz, zaniepokojony sytuacją, odprawił Mszę szybko, bez kazania, i powrócił na plebanię. Ludzie wyszli i niebawem zaczęli cofać się strwożeni, że posterunki banderowców zawracają ich do kaplicy. Dodatkowo zaczęli przybywać wierni na sumę o jedenastej. Tymczasem przyszła na plebanię pani P. ze Stasina (gospodarstwo położone niedaleko), prosząc księdza o wyspowiadanie jej bardzo chorego męża. Ksiądz wziął wiatyk i we trójkę poszliśmy. Niedaleko kaplicy wyszli ze zboża banderowcy i nie chcieli nas przepuścić. Jednak na prośbę pani P. i moje tłumaczenia, że zaraz wracamy na nabożeństwo, przepuścili nas. Po udzieleniu choremu Komunii świętej, powróciliśmy z księdzem na plebanię, nie zatrzymywani już przez liczne ukraińskie posterunki. Ksiądz rozpoczął sumę. Razem z ludnością zawróconą z poprzedniej Mszy było w kaplicy około dwustu osób, przeważnie kobiety i dzieci.

Z kolegą Jankiem Ż. stanęliśmy za drzwiami, które otwierały się do wewnątrz. Po podniesieniu zauważyłem obok drzwi podejrzany ruch. Kilku banderowców ustawiło ręczny karabin maszynowy i zaczęli strzelać do ludzi; rzucili również dwa granaty, które na szczęście nie wybuchły. Schowałem się z kolegą za grube kapliczne drzwi. W świątyni zaczął się popłoch i wrzask rannych. Ludzie uciekali bocznymi drzwiami, obok zakrystii i chóru. Kaplica była jednak szczelnie otoczona i bez przerwy rozlegały się strzały. Trwał krzyk, [słyszałem] jęki i rozdzierające wrzaski dzieci. Ksiądz wraz z kobietami uciekał od ołtarza przez zakrystię, ale na zewnątrz wszyscy zostali zabici. Ojciec mój, który był organistą, uciekał z innymi przez drzwi przy chórze. Banderowski bandyta podbiegł i strzelił do niego czterokrotnie, ale były to niewypały i ojciec zdołał uciec.

Po jakimś czasie, gdy w kaplicy pozostali już tylko zabici i ranni, banderowcy, widocznie czymś spłoszeni, wycofali się do pobliskiego lasu. Udało nam się uciec do położonej obok kaplicy organistówki. Dookoła leżało wiele trupów, ranni czołgali się w zboża. W organistówce schowaliśmy się w piwnicy, jednakże baliśmy się, że Ukraińcy mogą wrócić i odnaleźć nas. Na zewnątrz panowała już martwa cisza. Sprawdzając, czy w pobliżu nie ma rezunów, uciekliśmy w zboża i, na przemian pełzając i biegnąc, dotarliśmy do odległego o dwa kilometry Oktawina.”

Zygmunt Maguza

„Mojemu ojcu, Józefowi, pochodzącemu z okolic Warszawy, bo urodził się w Kaleniu między Zielonką a Rembertowem, przyznano za zasługi w walce o wolność Ojczyzny, a także w jej obronie przez bolszewikami, dwunastohektarowe gospodarstwo rolne na Wołyniu (…) W Chrynowie, na weselu sąsiada w kolonii Romanówka, poznał moją mamę, 18-letnią Marię Stankiewiczównę z kolonii Witoldów, gmina Poryck. W styczniu 1925 r. wzięli ślub i razem prowadzili gospodarstwo. Ojciec dodatkowo w gminie Grzybowica był radnym. Rodzice utrzymywali dobre stosunki z okolicznymi Ukraińcami. Ci ostatni także bardzo przyjaźnie się odnosili do naszej rodziny. Mama, która ładnie śpiewała, była często zapraszana na ukraińskie wesela. Ja też razem z nią na nich bywałem. O jakiejś nienawiści między obydwoma narodami, która wybuchła w latach czterdziestych, której ja osobiście doświadczyłem, nie było mowy. W 1939 r. ojciec, będący rezerwistą w formacji „Krakusy”, poszedł na front bronić kraju przed nie-mieckimi agresorami. Udało mu się uniknąć niewoli i po klęsce wrześniowej wrócił na Wołyń. Gdy po 17 września Armia Czerwona wkroczyła na Kresy, w domu była tylko mama, 10-letnia siostra Alicja i ja. (…)

Początkowo wkroczenie wojsk sowieckich niewiele zmieniło w naszej sytuacji. Gdy ojciec wrócił, postanowiliśmy opuścić Chrynów. Tata obawiał się, że, jako uczestnika walk z bolszewikami, władze sowieckie nie zostawią go w spokoju. Schroniliśmy się u ukraińskiej zaprzyjaźnionej rodziny Rybków. U nich w stodole ukrywaliśmy się przez kilka tygodni. Ukraińscy gospodarze szybko jednak kazali nam się wynosić. Obawiali się, że ktoś doniesie i oni wtedy poniosą konsekwencje. Musieliśmy wrócić do swojego gospodarstwa. Kręciliśmy się w nim za dnia, a nocowaliśmy w polu. Każdego dnia oczekiwaliśmy najgorszego i to najgorsze przyszło. (…)

Pewnego dnia zobaczyłem na drodze grupkę ludzi z karabinami. Od razu zorientowałem się, że idą po ojca. Zawróciłem w stronę domu i rzuciłem się biegiem, żeby go ostrzec. Tamci od razu go dostrzegli i też zaczęli biec za mną. Ojciec, jak to zauważył, schronił się na strychu nad oborą. Gdy Ukraińcy przybiegli za mną, zaczęli wrzeszczeć i szukać ojca. Matka usiłowała kryć ojca i mówić, że wyjechał i go nie ma. Ci jednak nie dali się zwieść. Przetrząsnęli wszystkie zabudowania i znaleźli ojca na strychu. Gdy zszedł na dół, od razu powiedzieli mu: Idi pod stienku. Gdy to usłyszeliśmy, razem z siostrą rzuciliśmy się ojca ratować. Zasłoniliśmy ojca własnymi ciałami i zaczęliśmy krzyczeć: Nie zabijajcie tatusia! Oprawcy, wśród których był jeden żołnierz sowiecki i kilku miejscowych Ukraińców, wymierzyli w nas lufy karabinów i grozili, że jak nie odejdziemy od ojca, to nas też rozstrzelają.

Matka, jak to zobaczyła, zemdlała. Jeden z Ukraińców zaczął ją nawet ratować. Pozostali rzucili się na nas. Udało im się oderwać mnie od ojca. Siostra tak mocno wczepiła się w ojca, że nie dali rady jej oderwać. W trakcie szarpaniny ojciec i broniąca go siostra przewrócili się na ziemię. Wtedy Ukraińcy zaczęli go kopać, bić kolbami i kłuć bagnetami. Siostra usiłowała go zasłaniać, ale też oberwała. W końcu udało im się ją oderwać od ojca. Kiedy ten był tak skatowany, że wydawało się, iż już nie żyje, wrzucili go na furmankę, którą nam zarekwirowali razem z końmi, i odjechali. Po drodze okazało się, że jeszcze oddycha. Wyrzucili go do rowu i pojechali. Udało nam się zmaltretowanego przynieść do domu. Kurował się przez kilka tygodni. Gdy zaczął dochodzić do siebie, przyjechało do nas trzech enkawudzistów z rejonowego oddziału NKWD z Porycka. Byli grzeczni, można powiedzieć kulturalni, nie krzyczeli, nie bili. Zaczęli nas spisywać. Na pierwszy ogień wzięli ojca. Interesowało ich, skąd przyjechał, dlaczego dostał gospodarstwo na Wołyniu itp. Szczególnie interesowało ich, co ojciec robił w 1920 r. Tata usiłował kręcić, bagatelizować swój udział w wojnie z bolszewikami, ale ci mieli o ojcu wszystkie informacje. W gminnym archiwum wygrzebali, że ojciec za udział w niej był wielokrotnie odznaczony. Potem po kolei spisali wszystkich członków rodziny, a na końcu stan całego gospodarstwa. Przy tym ostatnim zadaniu cmokali z zachwytu, mówiąc do ojca: Bogaty pan! (…)

10 lutego 1940 r. Julian przyszedł do naszej kwatery i oświadczył, że był na rynku, gdzie usłyszał, że w nocy osadników wojskowych na Sybir wywieźli. Dla mnie był to grom z jasnego nieba. Z późniejszych relacji siostry wiem, że cała rzecz odbyła się tak: O 3 w nocy enkawudziści otoczyli nasze gospodarstwo i zaczęli walić w drzwi, krzycząc: Otkroj dwieri![ Gdy ojciec otworzył, natychmiast został aresztowany i odłączony od reszty rodziny. Enkawudziści obawiali się, że ojciec ma broń, bo rzeczywiście miał i stawiał opór. Ojciec miał karabin, bo jako osadnik mógł mieć, posiadał też dubeltówkę. Broni tej nie trzymał oczywiście pod ręką, ale starannie ukrył, by nie wpadła w łapy sowieckie. Mama, gdy usłyszała, że mają zostać wywiezieni, oświadczyła, że ona nigdzie nie pojedzie i odmawia pakowania rzeczy. Siadła na krześle i znieruchomiała. Nie pakowała żadnych rzeczy, tylko siedziała. Dowodzący enkawudzistami oficer krzyczał na nią, żeby nie marnowała czasu, bo za pół godziny ich zabiorą i to, co wezmą, to będą mieli. Matka nie reagowała. Wtedy siostra wyjęła z szafy prześcieradła, rozłożyła na podłodze i zaczęła pakować jakieś ciepłe rzeczy i nosić na sanie. Wzięła też kaszę, mąkę, słoninę, wszystko, co miała pod ręką. Za dużo tego nie wzięła, bo sanie, typowe ukraińskie, były małe. Na końcu siostra złapała główkę od maszyny Singera, która się później bardzo przydała. Po pół godzinie ojca, matkę i siostrę przywieziono do domu osadnika inż. Mieczysława Kamińskiego, gdzie zbierano wszystkich przeznaczonych do wywózki. W sumie zabrano z wioski kilkanaście rodzin, m.in. Wójcickich, Skoczylasów, Kamińskich, Żydaków, Kalinowskich. Większość z nich składała się tylko z kobiet i dzieci. Mężczyźni ukrywali się. Ukraińcy chcieli ich bowiem zabić. Na Adama Skoczylasa, także „Krakusa” jak mój ojciec, polowali już w 1939 r. Zaczął się więc najpierw ukrywać u rodziny w Smołowej, a później przedostał się za Bug i przeżył wojnę. Po 6,5 roku pobytu na Syberii z wywiezionych wrócili tylko moi rodzice i pani Żydakowa z córką Haliną. Niektórzy jednak wydostali się z ZSRR razem z Armią Andersa. (…) Osadników z Chrynowa wywieziono do archangielskiego obwodu, gdzie pracowali przy wyrębie lasu. (…)

[Po wywiezieniu rodziców Zygmunt Maguza musiał w przyspieszonym tempie wydorośleć. Od razu zorientował się, że NKWD będzie go szukać. Umieszczono go na liście do wywózki, a nie było go w domu. Pojechał do dziadków do Witoldowa. NKWD szukało intensywnie. Odwiedzili szkołę, zaglądali do dziadków. Po kilku tygodniach go złapali i zawieźli do siedziby rejonowego NKWD w Porycku]

Strasznie się rzucali. Nie bili, tylko krzyczeli. Dosłownie darli się wniebogłosy, oskarżając, że poprzez swoje ukrywanie narobiłem im wiele kłopotów. Koniecznie chcieli, żebym powiedział, gdzie ojciec zakopał broń. Zagrozili, że jak nie ujawnię tego miejsca, to mnie rozstrzelają. Tłumaczyłem im, że nie wiem, gdzie ojciec ukrył broń. Ci jednak byli coraz bardziej wściekli i na okrągło krzyczeli: Dawaj orużie! Jeden z nich wyjął pistolet i zaczął machać mi nim przed oczami. Po przesłuchaniu zamknęli mnie w areszcie. Nie wiadomo, jak by się potoczyły moje losy, gdyby nie interwencja nauczycieli szkoły w Sokalu, do której chodziłem. Bracia matki poinformowali moją nauczycielkę rosyjskiego, panią Sokołową, która mnie lubiła, że zostałem aresztowany przez NKWD. Ta poszła do dyrektorki z pytaniem, czy szkoła nie mogłaby mi pomóc. (…) Naczelnik NKWD w Porycku początkowo nie chciał mnie zwol¬nić, twierdząc, że mam broń. Ostatecznie jednak zgodził się. Wróciłem do szkoły i zacząłem się pilnie uczyć. Nie miałem wyjścia. Można w niej było uczyć się po rosyjsku lub ukraińsku i uczyć się języka niemieckiego. Tylko język polski był w niej zakazany. (…)

[Gdy przewaliło się niemieckie natarcie, pan Zygmunt podjął działania na rzecz odzyskania ojcowizny, czyli zarekwirowanego przez władze sowieckie gospodarstwa rodziców wywiezionych na Sybir. Z mamy bratem, Julianem Stankiewiczem, przez tłumacza został wysłuchany przez szefa tamtejszej niemieckiej administracji. Ten zareagował błyskawicznie. Napisał do rejonu w Porycku pismo, w którym stwierdził, że skoro odnalazł się właściciel gospodarstwa, to powinno ono mu być bezwzględnie zwrócone. Sam osobiście zawiózł je do szefa administracji w Porycku]

Nazywał się Pokydko. Napisał z kolei list do sołtysa w Chrynowie, w którym stwierdził, że jestem właścicielem gospodarstwa w tej miejscowości, i prosił go o okazanie pomocy w objęciu majątku. Z pismem tym przyjechałem do Chrynowa. W naszym domu rodzinnym mieszkała osadzona przez Sowietów ukraińska rodzina wysiedlona znad Bugu przy czyszczeniu pasa granicznego. Pokazałem jej pismo, oświadczając, że gospodarstwo stanowi moją własność i będę je teraz sam prowadził. Ukrainiec stanowiący głowę tej rodziny pismo przeczytał i oświadczył, że w takim razie wyjadą na stare miejsce. Następnego dnia już ich nie było. Grzecznie wyjechali, zostawiając gołe ściany. (…)

[Szybko się jednak okazało, że Ukraińcy nie zapomnieli o panu Zygmuncie. Bojówki OUN kontynuowały bowiem proces dobijania resztek „patriotycznego elementu”, za który nacjonaliści ukraińscy uznawali zwłaszcza rodziny polskich osadników wojskowych. Gdy pan Zygmunt wrócił na gospodarstwo rodziców i „przegonił” z niego ukraińską rodzinę, został uznany za wroga. W Chrynowie — za tego z numerem jeden. On sam o tym jednak nie wiedział i nie przypuszczał, że Ukraińcy zaprzyjaźnieni z jego ro¬dziną będą chcieli go zabić. W kilka tygodni po pogrzebie sąsiada bojówkarze z OUN przypomnieli mu, że nie wyrównali z nim jeszcze rachunków]

Radliłem ziemniaki. Jak tylko przejechałem jedną bruzdę, z kolejnej podniósł się Ukrainiec, który powiedział: Maju tebe, ptaszku![ Wyjął pistolet i strzelił do mnie! Ja zdążyłem uchylić głowę i kula poszła w powietrze. Ukrainiec zrezygnował wtedy z zastrzelenia mnie na miejscu, kazał mi wziąć konia i iść w stronę gospodarstwa, nale¬ącego niegdyś do kpt. Michaliszyna, w którym bojówkarze z OUN zorganizowali sobie punkt zborny. Na podwórku stało kilka furmanek. Mój koń chciał się napić. Gdy to uczynił, uznałem, że nie ma na co czekać, wsko¬czyłem na niego i pognałem na oklep w stronę Oktawina, gdzie mieszkał mój kolega Michał Okulski. Ukraińcy krzyczeli za mną: Styj, styj![ Oddali też kilka strzałów. Ja jednak się nie zatrzymałem. Gdy przybyłem do Michała, ten oświadczył, że muszę uciekać dalej, bo tu Ukraińcy i tak mnie znajdą. Pojechałem znów do dziadków.

Po jakimś czasie coś mnie jednak korciło, żeby zajrzeć do domu rodzinnego. Podjechałem do gospodarstwa od strony sadu, uwiązałem kasz-tankę przy drzewie i zacząłem skradać się do domu. Spotkali mnie polscy sąsiedzi: Blacharz, Stasiu Krzysztoń, Wacław Mańkut. Zobaczyli, że jadę koniem i przyszli mnie ostrzec, że Ukraińcy wydali na mnie wyrok śmierci. Weszliśmy ukradkiem do domu, żeby zastanowić się, co robić dalej. Nie zrobiliśmy tego przez widoczne z drogi drzwi, zamknięte na kłódkę, ale przez okno. Zdążyliśmy tylko zasiąść przy stole, a już na podwórku pojawili się dwaj Ukraińcy. Wyjęli pistolety i zaczęli się dobijać do drzwi. Stasiu Krzysztoń złapał siekierę, która stała w sieni, i krzyknął, że zabije każdego, kto będzie się wdzierał przez drzwi. Ukraińcy uciekli, chcąc sprowadzić swoich kompanów siedzących niedaleko na trzech furmankach. Widząc to, wyskoczyliśmy przez okno i uciekliśmy w zboże. Po pewnym czasie, już pod wieczór, gdy wszystko ucichło, uznałem, że nie ma na co czekać, tylko odwiązać konia od drzewa i zabierać się stąd. Gdy jednak zbliżyłem się do konia, z mojej strony wyskoczyło trzech Ukraińców z pistoletami. Stanąłem jak sparaliżowany. Oni, zaś kazali mi stanąć pod ścianą stodoły i przygotowywali się, by mnie zastrzelić. Nie prosiłem ich, żeby mi darowali życie, tylko w kółko powtarzałem: Za co wy mnie zabijecie? Za co wy mnie zabijecie? Oni ,zamiast mnie zastrzelić, zaczęli się kłócić. Uznali, że zaprowadzą mnie do domu Witczaka na Oktawin, a potem mnie zabiją. Chcieli, żebym zapukał do niego i poprosił, żeby otworzył drzwi i mnie wpuścił. Wiedzieli, że jest to Polak, który ma broń, i bali się na niego napaść. Liczyli, że posłużą się mną do wywabienia go z mieszkania.

Po drodze wstąpiliśmy do gospodarstwa Michaliszynów, gdzie za-trzymała się ukraińska bojówka. Gdy weszliśmy do środka, okazało się, że obszerny dom był pełen jej członków. Większość spała. Część przy stole, a reszta na podłodze. Gdy na chwilę zatrzymaliśmy się w domu, wpadła nagle sąsiadka Michaliszynów, prosząc o pomoc przy porodzie cielaka. Kilku Ukraińców się podniosło. Powiedziałem, że też mogę pomóc, bo asystowałem już przy cieleniu krów. Gdy wyszliśmy na dwór, a było już ciemno, natychmiast dałem nura w bok. Ukraińcy zaczęli mnie gonić. Myśleli, że będę uciekał w stronę lasu. Ja jednak pobiegłem w przeciwną stronę w zboże. Oni, gdy się zorientowali, także to uczynili i zaczęli strzelać. Ostatecznie jednak zdołałem uciec. Gdy przestali mnie gonić, nieco odpocząłem, a później poszedłem spać do stodoły Fajfrów. Rano wyjechałem z Chrynowa i ukrywałem się później u wielu znajomych i rodziny w okolicy. (…)

[Na dwa dni przed mordem [w Chrynowie] przyjechał ponownie w rodzinne strony. Postanowił zajrzeć do Okulskich w Oktawinie. Przyjechał jak zwykle na koniu.]

Najpierw z dużej odległości przyjrzałem się wsi. Wyglądało, że wszędzie jest spokojnie. Nigdzie nie dostrzegłem śladu ukraińskiej bojówki. Zajechałem więc śmiało do Okulskich, sądząc, że nic mi nie grozi. Głód mi dokuczał coraz bardziej i sądziłem, że Okulscy mnie nakarmią. Zdążyłem się z nimi przywitać, jak na podwórku zjawiło się na rowerach dwóch Ukraińców z Dziegciowa, którzy patrolowali okolicę. Jednego z nich znałem, nazywał się Leon Rybka. Przeszli przez sień, małą kuchenkę i weszli do pokoju, w którym siedzieli Okulscy, ja i ich mała córeczka w kołysce. Ukraińcy stanęli jak wryci. Znali mnie dobrze od małego. Byłem gościem na weselu Rybki. Moja mama z Okulskim byli chrzestnymi jego córki. Przez myśl by mi nie przeszło, że może być źle nastawiony do mnie. Tymczasem on ni stąd, ni zowąd wyjmuje pistolet i chce mnie zastrzelić. Mnie zamurowało, nie byłem zdolny zrobić kroku. Michał Okulski złapał go za rękę z pistoletem, nie pozwalając mu strzelać. Zaczął też krzyczeć: Leon, ne ubywaj![ Drugi z bojówkarzy zbaraniał. Nie wiedział, czy ma do mnie strzelać, czy nie. Leokadia Okulska narobiła też dużego lamentu. Krzyczała: Ne zabywajte w chacie!, Córeczka Okulskich słysząc, że matka krzyczy, także zaczęła wrzeszczeć. Ja zaś stałem jak wryty i nie wiedziałem, co robić. Michał Okulski, mocno trzymający rękę swojego kuma, krzyknął do mnie: Uciekaj! Jak wyrwałem z ich chaty, to zatrzymałem się dopiero na skraju lasu. Przesiedziałem tam aż do wieczora.

Gdy się ściemniło, postanowiłem podejść bliżej domostwa Okulskich. Mieli oni tam stertę słomy, w której postanowiłem się ukryć i przespać noc. Gdy się jakoś umościłem, usłyszałem ściszone okrzyki: Zygmuś! Zygmuś! Bałem się wyjść z ukrycia. Ukraińcy mogli przecież zmusić Okul- skiego, by mnie wywołał. Głód spowodował jednak, że się przemogłem. Okulski szukał mnie sam. Powiedział, że Ukraińcy już odjechali. Przyprowadził mnie do gospodarstwa i ukrył w stodole. Wcześniej jego żona dała mi pajdę chleba i kawał słoniny. Rano kazał mi wsiąść na konia i pojechać do jego rodziców mieszkających we wsi Chobułtowa i tam na jakiś czas się przechować. Tam jednak również było niebezpiecznie. Spędziłem tam tylko jedną noc i pojechałem do dziadków, których dom od wsi Chobułtowa znajdował się o jakieś 18 km. Dziadek się ucieszył. Babcia mniej. Okazało się, że Ukraińcy także mnie u nich szukali. W nocy obudził mnie na podwórku rumor. Po chwili ktoś zaczął uderzać w okno. Nie miałem wątpliwości. To byli Ukraińcy. (…)

Rano babcia uznała, że u nich nie mogę zostać, bo banderowcy szybko się o tym dowiedzą i po mnie przyjdą Poradziła, bym udał się do jej brata, Ignacego Giergielewicza w Smołowej, niedaleko od Chrynowa, w którym znajdowała się moja gospodarka. Brat babci był kowalem, zaprzyjaźnionym z Ukraińcami, i uważała ona, że ochroni mnie przed banderowcami, bo kuje dla nich konie. Skorzystałem z rady babci i na koniu pojechałem do Smołowej. Minąłem Chrynów, nie zaglądając do swego gospodarstwa, i zajechałem pod wieczór do kuźni wujka Ignacego Giergielewicza. Jak zapukałem do jego domu, to się prze-raziłem. W środku przy stole, oprócz wujka Ignacego, jego syna Władysława i wujenki, siedział ów Leon, który jeszcze niedawno chciał mnie zastrzelić. Wzdrygnąłem się na jego widok, ale on nie zdziwił się i powiedział, że chce ze mną porozmawiać na osobności. Wziął mnie za ramię i zaprowadził do pokoju. Bałem się, że będzie mnie chciał zastrzelić, ale nie honor mi było krzyczeć do wujostwa, żeby mnie z Leonem sam na sam nie zostawiali. Ten jednak broni nie wyjął, tylko dał mi zadanie. Oświadczył, że przyjdą tu jutro o świcie i ja mam otworzyć im drzwi. Miałem też przygotować wódkę i zakąskę. Odpowiedziałem mu, że nie mam, ale on stwierdził, że Giergielewicze mają. Nadmienił także, że poczęstunek ma stać na stole. Dodał również, że oni przyjdą, wypiją, a ja mogę spokojnie spać na podłodze. Nie mogłem tego zrozumieć. Chciałem jak najszybciej wyjść do kuchni do Giergielewiczów, by im to wszystko powtórzyć. Po chwili wyszliśmy do kuchni, ale Giergielewiczów już w kuchni nie było. Poszli do wieczornych zajęć gospodarczych. Leona w ogóle się nie obawiali, traktowali go jako swojego. Nie wiedziałem, co robić. Czy powtórzyć Giergielewiczom rozmowę z Leonem, czy nie? Ostatecznie poszedłem spać do stodoły. Nic nie mówiłem Giergielewiczom, obawiając się ich reakcji. Wydawali się tak zaprzyjaźnieni z Leonem.

O świcie wstałem i wyszedłem na drogę. Wieś była uśpiona. Wydawało się, że nic się nie dzieje. Znienacka słyszę jednak straszny, rozdzierający powietrze krzyk: Uciekajcie, mordują! Patrzę na ulicę, a biegnie kobieta i znów krzyczy: Uciekajcie, mordują! Tak, jakby chciała ostrzec sąsiadów. Banderowcy mordowali w tym czasie rodzinę Chomczyńskich. Zaczęli od niej, bo liczyli na niezły łup. Uchodziła ona za zamożną, mającą sporo ukrytych kosztowności. Chomczyńscy ukryli się jednak w solidnej piwnicy, jak gdyby coś przeczuwając, i nie dali się łatwo wykurzyć. Baderowcy, chcąc ich zmusić do wyjścia, wytracili czas i nie zdążyli przyjść o świcie do Giergielewiczów. Natychmiast pobiegłem do wujostwa i mówię im, co się dzieje i też krzyczę, że trzeba uciekać. W progu spotkałem Władka, który też się obudził, ale on tylko wzruszył ramionami. Wpadłem do wujostwa, krzycząc, że musimy uciekać. Wuj jednak tylko wzruszył ramionami i ofuknął mnie: Czego ty się boisz? Mnie Ukraińcy powiedzieli, że mogę spać spokojnie, bo jestem im potrzebny. Beze mnie nie będzie miał kto kuć im koni, wykonywać obręczy żelaznych na koła do wozów. Ja wtedy, nie czekając na nic, wsiadłem na konia i do Włodzimierza. Władek też zdecydował się zaprząc konia do wozu i, z żoną i dzieckiem, pogalopował za mną. W okolicy, gdzie banderowcy mordowali kolejne polskie rodziny, rozległy się strzały i już nikt nie mógł mieć wątpliwości, że we wsi dzieje się coś złego. Gdy banda zbliżała się do domu Giergielewiczów, wujenka, jakby coś przeczuwając, uciekła w zboże. Była niewidoczna, ale mogła obserwować, co dzieje się na podwórku jej domostwa. Ukraińcy jak wpadli na nie, od razu zastrzelili wujka Giergielewicza. Zrobił to Ukrainiec o nazwisku Trofimiuk. Zbrodniarze rozbiegli się po całym obejściu, szukając pozostałych domowników, w tym mnie. Byli wściekli, że nikogo oprócz wujka Giergielewicza nie było. Wściekali się również, że na stole nie znaleźli wódki i śniadania, które ja miałem przygotować. Zbrodniarze chcieli zapewne dokończyć mord w Smołowej u wujostwa, a następnie wszystkich zabić.

Gdy przybyłem do Włodzimierza, był on już cały zapchany uchodź-cami. Przedstawiali straszliwy widok. Byli zakrwawieni, mieli odrąbane ręce, niektórzy wykłute oczy. Znajdowali się w szoku, a od tego, co mówili, włosy stawały dęba. Zezwierzęcenie Ukraińców przerastało wszystkie ludzkie wyobrażenia. Dowiedziałem się nawet, co działo się w Chrynowie, do którego tego dnia, bo zapomniałem dodać wcześniej, że była to niedziela, wybierałem się do kościoła. Banderowcy napadli na kościół podczas Mszy św. Zabili księdza Jana Kotwickiego przy ołtarzu. Ich ofiarą padło też wiele moich koleżanek. Bestialsko zabito m.in. Elizę Kruczyńską. Ranna w rękę została Aniela Janusz. Janinę Winiarz mieszkającą obok Mrozów banderowiec trafił najpierw w nogę, gdy uciekała w stronę lasu. Padła na plecy i banderowiec chciał ją dobić i trafił w oko. Oblaną krwią znalazł Mróz i zaniósł do rodziców. Ci wpadli w popłoch i uznali, że naprawdę trzeba uciekać do Włodzimierza. W innej wsi, Kałusowie, banderowcy spędzili mieszkańców pod pozorem zebrania do dwóch stodół. Mężczyzn do stodoły Grabowskiego, a kobiety do stodoły Fila. Taka Adela zdołała uchylić deskę w ścianie stodoły i uciec w zboże. Pozostałych mieszkańców zamkniętych w stodołach zamordowano, strzelając do nich z broni maszynowej. Rannych dobijano siekierami, widłami, bagnetami. Łącznie Ukraińcy zamordowali w Kałusowie ponad sto osób. Z masakry uratował się m.in. Władysław Drożdżowski, któremu w trakcie spędzania mieszkańców wioski do stodół udało się ukryć. Przeżył także ranny Jan Sikora. Tego dnia po mordzie zostali jednak odkryci przez penetrujących teren upowców i ciężko ranni. Upowcy myśleli, że dobili ich już ostatecznie, i pozostawili. Z postrzeloną, zmasakrowaną twarzą Drożdżowski doczołgał się do studni, bo chciał napić się wody, i wpadł do niej. Wyciągnął go Polak, Ignacy Łaniucha, który ranny wyczołgał się spod zwału trupów. Następnie umieścił go na furmance wraz z Grabowskim i zawiózł do Włodzimierza. (…)”

za: M. Koprowski: Wołyń. Epopeja polskich losów

Tadeusz Opała:

„Główne uderzenie spadło na nas 11 lipca 1943 r. Rano sąsiad, taki Wróblewski, przyszedł do nas, wziął za rękę mojego młodszego brata i udał się na Mszę św. do kościoła w Chrynowie. Droga do niego wiodła przez las. Na jego skraju stał jakiś człowiek, który po ukraińsku ostrzegł Wróblewskiego: Nie idź do kościoła, bo będzie źle! Nie wiadomo, czy był to Polak, czy Ukrainiec. Wróblewski twierdził, że raczej Polak niż Ukrainiec, tylko mówił po ukraińsku, ale to nieważne. Wróblewski go posłuchał i wrócił do domu. Dzięki temu ani on, ani mój brat nie zginęli. Gdy znaleźli się na naszym podwórku, w Chrynowie rozległa się strzelanina. To Ukraińcy napa¬dli na tamtejszy kościół. Grupa mężczyzn z Oktawina, w tym mój ojciec, konno udała się do Chrynowa, żeby zobaczyć, co tam się stało. Byli uzbrojeni w co każdy miał pod ręką. Gdy dotarli na miejsce, zobaczyli po obu stronach kościoła płytkie mogiły, w których oprawcy, chcąc zatrzeć po sobie ślady, usiłowali pogrzebać ofiary. W pewnej odległości od świątyni leżały również zwłoki osób, które próbowały uciekać i nie zdążyły. Wśród zabitych był też ks. Jan Kotwicki. Był to ksiądz, który pracował w Chrynowie bardzo krótko. Proboszczem tej parafii został wiosną 1942 r. Przedtem, jak się później dowiedziałem, pracował w diecezji żytomierskiej. W czasach sowieckich aresztowano go, a później w ramach wymiany więźniów wypuszczono go do Polski, gdzie posługiwał w diecezji łuckiej w kilku parafiach.

W czasie napadu na kościół w Chrynowie zachował się bardzo dzielnie. Mógł uciec, ale postanowił zostać z wiernymi i dzielić ich los. Po Mszy św. o godzinie 9, gdy upowcy zawracali ludzi, którzy już wyszli ze świątyni, by do niej wrócili, po księdza przybiegła jedna z mieszkanek, by przyszedł do jej umierającego męża. Ksiądz wziął wiatyk i z ministrantem ruszył do parafianina. Ukraińcy nie chcieli ich przepuścić. Zapewnił jednak, że wrócą, i ci go puścili. Nie musiał przecież wracać. Mógł się ukryć, zwłaszcza że Ukraińcy szczegółowo Polaków nie szukali. Ksiądz postanowił jednak wrócić, by odprawić następną Mszę św. Gdy ją zaczął odprawiać, Ukraińcy ustawili przed drzwiami świątyni karabin maszynowy i otwarli ogień w tłum ludzi. Łącznie w samym kościele zginęło jakieś 150 osób. Całą niedzielę mieszkańcy Oktawina uzbrojeni w widły, cepy i trochę broni palnej czekali na napad UPA, ale ten nie nastąpił. Nocą całą rodziną poszliśmy spać w żyto. Raniutko, o pierwszym brzasku, przystąpiliśmy do pakowania na wóz, co tylko się dało, i razem z innymi gospodarzami ruszyliśmy w kolumnie wozów w stronę Włodzimierza. (…)

Tuż po przybyciu wzięliśmy udział w pochówku ks. Kotwickiego we Włodzimierzu. 14 lipca 1943 r. siostra księdza z kilkoma kobietami pojechały do Chrynowa i przywiozły do Włodzimierza zwłoki księdza na wozie wyściełanym słomą. Wyglądał strasznie. Miał odstrzeloną twarz. Gdy księdza zaniesiono do mogiły, spaliłem słomę, na której leżał. Było na niej sporo krwi i ojciec kazał mi ją spalić, uważał bowiem, że nikt nie powinien po niej deptać. Kilka dni później Ukraińcy spalili w Chrynowie polskie zabudowania z kościołem na czele. Jeszcze wcześniej, bo już 14 lipca, puścili z dymem Oktawin, plądrując wcześniej wszystkie gospodarstwa.”

za: M. Koprowski – Wołyń. Wspomnienia ocalałych. Tom 2

Wacława Borucińska:

„Urodziłam się w 1925 r. w Oktawinie. Była to samodzielna gromada do gminy Mikulicze w powiecie Włodzimierz Wołyński. W jego skład wchodziło 7 gmin wiejskich, dwie miejskie, dwa miasta i 250 gromad wiejskich, czyli sołectw. Od zachodu powiat graniczył z powiatem hrubieszowskim województwa lubelskiego. Od południa z powiatem sokolskim województwa lwowskiego, a od wschodu z powiatami horochowskim i kowelskim. Ludność powiatu liczyła około 150 tysięcy osób. Dominowali w niej Ukraińcy, których odsetek wynosił 58 proc., Polaków żyło w powiecie o połowę mniej. Stanowili oni 26,7 proc. mieszkańców. Oprócz Ukraińców i Polaków w mieszkali w nim też Czesi i Żydzi. Ci ostatni głównie w miastach — Włodzimierzu Wołyńskim i Uściługu. Nazwa naszej wsi pochodziła od tego, że została założona przez Polaków w oktawę Bożego Ciała. Kiedy jednak to się stało, nie potrafię powiedzieć. Wiem tylko, że mój dziadek w Oktawinie się urodził. Gdy ja przyszłam na świat, wieś ta należała do parafii Sielec, kościół w Chrynowie miał być dopiero budowany. Zostałam ochrzczona w kościele w Sielcu, do niego też początkowo uczęszczałam na msze święte. Był to murowany kościół, ufundowany przez księżną Helenę Sapieżankę w XVII w. Znajdowały się w nim, jak pamiętam, trzy obrazy, które mocno zapadły w moją dziecięcą pamięć. Były to obrazy Św. Trójcy, Matki Bożej i św. Józefa.

Następny kościół w Chrynowie, z którym związałam swój los, był znacznie skromniejszy. W zasadzie stanowił drewnianą, większą kaplicę, kościół murowany w Chrynowie miał zostać dopiero zbudowany, ale wybuch wojny to uniemożliwił. Kolonia Oktawin, w której się urodziłam, w odróżnieniu od innych okolicznych miejscowości miała charakter polski. Mieszkało w niej około osiemdziesięciu rodzin, z których tylko dwie były ukraińskie. W innych miejscowościach proporcje narodowościowe układały się różnie. W Sielcu Polacy stanowili tylko jedną trzecią mieszkańców. Mówiąc jeszcze o Oktawinie, chciałabym nadmienić, że te dwie ukraińskie rodziny były bardzo zżyte z Polakami. Praktycznie niczym się od nich nie odróżniały. Uczęszczały, jak reszta mieszkańców, nie do cerkwi, ale do kościoła. Wspomnieć może też warto, że Oktawin, mimo że liczył, jak już mówiłam, tylko osiemdziesiąt gospodarstw, miał sporo mieszkańców. W każdym domu było sześcioro, ośmioro, a często i dziesięcioro dzieci. Wszyscy mieszkańcy utrzymywali się z rolnictwa. Innej możliwości zarobkowania w okolicy nie było. Moi rodzice, czyli Stanisław i Maria Sorokowie, bo tak brzmi moje panieńskie nazwisko, też oczywiście zostali rolnikami. Ich gospodarstwo miało 8 hektarów, co jak na wołyńskie warunki nie stanowiło zbyt dużego areału. Ojciec starał się gospodarstwo powiększać i jak tylko pojawiała się możliwość, to dokupywał jeszcze jakieś kawałki gruntu. (…)

Po ukończeniu szkoły w Oktawinie przez rok chodziłam do szkoły w Stęzarzycach. Moja rodzina, tak jak większość mieszkańców, należała do bardzo religijnych. Jako dziecko zawsze z rodzeństwem uczęszczałam nawet na roraty, gdy jeszcze było ciemno. Funkcję proboszcza w parafii w Chrynowie pełnił wówczas ksiądz Stanisław Symon. On też podjął przygotowania do budowy nowego kościoła. Miał być murowany, a nie drewniany. W tym celu parafianie zbudowali małą cegielnię, by wypalić potrzebną do tego celu cegłę i wykopali dół, z którego mieli wydobywać glinę. Nie zdążyli jej jednak uruchomić, bo wybuchła wojna. Ksiądz Symon został też przeniesiony do Włodzimierza Wołyńskiego i tylko dojeżdżał do Chrynowa.

W 1942 r. naszym proboszczem został ks. Jan Kotwicki. Pochodził on z diecezji żytomierskiej. Początkowo pracował wśród rodaków po sowieckiej stronie granicy. Bolszewicy kilkakrotnie go więzili i to w najgorszych więzieniach. Siedział, jak opowiadał, min. w moskiewskich Butyrkach. Zesłano go też do specjalnego łagru na Sołowki. Do Polski wrócił w ramach wymiany więźniów. Był to znakomity kapłan, bardzo oddany ludziom (…)

17 września [1939] na Kresy wkroczyli Sowieci, którzy szybko dotarli do Włodzimierza. Niemcy, ścigając cofające się oddziały polskie, podeszli pod miasto, ale jego samego nie zdobywali. Wiedzieli, że w podziale łupów przypadnie ono Niemcom Sowieci wzięli we Włodzimierzu sporo jeńców polskich, których powieźli na wschód. Jakiś sowiecki oddział przemaszerował przez naszą wieś i wszyscy z zaciekawieniem mu się przyglądali, ale gdzie mu było do naszego wojska? Sowieci byli bardzo nędznie umundurowani. Mieli karabiny na sznurkach, ciągnął się za nimi smród. Od razu rzucało się w oczy, że należeli do innej kultury. Jak wkraczali Sowieci, to Ukraińcy zachowywali się różnie. U nas na szczęście nic się nie działo, bo w Oktawinie, jak już mówiłam, Ukraińcy praktycznie nie mieszkali. W osadzie wojskowej Orlęta na przykład powstał ukraiński komitet rewolucyjny, który „wyzwolił” polskich sąsiadów z całego majątku. Ukraińcy najzwyczajniej ich ograbili. Było to oczywiście przygrywką do tego, co w tej osadzie stało się później. W Falemiczach, na skutek donosu Ukraińców, NKWD aresztowało właściciela majątku hrabiego Ledóchowskiego i jego syna Leona. Osadzono ich w więzieniu w Łucku, z którego już nie wyszli! W Chmielowie, który był wsią ukraińską, w 1939 r. Ukraińcy też terroryzowali Polaków, których w tej miejscowości mieszkało niewielu. Pięć czy sześć rodzin. Dzieci ukraińskie obrzucały swych rówieśników kamieniami, biły ich kijami, kopały i krzyczały pod ich adresem: „Smert Lacham!”. Wybijali też szyby w domach zamieszkanych przez Polaków!

W Bubnowie Ukraińcy, na powitanie wojsk sowieckich, postawili bramę powitalną i powybijali szyby w domach Polaków. Gdy rozpoczęła się okupacja sowiecka, Ukraińcy się trochę uspokoili, choć ci najbardziej agresywni w stosunku do Polaków założyli czerwone opaski, iż zaczęli pełnić obowiązki milicjantów. Szkoła w Stęzarzycach zaraz stała się ukraińska i naukę prowadzono w niej w tym w tym języku. Szybko przestałam do niej chodzić. Atmosfera w niej nie była najlepsza. Sowieci początkowo nie byli zbyt dokuczliwi w stosunku do Polaków, choć po Sowietach nikt niczego dobrego się nie spodziewał. Na ich temat wiedzieliśmy tylko same złe rzeczy. Rewolucja i wojna z bolszewikami w 1920 r. pozostawiły w świadomości Polaków opinię jak najgorszą o ich stosunku do nas.

Sowieci pozytywnie odnosili się do Ukraińców, i z wzajemnością — w większości. Podobało się im, że Polaków traktowali jako okupantów ukraińskiej ziemi, którzy narzucili jej swoje jarzmo. W pierwszych miesiącach sowieckiej okupacji po Oktawinie zaczęła chodzić komisja spisująca cały majątek posiadany przez każdego gospodarza. Na podstawie spisów wyznaczono nowy wymiar podatków, dużo wyższych od dotychczasowych. Zaczęto także organizować pogadanki, mające zachęcać ludzi do zbiorowego gospodarowania, czyli wstępowania do kołchozów. W Oktawinie nikt do nich wstępować nie zamierzał. Z min urzędników, którzy urządzali te uświadamiające pogadanki, dla mieszkańców Oktawina wynikało, że wszystkich z nich Sowieci uważali za kułaków, czyli grupy, która w ich ustroju nie ma racji bytu.

Rozprawę z nami Sowieci odłożyli na później. Szybko się bowiem okazało, że najpierw chcieli się rozprawić z ludźmi, którzy stanowili w ich pojęciu element antysowiecki. Swoja akcją zaskoczyli nas całkowicie. Zima z 1939 na 1940 rok była wyjątkowo mroźna i śnieżna. Z chałupy wychodziło się rzadko i tylko w razie większej potrzeby. Nocą 10 lutego sowieckie grupy operacyjne dokonały wywozu wszystkich osadników wojskowych, mieszkających w naszej okolicy. Wysiedlono tych z osady Orlęta, a także z osady Chrynów. Dla mnie był to wielki wstrząs. Wśród wywiezionych członków rodzin miałam wiele szkolnych koleżanek i kolegów. Na Sybir nie pojechał tylko z rodziną Zygmunt Maguza, z którym utrzymuję kontakt po dziś dzień. Zygmunt ocalał, bo gdy wywozili rodziców, on był akurat w szkole w Sokalu.

W akcji wywózki uczestniczyli też oczywiście miejscowi Ukraińcy. Po kilku tygodniach czy raczej miesiącach zaczęły od zesłańców przychodzić listy. Informowali w nich, gdzie są i co robią. Wszyscy zrozumieli, dlaczego piszą, że można im przysyłać paczki żywnościowe o wadze do 5 kg. Wszyscy zbierali niepsującą się żywność i wysyłali znajomym. Kilkakrotnie woziłam paczki do Kowla, bo tylko z niego można było nadać taką paczkę deportowanym Niosłam z reguły dwie przesyłki. Najpierw piechotą maszerowałam do Włodzimierza, a z niego jechaliśmy koleją do Kowla. Było to męczące, bo Włodzimierz od Oktawina oddalony był o 10 km, a dwie paczki ważyły przecież 10 kilogramów! Nikt jednak sobie nie krzywdował. Wiedzieliśmy, że dzięki naszej pomocy wywiezieni będą mogli przetrwać.

Po pierwszej wywózce przyszły następne i nikt nie mógł być już pewny dnia ani godziny. Nie tylko wywózki osłabiły oczywiście żywioł polski w powiecie włodzimierskim i na całym Wołyniu. Na początku 1940 r. zaczęła się akcja przymusowego poboru do Armii Czerwonej. Powołania dostawali nie tylko młodzi, którzy ukończyli osiemnaście lat, ale nawet i pięćdziesięciolatkowie! Wezwanie było równoznaczne z wyrokiem. Uciekać nie było gdzie. (…)

W 1941 r. ludzie żyli nadzieją, że coś się zmieni na lepsze. Mój ojciec, który bardzo interesował się polityką, przepowiadał, że wkrótce wybuchnie wojna niemiecko-sowiecka, która zmieni nasze położenie. (…) 22 czerwca obudził nas huk wystrzałów. Niemcy uderzyli na Związek Radziecki. Oddziały sowieckie cofały się pod niemieckim uderzeniem, nie stawiając większego oporu. Niemcy parli do przodu tak szybko, że wkrótce byli bardzo daleko. Ich wkroczenie Polacy przyjęli nawet z ulgą. Wszyscy pomyśleli: „Przynajmniej nas nie wywiozą”. Niemcy, przejmując władzę na okupowanych terenach, podporządkowali sobie całą administrację, ale pozostawili cały samorząd ukraiński, rozwiązali milicję i utworzyli „ukraińską policję pomocniczą”. Znaleźli się w niej z reguły ci sami ludzie, którzy wcześniej służyli w milicji.

Praktycznie cała administracja i policja znalazły się w rękach ukraińskich. Polacy bardzo szybko to odczuli. Na polskie osady i wsie zaczęto nakładać znacznie większe kontyngenty niż na miejscowości zamieszkane przez Ukraińców. Policja ukraińska, w porozumieniu z Arbeitsamtem i władzami ukraińskimi, na przymusowe roboty do Niemiec wysyłali przede wszystkim Polaków. (…)

Gdy byłam we Włodzimierzu, na wywózkę na przymusowe roboty do Niemiec wyznaczono mojego ojca. Policja ukraińska zabrała go z domu. Gdy byli już na stacji, udało mu się jednak uciec przez dziurę w płocie. Do domu jednak od razu nie wrócił. Miał rodzinę gdzieś koło Kisielina i tam początkowo się ukrył. Później, jak trochę się uspokoiło, wrócił do domu. Nie bardzo się jednak afiszował i starał się nie pokazywać. Sąsiedzi oczywiście wiedzieli, że wrócił, ale żaden z nich nie śpieszył się, żeby o tym donieść.

Czasami do wsi przyjeżdżali też niemieccy żandarmi, ale oni byli lepsi od ukraińskich policjantów. Z nimi można było się dogadać. Przyjeżdżali się napić, najeść i zabrać swój „prywatny kontyngent”. Oni też chcieli żyć. Wśród nich byli także różni ludzie, choć zwyrodnialcy również się znaleźli. W najbrudniejszej robocie Niemcy woleli wysługiwać się Ukraińcami, którymi najzwyczajniej gardzili. Za zgodą Niemców policja ukraińska strzelała bezkarnie do Polaków, dokonując licznych mordów.

W grudniu 1942 r. patrol policji ukraińskiej zaatakował grupę młodzieży polskiej, powracającej z próby w kościele. Najpierw zaczęli bić zatrzymanych, a następnie jeden z policjantów wydał komendę: „Strzelać!”. Na szczęście zaatakowanym udało się uciec. Na początku 1943 r. banda ukraińska wywlekła z domu Polaka, Ignacego Nieradkę, byłego organistę, rozebrała go do naga, przywiązała do drzewa i podpaliła ognisko. Biedak upiekł się żywcem w strasznych mękach! Jego syna Eugeniusza, chłopaka w moim wieku, ukraińscy bandyci zastrzelili. Prawdopodobnie zaczął uciekać. Dzięki temu uniknął męki.

Napady na Polaków nasiliły się, gdy policja ukraińska zdezerterowała i z pełnym uzbrojeniem poszła do lasu. W maju i czerwcu już się spodziewaliśmy, że coś się szykuje. W okolicy nocami słychać było przemieszczające się po drogach kolumny chłopskich wozów konnych. Miały one żelazne obręcze na drewnianych kołach i było je doskonale słychać. Ojciec od razu uznał, że to Ukraińcy jeżdżą i się organizują. Ja już wtedy wróciłam z Włodzimierza do domu, bo niebezpieczeństwo wywózki zmalało. Za dnia też widziałam, jak przez Oktawin przejeżdżają grupki Ukraińców na rowerach, co już dawało do myślenia. Polacy rowerów nie mogli mieć. Ukraińska policja, z polecenia Niemców, wszystkie je pozabierała. Nie zdała ich jednak Niemcom w całości. Znaczną część zachowała i przekazała tworzącym się w lasach oddziałom UPA. Dzięki temu ich czujki mogły się po drogach bardzo szybko poruszać i zaskakiwać. (…)

Ojciec, który czuł się za nas odpowiedzialny, bardzo przeżywał tę sytuację, zwłaszcza że lato w 1943 r. było bardzo piękne i zapowiadały się niezłe zbiory. Zboża porosły bardzo duże. Można się było w nich schować. Wreszcie nadszedł ów krytyczny dzień, czyli niedziela 11 lipca 1943 r. Jak zwykle w niedzielę mieszkańcy Oktawina wybierali się na Mszę św. do kościoła parafialnego w Chrynowie. Najkrótsza droga do świątyni wiodła przez las. Tu jednak na ścieżce stali uzbrojeni Ukraińcy, którzy nie przepuszczali mieszkańców Oktawina do Chrynowa i kazali im zawracać. Dopiero później uświadomiłam sobie, że Ukraińcy obawiali się, że jak wszyscy Polacy przyjdą na Mszę św., to sobie z nimi nie poradzą i nie zdołają ich wszystkich wymordować. Po jakimś czasie usłyszeliśmy strzały. Od razu seryjne. Później, gdy już byłam żołnierzem 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK, dowiedziałam się, że tak strzela karabin maszynowy.

Wszyscy byli bardzo zaniepokojeni tym, co dzieje się w Chrynowie. Ojciec kazał opróżnić duży kufer, w którym złożyliśmy najcenniejsze rzeczy, min. ubrania, żywność, dokumenty i zdjęcia i zakopaliśmy na podwórku. Po południu grupa mężczyzn z Oktawina pojechała konno do Chrynowa zobaczyć, co się w nim stało. Udali się tam głównie ci, co mieli broń. Wcześniej do Oktawina dotarło kilka osób, którym udało się wydostać z ukraińskiej obławy. Widok, który ekspedycja z Oktawina zastała w Chrynowie, był przerażający. Po obu stronach wejścia do kościoła w wykopanych rowach leżeli pomordowani mieszkańcy Chrynowa. Zabici leżeli też wokół świątyni. Po stwierdzeniu mordu nasi wysłannicy natychmiast popędzili do wioski. Obawiali się bowiem, że teraz Ukraińcy mogą zaatakować i wymordować Oktawin. W oddali słychać było bowiem strzały. Ukraińcy nie napadali jednak na Oktawin, tylko wyruszyli wymordować Stasin, który był mniej liczny.

W masakrze, przeprowadzonej przez Ukraińców, zginęło około stu mieszkańców tej miejscowości. Zapędzili ich do dwóch stodół. Do jednej mężczyzn, a do drugiej kobiety z dziećmi. Następnie mordowano ich z broni palnej, widłami i siekierami. Jednak paru udało się uciec i przedostać do Oktawina. My w Oktawinie spodziewaliśmy się najgorszego. W nocy mężczyźni, a także kobiety uzbrojeni w co kto miał, w widły i siekiery, trzymali straż. My w domu nie nocowaliśmy. Spaliśmy w znacznym oddaleniu od gospodarstwa w kopach koniczyny, wysuszonej na paszę. Jak można było jednak spać, gdy wokół widać było łuny płonących polskich wsi? Ukraińcy uderzyli praktycznie na wszystkie skupiska w okolicy. Rano wszyscy się zebrali i zaczęli dyskutować, co robić dalej. Głos zabierali przede wszystkim mężczyźni. Długo się jednak nie zastanawiali. Zdecydowana większość uznała, że nie ma na co czekać i trzeba uciekać do Włodzimierza Wołyńskiego, bo tu zostaniemy wyrżnięci przez ukraińskie bandy. Zaraz uformowała się kolumna, złożona z kilkudziesięciu konnych wozów i wyruszyła w kierunku Włodzimierza. Każdy zabrał tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Ojciec przywiązał do wozu naszą karmicielkę, krowę. Rodzice mieli przecież, oprócz nas trojga, dwoje małych dzieci, czyli trzyletnią naszą siostrę Halinę i kilkumiesięcznego Henia. Czymś te maleństwa trzeba było karmić. Dorośli zdolni do tego, by w razie napadu stawić opór Ukraińcom, szli pieszo po obu stronach drogi. Widły, siekiery i trochę broni mieli ukryte na wozach.

Nasza podróż byłą bardzo niebezpieczna.. Przejeżdżaliśmy przez cztery ukraińskie wsie. W każdej z nich mogliśmy zostać zaatakowani przez ich mieszkańców. Wsie te wyglądały na wymarłe. Tutejsi Ukraińcy byli pewnie zajęci mordowaniem Polaków gdzie indziej — tego dnia tyle, że po południu wyrżnęli bestialsko polską wieś Smołową, w pobliżu której przejeżdżaliśmy. Była to kolonia bardzo rozproszona i to ułatwiło zbrodniarzom zadanie. Otoczyli kolonię i po kolei zabijali mieszkańców, których zastali w zabudowaniach, a je same podpalali. Niektórzy Polacy zdołali uciec i schronić się w gliniankach. Część z nich uciekała przed oprawcami w zboża, ale ci starali się ich wyszukiwać, by nie ostał się żaden świadek zbrodni. Rzeź Smołowej trwała do późnych godzin nocnych. Tych mieszkańców Smołowej, których Ukraińcom udało się wyłapać, zapędzali oni do kuźni, a gdy ją już zapełnili, to podpalili. Żywcem spłonęło w niej kilkadziesiąt osób! Bandyci znaleźli też Polaków ukrywających się w gliniankach i ich również wymordowali. Tylko niektórym Polakom udało się uciec ze Smołowej do Włodzimierza i opowiedzieć o tragedii jej mieszkańców.

Gdy my dotarliśmy do Włodzimierza, udało się nam znaleźć kwaterę dla siebie i miejsce dla krowy. Wszystkim uciekinierom w znalezieniu kąta dla zamieszkania pomagał ks. Stanisław Kobyłecki. (…) We Włodzimierzu działy się wówczas sceny dantejskie. Uciekinierów przybywało z godziny na godzinę. Pochodzili oni nie tylko z powiatu włodzimierskiego, ale także horochowskiego, który Ukraińcy również mordowali. Ulice miasta były zapchane furmankami, na których leżeli ranni i okaleczeni ludzie, których Ukraińcy nie zdołali dorżnąć. W środę 14 lipca zaczęto szukać chętnych do wyjazdu do Chrynowa, żeby przywieźć do Włodzimierza i pochować ciało księdza Kotwickiego. Jego siostra przyszła do mojego ojca i poprosiła, by ten pożyczył konia. Chciała bowiem do wozu zaprząc dwa konie, by w pagórkowatej okolicy można było jechać szybko, a w razie potrzeby przyśpieszyć, gdyby zaistniało niebezpieczeństwo ze strony Ukraińców. Ojciec konia dał, a ja zgodziłam się z siostrą księdza i jeszcze jedną kobietą pojechać do Chrynowa i przywieźć ciało księdza. Myślałam, że uda nam się zahaczyć o Oktawin i wyjąć z kufra, który zakopaliśmy, swoje rzeczy. Zależało mi szczególnie na świadectwach szkolnych i zdjęciach. Załadowaliśmy na wóz trumnę na zwłoki księdza i pojechałyśmy. Przed wyjazdem organista przykazał mi, abym zabrała z kościoła księgę metryk chrztu.

Do Chrynowa dotarłyśmy bez przeszkód. Siostra księdza poszła na plebanię po jakieś rzeczy, a ja udałam się do kościoła, żeby szukać tych ksiąg metrykalnych. Nie mogłam ich znaleźć, postanowiłam zabrać więc monstrancję i ornaty. W kościele przed ołtarzem zobaczyłam straszny widok. W zastygłej kałuży krwi leżała moja szkolna koleżanka Liza. Innych zwłok nie widziałam Na środku kościoła znajdowało się wygasłe ognisko. Napastnicy myśleli, że od niego zajmie się cały kościół i spłonie, ale tak się nie stało. Przynieśli oni za mało gałęzi i wypaliła się tylko podłoga wokół ogniska. Włożyliśmy ciało księdza, które ktoś wcześniej zaniósł na plebanię do trumny. Następnie z trudem załadowaliśmy je na wóz. Gdy się mocowaliśmy z tą trumną, nadszedł jakiś mężczyzna. Poprosiłyśmy go, by nam pomógł. On jednak odpowiedział: „Nie mogę!”. Przestraszyłyśmy się, że jest Ukraińcem i boi się zemsty swoich ziomków. Szybko się oddalił i bałyśmy się, że zawoła swoich kamratów, by nas zabili. Siostra księdza uznała, że trzeba jak najszybciej wracać do Włodzimierza. Ja jednak postanowiłam dostać się do Oktawina. (…)

Wyprawa po zwłoki księdza bardzo mi zapadła w pamięć. Była bardzo przykra. Ksiądz zginął od jednego strzału w głowę, gdy z zakrystii usiłował dojść do plebanii albo z plebanii szedł do kościoła. Nie zginął przy ołtarzu, jak gdzieś czytałam Dostał kulę w czoło. Ta, wychodząc, wyrwała mu część czaszki i mózgu. Miał praktycznie rozwaloną głowę. Nie był to widok przyjemny dla młodej dziewczyny. Wtedy jednak o tym nie myślałam. Gdy jechałam z tym sąsiadem do Oktawina, myślałam tylko o tym, czy spotkamy na swojej drodze jakąś bandę ukraińską, czy nie. Tej na szczęście nie spotkaliśmy. Ja koło naszego domu zeskoczyłam, a sąsiad pojechał dalej. Po naszym obejściu dreptały jeszcze dwie gęsi. Każdej z nich dałam siekierą po głowie i przygotowałam do zabrania do domu. Z żywymi miałabym większy kłopot. Zapakowałam je do tobołka. Pozbierałam do niego jeszcze wszystko, co tylko nadawało się do jedzenia i z sąsiadem pojechaliśmy w powrotną drogę do Włodzimierza. Z naszego inwentarza poza tymi gęsiami nie zostało nic. Znikły kury, cielna jałowica i coś tam jeszcze. Gdy przejechaliśmy jakieś 2 kilometry, spotkaliśmy po drodze ludzi, którzy dopiero jechali po swoje rzeczy do Oktawina. Kiedy nas mijali, nie zdawałam sobie sprawy, że widzimy się po raz ostatni.

Gdy byliśmy w Szustowie, w połowie drogi zobaczyliśmy dymy. Nie mieliśmy wątpliwości, ze płonął Oktawin. Wszyscy, którzy pojechali do naszej wsi, zostali złapani przez Ukraińców i zamordowani. Nasz dom wtedy nie został spalony. Brat, który później jeździł konikiem, szukając przede wszystkim paszy dla krowy i konia, zajechał do Oktawina i zobaczył, że dom stał. Był ograbiony ze wszystkiego, miał wyłamane okna i drzwi, ale stał. Gdy brat przyjechał jeszcze raz do Oktawina, to domu już nie było, stał tylko komin. Muszę się przyznać, że nigdy takiego działania Ukraińców nie rozumiałam Do dziś sobie zadaję pytanie, dlaczego, jeżeli już wyrżnęli bądź zmusili do ucieczki, to palili wszystkie domy swych ofiar? Mogli je przecież zająć i zamieszkać w nich. (…)”

za: M. Koprowski – Wołyń. Mówią świadkowie ludobójstwa


podobne tematy:
Krwawa niedziela w Kisielinie
Krwawa niedziela porycka
Dwa przerwane życiorysy kapłańskie
Wielkanoc 1945 - relacja ks. Józefa Anczarskiego
Krwawy Wielki Piątek
Wielki Post i Boże Narodzenie w Ihrowicy
Chomyszyn i Bandera
Lilianna Maria Lachowicz
Ocalić od zapomnienia.
V.R.S.
Owszem. Próbują nam wyciąć w imię doraźnych, często partyjnych interesów pamięć czyli dokonać lobotomii. Innymi słowy jacyś "wiedzący lepiej" z "Mysiej" - kangurowe kaptury czy kapturowe kangury decydują co mamy pamiętać a czego nie możemy pamiętać.
Kiedyś Katyń był passe, teraz Wołyń jest passe.
Problem jednak w tym, że to nie tylko kwestia pamięci w odniesieniu do przeszłości, bo pamięć …More
Owszem. Próbują nam wyciąć w imię doraźnych, często partyjnych interesów pamięć czyli dokonać lobotomii. Innymi słowy jacyś "wiedzący lepiej" z "Mysiej" - kangurowe kaptury czy kapturowe kangury decydują co mamy pamiętać a czego nie możemy pamiętać.
Kiedyś Katyń był passe, teraz Wołyń jest passe.
Problem jednak w tym, że to nie tylko kwestia pamięci w odniesieniu do przeszłości, bo pamięć rzutuje na teraźniejszość.
I teraz - przykładowo gdy pan Duda, pełniący obowiązki Prezydenta RP, krzyczy: Sława Ukrainie! i odpowiadają mu: Gierojom sława! to powinien się najpierw przed takim występem upewnić o jakich "gierojów" chodzi, skąd się w ogóle ten okrzyk wziął, i dlaczego jest obecnie utrzymywany i propagowany.
Lilianna Maria Lachowicz
Dlatego rób swoje , ja nie mam takich żródeł.Mi też się to wszystko nie podoba i bardzo boli.Bohaterowie w grobach się przewracają, to nie jest polski rząd.
megur shares this
4
POLSKA ZNÓW POD OKUPACJĄ
Panie Jezu Przyjdź !