V.R.S.
416

Kapłan Matki Bożej Zwycięskiej

Obraz Matki Bożej Zwycięskiej znajduje się obecnie na Dolnym Śląsku, we Wrocławiu, gdzie po II wojnie światowej trafiła część mieszkańców Mariampola, w kościele Najświętszej Maryi Panny na wyspie Piasek. Przed laty miałem okazję, nawiedzając ów kościół, natknąć się na pielgrzymkę z Mariampola. Jeden z jej członków – staruszek przyłączył się z pięknym kresowym zaśpiewem do śpiewanych właśnie Godzinek. Modlił się wersją przedwojenną – zabrzmiało zatem pod koniec wzruszające: “…a[byś] przy śmierci nam słodką Maryją przybyła”.

Że słodka Maryja przybyła przy śmierci duszpasterza Mariampola – ks. Marcina Bosaka, wypada mieć nam ufność i nadzieję. Śmierć to była iście męczeńska. A Mariampol to było miasto Maryi na ziemi halickiej, nad Dniestrem (które potem Sowieci na bezbożne, bluźniercze szyderstwo przemianowali na miasto Maryny co odkręcono dopiero w roku 2004). Tę piękną nazwę miejscowość zawdzięcza przypuszczalnie hetmanowi Stanisławowi Jabłonowskiemu. Powstała ona na miejscu fortalicji o równie wspaniałym mianie Boży Widok. Hetman przywiózł tu wizerunek Najświętszej Maryi Panny z Dzieciątkiem Jezus, który towarzyszył mu w rozlicznych kampaniach, w polowej kaplicy, m.in. pod Chocimiem w roku 1673 i na wyprawie wiedeńskiej roku 1683. Obraz nazywano potem Matką Bożą Hetmańską lub Zwycięską i był otaczany czcią jako wizerunek łaskami słynący. Herb miasta z roku 1703 przedstawiał Matkę Bożą Bolesną nad ciałem Syna. W roku 1742 jeden z potomków hetmana Jabłonowskiego Jan Kajetan ufundował w Mariampolu klasztor kapucynów, jednakże już w roku 1772, w wyniku I rozbioru I Rzeczypospolitej miasto znalazło się we władaniu Józefa II Habsburga – cesarza-“zakrystianina”, wielkiego przyjaciela masonów, który rychło zaczął wprowadzać w Mariampolu swoje “oświecone” reformy, zamykając mariampolski klasztor. Na zasadzie “dziel i rządź” w wydaniu austriackim, dążąc do wzmocnienia “ruskiej” nogi, przyklasztorny kościół św. Antoniego przekazano grekokatolikom. Pod koniec XIX wieku większość z ponad 4 tysięcznej liczby mieszkańców miasteczka pozostawała rzymskimi katolikami. Podczas wielkiej wojny, w latach 1914-15 o miasto toczyły się ciężkie walki między armią austro-węgierską a rosyjską.

W odrodzonej Rzeczypospolitej miasto znalazło się w województwie stanisławowskim. Ważną jego postacią stał się ks. Marcin Bosak. Urodzony w roku 1889, święcenia kapłańskie prezbiteriatu otrzymał z rąk Abp Józefa Bilczewskiego w lipcu roku 1914, we Lwowie, po ukończeniu tamtejszego seminarium duchownego. Od roku 1915 był wikarym parafii w Haliczu a do Mariampola przybył jako proboszcz parafii Trójcy Świętej w roku 1920. Oprócz aktywnej działalności duszpasterskiej (m.in. poświęcenie parafii Najświętszemu Sercu i założenie Apostolstwa Modlitwy) wspierał również działalność społeczną i kulturalną miejscowej społeczności polskiej, doprowadzając m.in. do powstania nowej murowanej szkoły (1930), wodociągu i wiatraka, ośrodka kultury (domu ludowego – 1927) oraz założenia fabryki gontów, cegielni (wykorzystywanej do budowy domu ludowego oraz szkoły) i kredytowej Kasy Stewczyka. Doprowadził do wzniesienia pomnika Najświętszego Sercu Jezusowego. Rozpoczął również w roku 1934 na wzgórzu zamkowym w Mariampolu budowę sanktuarium mariampolskiej Pani, zamierzając się starać o koronację wizerunku. Plany te przerwał wybuch II wojny światowej – nowe kościół i plebania były wówczas w stanie surowym. Ks. Bosak zdążył jednak w roku 1936 przeprowadzić prace konserwacyjne obrazu Matki Bożej Hetmańskiej. W sierpniu 1939 roku przydzielono mu do pomocy wikarego ks. Franciszka Piszczora.

Mariampol zajęli 19 września Sowieci. Rozpoczęły się prześladowania religijne, aresztowania, potem “rozkułaczanie” i wywózki części rodzina Sybir. Innym kazano rąbać drzewa w Karpatach i pracować przy budowie lotniska w Stanisławowie. Pod koniec czerwca 1941 roku miasto zajęła armia niemiecka. Zaktywizowało to miejscowych nacjonalistów ukraińskich. 9 sierpnia 1941 roku ks. Bosak został aresztowany przez gestapo, przypuszczalnie z ukraińskiego donosu. Zwolniony 23 sierpnia, został nocą tego dnia wywabiony z plebanii i porwany przez Ukraińców. Został bestialsko okaleczony i zamordowany. Tak przedstawia mord na ks. Bosaku wspomnieniowa strona o Mariampolu ( Mariampol 1918-1945r. ):

Najboleśniejszym ciosem dla wszystkich parafian była męczeńska śmierć ks. Marcina, nieludzko zadana przez nacjonalistów ukraińskich w nocy z 23 na 24 sierpnia 1941 r. Wieczorem około godziny 10 miejscowi nacjonaliści ukraińscy weszli na probostwo i pod pozorem spraw areału ziemi proboszczowskiej wywołali księdza z domu, rzekomo do gminy. Zamiast do gminy prowadzili go najpierw drogą do Wołczkowa, a potem drogą przez pola w kierunku Wodnik. Minęli kaplicę św. Jana, a następnie ścieżką prowadzącą prostopadle do głównej drogi nad urwisko w kierunku Dniestru i tam dokonali zbrodni; otrzymał cios w głowę, a następnie przestrzelili policzek poniżej oka i klatkę piersiową. Po dokonaniu zbrodni zdarli z niego sutannę i obuwie, pozostawili go tylko w bieliźnie. Chcąc zatrzeć ślady zbrodni zawlekli ciało nad urwisko, aby je zrzucić w dół, ale nie wiadomo, dlaczego nie doszło do tego. Ciało zawieszone zostało nad urwiskiem na gałęziach wśród krzewów zarastających urwisko. Na ścieżce została zgubiona koloratka, która parafianom poszukującym swego ukochanego proboszcza, posłużyła jako ślad do odnalezienia ciała. Następnego dnia rano, gdy pytano w gminie- zaprzeczono jako by go wzywano o takiej porze. Wszyscy rzucili się na poszukiwanie po wyjściu z kościoła. Po kilkugodzinnym poszukiwaniu, gdy zdawało się, że wszelka nadzieja na odnalezienie go jest daremna, a mężczyźni z Wołczkowa (Grochalski, Skik) zeszli na ścieżkę za kaplicą św. Jana i znaleźli koloratkę zgubioną czy też porzuconą i śladami doszli do miejsca, gdzie zaczepione o gałęzie ciało wisiało nad przepaścią. Zdjęto je – kobiety z pobliskich domów przyniosły prześcieradła, na których złożono ciało zakatowanego, tego, który nikomu nigdy nie uczynił krzywdy. Niesiono je w pełnym bólu milczeniu, ze łzami, które popłynęły ze wszystkich oczu, nawet męskich, nieskorych do wylewania ich w każdej okoliczności. Ten pierwszy samorzutnie i spontanicznie uformowany orszak pogrzebowy, gdy doszedł do Domu Ludowego, uniósł w górę ciało zamordowanego przed pomnikiem Najsłodszego Serca Pana Jezusa- poprzednio już okaleczonego przez zbira ukraińskiego, który również dopuścił się świętokradztwa w cerkwi, rozbijając tabernakulum, rozsypując na ziemi Najśw. Sakrament. Do tego okaleczonego Pana Jezusa wołali uczestnicy orszaku: “patrz Chryste, co oni zrobili z naszym pasterzem”. Dzień i noc trwały modły przy jego zwłokach, pogrzeb odbył się z udziałem wszystkich parafian Mariampola, Wołczkowa i okolicznych wiosek. Pożegnanie nad trumną było pełne powagi, cichą manifestacją ludzi skrzywdzonych, ugodzonych boleśnie, bezbronnych niemogących nigdzie szukać sprawiedliwości i ukarania sprawców tej ohydnej zbrodni. (…) Ks. kanonik Marcin Bosak pochowany został 26 sierpnia 1941 r. na cmentarzu w Mariampolu”.

Ze wspomnień Stanisława Obacza (za: Mariampol i okolice. ):

Mówiono, że chyba nigdzie na świecie nie ma tak pięknego i zdrowego miasta jak nasz Mariampol. Miasto położone na wysokiej górze, skąd rozciąga się widok na kilka kilometrów. U dołu bystry Dniestr płynie i okala miasto. Lasy liściaste, czyste powietrze, tak upodobano sobie Mariampol, że z Polski z różnych miejsc przed wojną, nawet z Gdańska w 1938 roku przyjechali na wczasy harcerze i inni na wdychanie mariampolskiego powietrza. Przed wojną władze myślały urządzić sanatorium. (…)

Kościół i klasztor przetrwały do dziś, choć w bardzo opłakanym stanie. Władze sowieckie po naszym wyjeździe dewastowały kościół. Ukraińcy wyrzucili kości zakonników z podziemi kościoła, nie patrząc na rzeczy święte, niszcząc wszystko co polskie. Taką nienawiścią pałali do Polaków, że nawet kości ks. Marcina Bosaka wyrzucili z grobu. Znalazł się jednak dobry człowiek, który wykopał te kości z ziemi i położył w grobowcu. (…)

Był w Mariampolu proboszcz, wielki działacz społeczny ksiądz Marcin Bosak. Powiedział sobie, że zrobi z Mariampola wieś społeczną na wzór Liskowa Wielkopolskiego. Jeździł po urzędach, był w Warszawie, prosił o pomoc w rozpoczętych dziełach. Wybudował Dom Ludowy a w nim salę teatralną i pokoje dla stowarzyszeń młodzieżowych. Bolało go bardzo, że wieś nie ma gdzie sprzedawać produktów rolnych. Byli handlarze, przeważnie Żydzi, którzy nieraz mocno cyganili ludzi, więc przy Domu Ludowym wybudował nowoczesną mleczarnię. Skupowała ona mleko nie tylko od naszych ludzi, ale i z okolicznych wsi, wyrabiała słynne masła i serki. Urządził skup trzody i wołowiny. Urządził sklep kółka rolniczego, gdzie można było sprzedać zboże i kupić co dusza zapragnie, nawet materiały do budowy domów. Przymusił Żydka, aby uruchomił nowoczesną piekarnię, chleby z tej piekarni zajadała ludność z okolicznych wsi i miasteczek, a dzieci lubiły słodkie ciastka i pierniki. Do naszych trzech młynów zjeżdżali ludzie z całej okolicy.
Ksiądz Bosak zaczął budować nowy, piękny kościół na zamku. Nasi Ukraińcy, gdy już nas zabrakło, rozebrali kościół do fundamentu i pobudowali sobie domy z tej cegły. Nastał rok 1939. W czerwcu kończyłem szóstą klasę, a we wrześniu nastała wojna. Nastał raj dla Ukraińców i szabrowników- rabowali sklepy, rabowali klasztor i niektórych bogatych ludzi. Widzieliśmy jak lepsza sfera uciekała do Rumunii w pięknych taksówkach. Widzieliśmy biednych żołnierzy, obdartych i rozbrojonych- robili to Ukraińcy, rzucali kłody i drzewa na drogę, aby zatkać drogę uciekającym.
Aż 17 września 1939 roku wkroczyli do nas Sowieci. Ukraińcy szaleli z radości, że wreszcie Polskę trafi szlag. Tak się odwdzięczyli Polsce, że była matką dla wszystkich. Nastała radość, agitatorzy krzyczeli, że wreszcie pozbędziemy się panów i będziemy mieli upragniona ziemię. Nowi władcy rozdawali ziemię klasztorną, parafialną i od bogaczy zabierali. Długo się nie nacieszyli ta ziemią, bo na wiosnę musieli do kołchozu oddać. (…) My dzieci musieliśmy chodzić do szkoły już radzieckiej. Zmuszano nas do Komsomołu i o jeden rok poniżono klasę, drwili z nas nauczyciele, mówili do dzieci: ” Jak swego ucha nie widzicie, tak nie będziecie nigdy Polski widzieć, bo ona już tysiąc metrów zakopana!” Na ludzi nałożyli wielkie podatki, aby zmusić do kołchozu. W lutym 1940 roku zaczęli masowo wywozić ludzi na Sybir- kto był bogatszy albo za Polski był urzędnikiem, był wrogiem ludu- pędzono do prac przymusowych.

W roku 1941 przyszli do nas Niemcy. Zrobili ukraińską policję. Ukraińcy witali ich z radością. Ukraińska policja wzięła się do roboty i w pierwszych dniach zaczęły się łowy na wyznaczonych Polaków. U nas w Mariampolu wywołano księdza Bosaka do gminy z której już nie wrócił, bo go okropnie zamordowano i porżnięto nożami 24 sierpnia 1941 roku.
Przez dwa lata trochę ucichło, ale były łapanki do Niemiec, a w 1943 roku rozgorzało na nowo. Prowodyrzy ukraińscy podburzali ludność ukraińską, żeby się brała za Polaków. U nas w Mariampolu ukraiński ksiądz Stefan Markiewicz na wiecu krzyczał:” Takiego Polaka co czeka na Sikorskiego, lusznią bijcie!”.
Naród Rusinów, czyli także Ukraińców, to byli ludzie spokojni, żyli z Polakami w zgodzie, były małżeństwa mieszane. Na święta jedni do drugich przychodzili, bo ich Boże Narodzenie jest 6 stycznia. Chodzili do kościoła, a nasi do cerkwi. A po słuchaniu prowodyrów zaczęło się całe piekło- palono polskie wsie i mordowano, w nocy widzieliśmy tylko łuny czerwone na niebie. Myśleliśmy, że może u nas tego nie będzie, chowaliśmy się po norach wykopanych w ziemi, pilnowaliśmy się i nic to nie dało. W nocy z 30 marca 1944 roku o drugiej w nocy otoczyli przysiółek Mariampola zwany Wołczków, czysto polską wieś, około 300 zabudowań, domy kryte słomą- i po dwóch godzinach już wsi nie było! Słyszeliśmy ryk pieczonego bydła i jęki mordowanych, proszących o darowanie życia. Zamordowano ponad 60 osób, bezbronnych- młodych, starców i dzieci. Żyliśmy w ciągłym strachu. W lipcu 1944 roku Niemcy uciekli, przyszli Sowieci, morderstwa były dalej, ale może na mniejszą skalę.
W 1945 roku na wiosnę zwołano nas na zebranie i oznajmiono, że Polacy muszą wyjechać, bo Stalin dogadał się z Ameryką i Anglią. I że te nasze ziemie mają być jego, a Polacy muszą wyjechać na zachód, albo niech podpiszą obywatelstwo rosyjskie, to zostaną. Niektórzy zostali, my musieliśmy zostawić pola ze zbożem i bez niczego jechać. Ludzie płakali, brali garść ziemi i nie wiedzieliśmy, gdzie nas zawiozą. dwa tygodnie musieliśmy czekać na wagony, siedząc na swoich tłumokach, na peronie w Stanisławowie. Przyszły węglarki bez dachu, załadowaliśmy się, choć była straszna ciasnota. zawieziono nas do Zabrza i musieliśmy wyrzucać nasze rzeczy z wagonu, bo nasze wagony poszły po nasz węgiel i zawiozły do Rosji. My dostaliśmy polskie węglarki i musieliśmy się do nich załadować. Wożono nas bez żadnego porządku. (…)”



Poświęcenie kamienia węgielnego pod budowę nowego kościoła w Mariampolu w roku 1934 (NAC)