V.R.S.
491

Polowanie na Kapłanów w rejonie Świrza

Jerzy Węgierski w publikacji We lwowskiej Armii Krajowej opisuje lakonicznie wątek zamordowania dwóch kapłanów w rejonie Przemyślan (dekanat świrski, gdzie mieściła się m.in. opisywana już tu parafia Fraga a niedaleko znajdował się m.in. Hanaczów wspominany w notce biograficznej o ks. Franciszku Błażu) między 9 a 14 lutego 1944 roku: „(…) W nocy z 10 na 11 lutego dokonano następnego napadu, tym razem na plebanię w Wołkowie, 5 km na południe od Przemyślan. Zginął tu były wikary z Biłki Szlacheckiej, ks. Józef Kaczorowski a ciężko ranna została jego matka [przypis autora: sprawcami morderstwa byli Andrzej Kościuk z Firlejowa, Hrynko Babiak z Dusanowa i Biłyk z Kurzylic]. 14 lutego odbył się pogrzeb księdza w Przemyślanach. Wracającego z tego pogrzebu proboszcza ze Świrza, ks. Stanisława Kwiatkowskiego, uprowadzili Ukraińcy w mundurach niemieckich. Prowadzono go rozebranego do kalesonów po śniegu wiele kilometrów do wsi Ładańce i tam okrutnie zamordowano.”

Z innych relacji dowiadujemy się że postrzelona, ponad 80-letnia matka kapłana – Zofia zmarła wkrótce potem w szpitalu w Przemyślanach oraz że wraz z ks. Kwiatkowskim zamordowano ukraińskiego furmana i jednego z przechodniów. Podawana jest też alternatywna data śmierci ks. Kaczorowskiego – 9 lutego.

Urodzony w roku 1906 (święcenia kapłańskie w roku 1932 we Lwowie), pełniący od roku 1934 funkcję rektora parafii Przemyślany Ks. Józef Kaczorowski był już wcześniej prześladowany – wskutek donosu ukraińskiej policji współpracującej z Niemcami został we wrześniu roku 1942 aresztowany i przewieziony do obozu pracy w Łąckiem koło Złoczowa. Zwolniono go w październiku 1942 roku. Napisał wtedy (20 października) cytowany przez ks. J. Wołczańskiego w pracy Eksterminacja Narodu Polskiego i Kościoła Rzymsko-Katolickiego przez ukraińskich nacjonalistów w Małopolsce Wschodniej w latach 1939-1945 list do Kurii Metropolitalnej we Lwowie, opisując tło sprawy – m.in. swój konflikt z miejscowym parochem ks. dr Dymitrem Mychajłyszczukiem – przewodniczącym komisji kontygentowej odnośnie wymiaru kontyngentu zbożowego, którego ks. Kaczorowski nie był w stanie dostarczyć m.in. z uwagi na przydzielenie przez Niemców parobka i organisty do robót przymusowych. Jak pisze ks. Kaczorowski w tym liście o pobycie w obozie łąckim: „W obozie pracowałem pierwszy tydzień na gościńcu, przez następne 3 tygodnie w obozie przy budowie. Traktowanie nas księży, oprócz podpisanego był ks. Mikołaj Wysocki, dominikanin, było jak najgorsze, szczególnie znęcała się milicja ukraińska (…), nie pozwalano podawać jedzenia, natomiast do innych więźniów nie stosowano tego rodzaju represji, nie pozwalano nawet na widzenie się z Matką moją. Niedwuznacznie komendant obozu sturmfuehrer Warzog często dał mi do zrozumienia, że nie za kontyngent, ale za politykę siedzę w obozie (…) Wysłanie mnie do obozu w Łąckiem jest między innymi tylko zemstą polityczną księży ob.[rządku] gr.[rekokatolickiego] (…)”

Według relacji podczas lutowego napadu na plebanię przy kościele Najświętszego Serca Pana Jezusa w Wołkowie, w którym uczestniczyła grupa ok. 20 ukraińskich nacjonalistów, ks. Kaczorowski ukrył się wraz z matką na strychu. Ciężko ranny został wyrzucony z okna (lub skoczył ze strychu) i zabity został pod Krzyżem na terenie plebanii. Rankiem polscy mieszkańcy Wołkowa znaleźli przed plebanią zamarznięte ciało księdza a na plebanii ciężko ranną nieprzytomną staruszkę.

Oddajmy głos ks. Piotrowi Struszkiewiczowi, który w liście z 16 kwietnia 1944 r. tak opisywał okoliczności mordu na ks. Kaczorowskim (cyt. za ks. J. Wołczański: Eksterminacja…): „Dnia 11 lutego 1944 r., wieczorem o 6-tej banda ukraińska napadła na plebanię w Wołkowie. Ks. Kaczorowski skrył się z matką na strych. Bandyci po rozbiciu drzwi wchodowych wdarli się do wnętrza i na strychu zranili ks. Kaczorowskiego w bok. Ranny ciężko, skoczył ze strychu, tutaj jednak oddali z bliska do leżącego dwa strzały w czaszkę tak, że mózg i kość potylicy zupełnie została roztrzaskana. Po dokonaniu mordu zrabowali plebanię. Dnia 12 lutego przyjechałem do Wołkowa i w asystencji policji niemieckiej, zabrałem zwłoki śp. Ks. Józefa do Przemyślan”.

J. Wyspiański w książce Barbarzyństwo OUN-UPA cytuje następującą relację dotyczące zabójstwa ks. Kaczorowskiego:

„Odnośnie zabójstwa ks. Kaczorowskiego przypomniało się nam, mnie i żonie, następujące zdarzenie. Było to chyba w połowie lutego 1944 roku. Wcześnie rano do nabierającego ze studni wodę ojca, podszedł Bojko Dymitr (przybyły w czasie wojny Ukrainiec, który mieszkał z wdową i współpracował z przemyślańską żandarmerią) i powiedział, że właśnie wraca z Wolkowa, gdzie był z niemieckimi żandarmami, bowiem na plebanii został zabity ksiądz rzymskokatolicki. Ojciec (był sołtysem w Jasnej) przyjął to z powagą i bez komentarza, ale zwrócił uwagę na zabłocone po kolana nogawki Bojki, co nie zdarzało się często temu współpracownikowi Kriminalpolizei. Tego samego dnia, ale w godzinach popołudniowych, moja matka poszła do Przemyślan po jakieś zakupy i wstąpiła do mieszkania siostrzenicy. Siostra mamy, Anna Szych, która wyszła za mąż w Wołkowie i mieszkała niedaleko plebanii. U siostrzenicy zastała Annę, która opowiedziała jej o dokonanej w nocy zbrodni.

-Ale ja o tym już wiem, bo przekazał nam Bojko, który rano był z żandarmami na plebanii – powiedziała mama, choć była przestraszona ogromem tragedii.

– Co ty Kasiu pleciesz? – obruszyła się ciotka na mamę. – Niemcy byli w Wołkowie dopiero koło południa. Jak to mogło się stać, skoro od Jasnej do Wołkowa jest nie mniej niż 16 km? Musiał was ten Bojko okłamać.

Kiedy po powrocie do domu matka rozmowę nam przekazała, nie mieliśmy wątpliwości, że Bojko brał udział w tej zbrodni.”


Ks. Stanisław Kwiatkowski, urodzony w roku 1880, święcenia kapłańskie przyjął w lipcu 1910 roku we Lwowie. Podczas I wojny światowej był więziony przez Rosjan. Od roku 1924 był proboszczem parafii Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Świrzu. Jego charakter przybliża relacja Andrzeja Żaki zamieszczona w numerze 133 „Spotkań Świrzan”:

„Ks. Kwiatkowski bywał rzeczywiście, zwłaszcza przed rokiem 1930, osobą niezbyt spokojną na wielu odcinkach, a polityczne różnice (Ojciec mój był piłsudczykiem, choć do żadnej partii nie należał po r. 1926, przedtem był w BBWR, ks. K. zaś miał sympatie dla endecji) sprzyjały eksplozjom. (…) Ksiądz Kwiatkowski nie szczędził „Strzelcom” połajanek i „ojcowskich napomnień”, na dzień 19 marca (imieniny Piłsudskiego) oraz 11 listopada (uważany przezeń za święto legionowe) nie chciał słyszeć o nabożeństwie dla dzieci szkolnych, odprawiał natomiast wtedy długo… mszę żałobną (…) Ale podczas okupacji niemieckiej, gdy rodzina moja znów znalazła się w Świrzu (1941-1944), nie było najmniejszych zatargów.” Ks. Bp Wincenty Urban w książce Droga krzyżowa archidiecezji lwowskiej w latach II wojny światowej 1939-1945 pisze: „Proboszczem Świrza był ks. Stanisław Kwiatkowski, gorący patriota polski, kaznodzieja, w czasach okupacji nawoływał do trwania na „swej ziemi”, by jej nikt nie opuszczał. Z powodu narodowo-patriotycznej działalności Ukraińcy go nie lubili.” Jak podawał Jan Romaniuk w swojej relacji („Spotkania Świrzan” nr 20): ”ludność polska w Świrzu i okolicy mówiła na co dzień w domu, po ukraińsku, używając języka polskiego tylko w kościele. Ksiądz Kwiatkowski zwalczał to, zobowiązując na spowiedzi, by mówili do swoich dzieci po polsku”.

J. Wyspiański w „Spotkaniach Świrzan” nr 16 pisze: „Po masakrze hanaczowskiej ks. S. Kwiatkowski w kazaniu niedzielnym (5 lutego) wielokrotnie podkreślał konieczność obrony każdego progu i używania skutecznych środków obronnych: “Jeśli nie masz się czym bronić, to weź przynajmniej piasek lub sól i syp w oczy bandytów”.” Ks. Kwiatkowski przed Bożym Narodzeniem 1943 otrzymał „wyrok” śmierci od banderowców (por. „Spotkania Świrzan” nr 34).

Furmankę ks. Kwiatkowskiego w drodze powrotnej do Świrza z pogrzebu ks. Kaczorowskiego zatrzymała blokada przez Ukraińców w niemieckich mundurach. Księdzu towarzyszył Ukrainiec Paweł Komar, Ukraińcy zatrzymali również innego furmana – Kiryła Kisila, który rozpoznał jednego z banderowców. Te dwie osoby zastrzelono, natomiast ks. Kwiatkowskiego ukraińscy nacjonaliści uprowadzili. Był torturowany, bity, zmiażdżono mu stopy, na plecach wycięto krzyż, obdzierano ze skóry i przecięto piłą.

Z cytowanego już wyżej listu ks. Piotra Struszkiewicza do Kurii Metropolitalnej we Lwowie z kwietnia 1944 r.: „14 lutego, po odśpiewaniu Officium Defunctorum i odprawieniu Mszy św. w asystencji 6 kapłanów okolicznych ludu, który się zebrał bardzo licznie, odprowadziłem Ks. Józefa [Kaczorowskiego] na cmentarz w Przemyślanach. W mogile obok zmarłego księdza spoczęła także jego matka. Po pogrzebie na powracającego ks. Kwiatkowskiego napadli Ukraińcy pod Przemyślanami i uprowadzili go do lasu.”

Z relacji Stanisława Lipskiego („Spotkania Świrzan” nr 34): „13 lutego 1944 r. po południu przyszedł do nas ks. Stanisław Kwiatkowski i zwrócił się z prośbą do mojego Ojca – Antoniego Lipskiego – o podwiezienie go do Przemyślan na pogrzeb zamordowanego przez nacjonalistów ukraińskich ks. Józefa Kaczorowskiego (9.02.1944 r.) (…) Brat Kazimierz, liczący wtenczas 23 lata, zgodził się przewieźć proboszcza i inne osoby oraz uzgodnił z proboszczem godzinę wyjazdu. Rano następnego dnia Kazik przygotował sanie (…) Na nich umieścił siedzenia dla czterech osób i zajechał pod plebanię. W międzyczasie o pozwolenie na wyjazd ubłagał Ojca trzynastoletni brat Józek. Z plebanii wyszedł ksiądz, jego kucharka – Olga Czarnożyńska i Paweł Komar. Gdy wszyscy zajęli swoje miejsca, brat zaciął konie batem i ruszył w kierunku Przemyślan [przypis: Po niedzielnym nabożeństwie (13.02) do ks. S. Kwiatkowskiego zgłosiła się kobieta z Niedzielisk i przekazała list ostrzegający go przed udziałem w pogrzebie, bo banderowcy chcą go złapać. Proboszcz powiedział o tym podczas odwiedzin domu Marii Wyspiańskiej (z domu Kisiel), z którą utrzymywał przyjacielskie kontakty. Jej uwagę o istnieniu niebezpieczeństwa skomentował krótko, usprawiedliwiając się: „Ale ja nie mogę pozostać na plebenii podczas pogrzebu. Muszę tam pojechać”]. Podróż przebiegała bez zakłóceń, jedynie gdzieniegdzie topniejący śnieg odsłaniał kamienne podłoże drogi, hamując bieg sań (…) Po pogrzebie spotkał się jeszcze z księżmi uczestniczącymi w ceremonii i do przemyślańskiej plebanii już nie wracał, ze względu na krótki dzień. Ksiądz ubrał długi i luźny kożuch z owczej skóry (tzw. baranicę i usiadł na siedzeniu). Po godz. 15.30 brat ruszył saniami w drogę powrotną, na tę samą trasę. Tuż za nimi jechała furmanka prowadzona przez Kiryła Kisila (Ukrainiec z Kimirza), na której siedziała jego żona, brat i Katrin Szwed (volksdeutschka ze Świrza). Jeszcze dalej za wozem szło z pogrzebu kilkanaście osób [z przypisu: z opowiadania Stanisławy Potaszyńskiej, uczestniczącej wraz z mężem Franciszkiem w pochówku księdza z Wołkowa, ks. S. Kwiatkowski w trakcie pogrzebu poczuł się na tyle źle, że musiał być podtrzymywany za ramiona przez dwóch księży (…)] (…) Za Czupernosowem, w okolicy kamieniołomu, którego błyszcząca bielą krawędź dochodziła do drogi, przez co zwana była przez okolicznych mieszkańców Białym Brzegiem, Kazik zauważył kilka furmanek, chyba trzy i stojących obok nich ludzi. Mimo, że robiła się już szarówka (ok. godz 16.00) widział wyraźnie, że jedna osoba była umundurowana. Nie przeczuwając niczego złego, podjechał bliżej. Okazało się, że furmanki stały tak, że droga była zatarasowana na całej szerokości. Osobnik w wojskowym mundurze niemieckim podniósł rękę, dając znak do zatrzymania się sań a towarzyszący mu cywil złapał za uzdę naszego konia. (…) Mundurowy zwrócił się po polsku do proboszcza: Ksiądz musi wysiąść z sań. Ks. S. Kwiatkowski zdjął z siebie kożuch i zszedł z sań. W tym momencie podszedł do nas Kirił Kisil, który zatrzymał swoją furmankę za naszymi sańmi i powiedział po ukraińsku do umundurowanego Ukraińca: Kubernowicz, czego ty tu chcesz? Ukrainiec odepchnął Kisila a jeden z cywilów złapał go za poły płaszcza. Puść mnie! – krzyknął Kisil. Kubernowicz, nie zwracając uwagę na niego, ponownie zwrócił się do księdza, ale tym razem tonem zdecydowanym: Zabierz wszystko i chodź! A wy saniami jedźcie za nami. Ksiądz ubrał kożuch, zabrał teczkę i brewiarz, zszedł z drogi na lewą stronę i poszedł za Kubernowiczem przez zmarzniętą łąkę (…) Brat ruszył saniami (na nich siedział Paweł, kucharka i brat Józek) a za nimi dwóch cywilów prowadziło Kisila, który ciągle szamotał się z nimi, wyrywał się z objęć i coś do nich mówił podniesionym tonem (…) Gdy sanie przekroczyły krawędź świerkowego lasu, który znajdował się w odległości ok. 100 m od drogi, zza drzew wyszła grupa uzbrojonych mężczyzn. Dwóch z nich było zamaskowanych: jeden miał na głowie lniane prześcieradło a drugi narzucony rosyjski płaszcz. Obu braciom i kucharce kazano zejść z sań i iść leśną drogą. Kazimierz poznał osobę ukrywającą się pod prześcieradłem po głosie, ale nie dał o tym po sobie znać. Był to Michał Gałeczka, znany nacjonalista ukraiński. Jego i innych rozpoznał również Kisil, bo zwracał się do nich niczym do znajomych. Po kilkunastu krokach, gdy K. Kisil zorientował się, że nastąpiło uprowadzenie księdza, zdenerowowany krzyczał do Gałeczki: Mychańko, co ty robisz? Bój się Boga! W tym momencie kucharce księdza, Kazimierzowi i Józkowi rozkazano wrócić się do sań i jechać do domu. Gdy byli w połowie odległości od lasu do drogi, usłyszeli strzały dochodzące z lasu. Czym prędzej wyjechali na drogę i skierowali koniec do domu. Starszy brat był tak przestraszony, że nie mógł mówić (…) Porwania dokonali ukraińscy nacjonaliści, bandyci spod znaku OUN-UPA [z przypisu: (…) Na drugi dzień na miejsce porwania udało się kilkunastu mieszkańców Świerza, wprawdzie lepiej uzbrojonych, ale tylko w broń krótką (…) W debrze, po prawej stronie znaleźli ciało Pawła Komara i K. Kisila. Paweł miał przestrzeloną głowę i kilkanaście ran kłutych. Ponadto banderowcy okradli go z obuwia i ubrania. Zastrzelony Kisil był bez butów. Grupa ta, idąc śladami, doszła do drogi Uszkowice-Niedzieliska i skierowała się w stronę Niedzielisk. Wśród śladów były widoczne stopy, które przy samotnie stojącym domku były silnie zakrwawione. W rozmowie z mieszkanką tej chatki (Ukrainką) świrzanie dowiedzieli się, że w dniu wczorajszym przechodziła grupa Ukraińców, prowadząc osobę bosą i ubraną jedynie w kalesonach i koszuli. Ponadto osoba ta miała zakrwawione oczy. Ukrainka nie rozpoznała księdza, choć go znała. Banderowcy zrobili przy jej domku krótki odpoczynek (…)”

W powyższym numerze cytowane są też:

– list byłego wikarego z Przemyślan (gdzie odbywał się pogrzeb) ks. Piotra Stanoszka z 12.07.1993 r. dotyczący okoliczności śmierci księdza Kwiatkowskiego: „Ks. Stanisław Kwiatkowski przeżył śmierć ks. Kaczorowskiego bardzo głęboko, choć był twardego charakteru. W czasie Mszy świętej cały czas ronił łzy. Po pogrzebie radziliśmy Mu, by nie jechał do Świrza tylko do Lwowa. Ale odmówił prośbie, argumentując, że jest proboszczem i nie może parafian zostawić. Wyjechał i wpadł w pułapkę. Został uprowadzony do Ładaniec i skazany na śmierć. Opowiadała Adela Zabłocka, że za tą wsią kilkadziesiąt kroków od domu jej ciotki, która z całą rodziną patrzyła przez okno na egzekucję, z księdza zdzierali skórę. Długa była męka”;

– list M. Twardochleba z 08.03.1994 r.: „Jeden z oficerów tzw. Isrebitielnego Batalionu – młodszy lejtnant Susłow przekazał mi relację opowiedzianą przez przesłuchiwanego banderowca (…) Chcieli wydobyć wiadomości o polskich organizacjach we Świrzu, Chlebowicach, Świrskich i Kopaniu. Ksiądz odmawiał odpowiedzi i modlił się. Oprawcy zaczęli go bić, ale nic nie wskórali. Podobno na plecach nożem wykroili mu krzyż i krwawiącą ranę posypywali solą. Ksiądz omdlewał kilkakrotnie, lecz nic nie mówił. Bili go po goleniach tak, że od kolan do stóp nogi były jedną miazgą. W takich męczarniach umarł”.

– list D. Kuchmistrz z 25.02.1997 r.: „Mieszkaliśmy w Świrzu obok rodziny ukraińskiej o nazwisku Zając (…) Jak księdza zabrali to p. Zającowa śmiała się w nos mojej Mamie i mówiła że: „ze wszystkimi Polakami tak będzie. Pokroją was wszystkich – jak księdza. Wasz ksiądz był gruby, więc kroili mu pasy na plecach, przysypywali solą i na powrót przyklejali, żeby cierpiał”. Dwóch synów Zająców prawdopodobnie było w tej grupie, co zabrała księdza, a ich matka była dumna z nich i ciągle wygrażała naszej rodzinie i wszystkim Polakom,

– listy J. Szula z 1992 i 1999 r. wskazujące że wśród torturujących księdza był były zwierzchnik ukraińskiej policji z Przemyślan.

Z kolei ks. J. Wołczański cytuje w swoim opracowaniu list ks. Zdzisława Semenca do Kurii Metropolitalnej w Lubaczowie z 1 grudnia 1947 roku: „W pogrzebie [ks. Kaczorowskiego], który odbył się dnia 14 lutego [19]44 r. w Przemyślanach wziął udział Ks. Kan. Stanisław Kwiatkowski. W powrotnej drodze do Świrza owego dnia o godz. 15.30 został porwany wraz z dwoma mieszkańcami parafii Świrz przez 3 nieznanych osobników. Poprowadzono ich w kierunku lasu, zaś śp. Ks. Kan. Kwiatkowskiego według opowiadań mieszkańców okolicznych wsi – torturowano w nieludzki sposób przez pewien nieokreślony czas.”

Jak pisze J. Wyspiański („Spotkania Świrzan” nr 16): „„Zasadniczy przełom w ocenie stanu bezpieczeństwa miasteczka [Świrz] nastąpił w świadomości lokalnego dowództwa konspiracyjnego dopiero po lutowym napadzie na Hanaczów, zabójstwie ks. Stanisława Kwiatkowskiego i morderstwie popełnionym na Andrzeju Gołdysie i jego synku. Wówczas zdano sobie sprawę z konieczności opracowania solidnej koncepcji obrony oraz szybkiego zwiększenia jej bojowych środków”.

31 marca 1944 roku Świrz opuścił ks. Zdzisław Semenc wraz z przebywającym wraz z nim ks. Malskim. W liście z 6 kwietnia do Kurii Metropolitalnej we Lwowie (cyt. za: ks. J. Wołczański – Eksterminacja Narodu Polskiego i Kościoła Rzymsko-Katolickiego przez ukraińskich nacjonalistów w Małopolsce Wschodniej w latach 1939-1945) powoływał się na „niemożliwość normalnej pracy duszpasterskiej i niebezpieczeństwo zagrażające osobie kapłana”. Jak pisał: „Wyjazd nasz z parafii przyspieszyły bandyckie krwawe napady na okoliczne osiedla należące do parafii a nawet na peryferie samego Świrza, mające miejsce nie tylko w porze nocnej, ale także w ciągu dnia.”


W Przemyślanach