V.R.S.
2268

Obrona kościoła w Dederkałach Wielkich

Ksiądz Józef Kuczyński urodził się i zmarł na Kresach. W momencie jego narodzin, w roku 1904 wieś Buczki, położona ok. 100 kilometrów od Żytomierza, należała do carskiej guberni wołyńskiej. Zmarł 13 marca 1982 roku w ówczesnej sowieckiej Ukraińskiej Republice. W roku 1921 jego rodzinne strony zostały oddzielone od odradzającej się Rzeczypospolitej granicą polsko-sowiecką. W roku 1924 przedostał się przez nią nielegalnie, zdał maturę i wstąpił do seminarium duchownego diecezji łuckiej. 4 kwietnia 1930 roku w Łucku otrzymał Święcenia Kapłańskie. Pracował w Łucku m.in. jako prefekt szkół średnich i kapelan miejscowych harcerzy, angażował się również w działalność Akcji Katolickiej. W roku 1935 ks. Kuczyński wyjechał do Paryża, gdzie na Instytucie Katolickim uzyskał doktorat z socjologii katolickiej. Do diecezji wrócił w roku 1939.
W roku 1939 ukazał się w Łucku „Katechizm katolicki dla dzieci” opracowany przez ks. Kuczyńskiego i ks. Głowacza. Czytamy w nim m.in. (w części przeznaczonej dla dzieci przygotowujących się do Pierwszej Komunii Św.) jakie są zadania katolików: „Katolicy powinni gorliwie wyznawać wiarę katolicką, prowadzić świątobliwe życie i pomagać kapłanom w szerzeniu nauki Chrystusowej”. Podawana jest również tradycyjna definicja Kościoła: „Kościół Katolicki jest to społeczeństwo wiernych, wyznających tę samą wiarę, przyjmujących te same Sakramenta i zostających pod władzą Papieża”.
W tym samym roku ks. Kuczyńskiemu powierzono parafię we wsi Szumbar w rejonie Krzemieńca. Była to wieś za I Rzeczypospolitej rzymskokatolicka, zrutenizowana i zeschizmatyzowana podczas carskiego zaboru. Istniał tu wzniesiony w roku 1905 murowany kościół Najświętszego Serca Jezusowego. We wrześniu 1939 roku wkroczyli do wsi Sowieci. Stosunki ks. Kuczyńskiego z miejscową ludnością układały się na tyle poprawnie, że gdy w roku 1943 UPA urządziła nad nim zaoczny „sąd”, skazując na śmierć, ruteńscy mieszkańcy wsi go bronili.
W czerwcu 1941 roku porzuconą przez uciekających przed Niemcami bolszewików broń przejęli Ukraińcy. Jak podają Władysław i Ewa Siemaszkowie w swojej monografii o ludobójstwie na Polakach na Wołyniu – Polacy stanowiący w Szumbarze mniejszość (7 rodzin), broni nie zbierali, gdyż bali się że Ukraińcy doniosą na nich Niemcom. W roku 1942 pojawiły się pogróżki pod adresem zamieszkujących wieś Polaków a ks. Kuczyński postanowił przenieść się do Dederkał Wielkich. W marcu 1943 roku miejscowy Ukrainiec Antoni Teryda został pobity przez ukraińskich nacjonalistów za pomoc dwóm Polkom w wyjeździe do Krzemieńca. Ks. Kuczyński udał się potem w asyście Niemców do Szumbaru i zabrał wyposażenie kościoła, zamykając budynek. 30 lipca 1943 r. Ukraińcy, nie będąc w stanie wyważyć drzwi podpalili je. Następnie zbezcześcili kościół – zrzucając ołtarze, konfesjonały i ławki na środek oraz podpalając. Zniszczono i sprofanowano również groby na kościelnym cmentarzu a przykościelne drzewa wycięto. Resztki murów spalonego kościoła zostały rozebrane.
Dederkały Wielkie, dokąd przeniósł się z Szumbaru ks. Kuczyński były wsią, w której mieszkało ok. 60 polskich rodzin (tak: W. E. Siemaszko: Ludobójstwo…). We wsi ufundowano w roku 1735 klasztor reformatów – w miejscowym kościele znalazł się obraz Chrystusa Ukrzyżowanego, który zasłynął łaskami i był celem pielgrzymek. W roku 1760 ukończono budowę murowanego kościoła Podniesienia Krzyża Świętego oraz nowego klasztoru. W roku 1807 do Dederkał trafili zakonnicy ze zlikwidowanego klasztoru w Krzemieńcu. Klasztor uniknął likwidacji przez władze carskie po powstaniu listopadowym i styczniowym. Jak podaje T. Stecki w swoim XIX-wiecznym opracowaniu o Wołyniu w klasztorze zgromadzono bogate zbiory biblioteczne (w tym m.in. rękopisy o rzeziach kozackich na Wołyniu i na Ukrainie) oraz zbiory obrazów z innych zlikwidowanych klasztorów. Klasztor w Dederkałach zamknięto jednak w roku 1891 a w budynkach otwarto rosyjską szkołę dla nauczycieli, zaś kościół zamieniono na cerkiew. Bibliotekę klasztorną przeniesiono do Żytomierza. W roku 1920 powrócili do kościoła katolicy, odrodził się także ruch pielgrzymkowy związany z miejscowym obrazem (obraz przewieziony po II wojnie światowej do Krzywizny na Opolszczyźnie został skradziony w roku 1986).
Mordy na Polakach dokonywane przez ukraińskich nacjonalistów rozpoczęły się w Dederkałach Wielkich 18 marca 1943 roku, kiedy to zabito miejscowego agronoma Stanisława Stankiewicza i trójkę Polaków. Przed mordem Ukraińcy, którzy przyszli rzekomo zagrać w karty grozili Polakom, mówiąc: „na pohybel wam; no, lachy, nareszti pryjszła na was pora”. Zamordowano również na pobliskim chutorze rodzinę Buczalskich. Ocaleli świadkowie rozpoznali wśród zabójców m.in. komendanta ukraińskiej policji w Dederkałach. O mordach zawiadomiono Niemców, którzy delegowali do Dederkał oddział wojska. W kolejnym okresie przywożono do ks. Kuczyńskiego, do Dederkał zwłoki pomordowanych w okolicznych wsiach Polaków – często całe rodziny. Unikano drażnienia Ukraińców, nie eksponując na tabliczkach cmentarnych sprawców zbrodni. Łącznie w roku 1943 zamordowano ponad 200 Polaków z parafii Dederkały i Szumbar, w tym około 50 dzieci do lat 14. Polacy uciekali do Krzemieńca i Zbaraża, ale też – wobec obecności niemieckiego wojska – przybywali do Dederkał Wielkich. Zebrało się tu 101 uchodźców – w większości bez żadnego dobytku, uciekali bowiem w zagrożeniu życia. Ks. Kuczyński udostępnił im kościół na nocleg. Zadbał też o przygotowanie miejscowej samoobrony, organizując też zaopatrzenie dla swoich podopiecznych. Po żywność (głównie chleb), wobec zasadzek ukraińskich na okolicznych drogach, ks. Kuczyński jeździł do Szumska w asyście Niemców. Dla dzieci ks. Kuczyński zorganizował naukę. Kościół zabezpieczono, m.in. zamurowując drzwi łączące go do z dawnym klasztorem oraz zamurowując okna wieży tak by pozostały jedynie otwory obserwacyjne i strzelnicze. Na dzwonnicy nocą czuwali wartownicy. Trwały tymczasem pojedyncze mordy w okolicy – dotykały one m.in. rodziny osób, w których dzieci wróciły do wiary katolickiej.
Zacytujmy zresztą relacje samego ks. Kuczyńskiego dotyczącego tragicznego roku 1943:
„Na wiosnę 1943 r. morderstwa po wsiach, a zwłaszcza po chutorach, stały się coraz liczniejsze. Polacy mieszkali przeważnie w oddzielnych zagrodach. Banderowcy, udając radzieckich partyzantów - mówili dobrze po rosyjsku - przychodzili do domów, żądali samogonki, chleba, miodu, jedli i pili, a później zabierali, co tylko im się podobało. Przychodzili przez kilka wieczorów, a kiedy nie było już nic do zabrania, gwałcili kobiety, zabijali mężczyzn i podpalali domy. Następnego dnia przywożono mi takie opalone, zwęglone zwłoki, gdzie tylko zęby błyszczały. Często przywozili po kilka osób naraz, dorosłych i dzieci - całą wymordowaną rodzinę. Bywało tak, że prawie codziennie miałem pogrzeb. Egzekwie po łacinie, pierwszy nokturn i mszę żałobną wkrótce umiałem na pamięć. Zawsze grzebaliśmy uroczyście, ale bez żadnych akcentów, które wskazywałyby winnych. Napisy były najczęściej takiej treści, że nieboszczyk zmarł tragicznie.
Piękny maj w krzemienieckim powiecie, wszystko zakwita na łąkach i polach, ale w tym roku maj był straszny, bo ciągle słyszało się o zamordowanych Polakach, i to właśnie o takich, którzy byli najlepsi, jak na przykład Bułkiecki w Sadkach na chutorze. Ludzie przestrzegali go: „Panie Bułkiecki, proszę uciekać”. On odpowiadał: „A co ja komu zrobiłem? Za co mogą mieć do mnie pretensje?”. Jednak sam opowiadał, że widział swoich sąsiadów wracających nad ranem z jakimiś rzeczami na wozach. Wkrótce został zamordowany przez sąsiadów z innej wsi-a, w straszny, bestialski sposób. Córkę jego ciężko ranili i zostawili w polu. Przez cały dzień umierała w męczarniach i nie doczekała się żadnej pomocy. Również w sąsiedztwie zabili ojca rodziny (nazwiska nie pamiętam) i wrzucili do lochu. Rodzina, która schroniła się w kościele w Dederkałach, nie wiedziała, co się z nim dzieje. Wreszcie zaryzykowali i pojechali go szukać; znaleźli trupa w stanie rozkładu. Wtedy przykryli go, obleli karbolem i przywieźli, żebym go pochował.
W Wykopcach , około 7 km od Dederkał, zamordowana została pani Krucewiczowa. Gdy jej bratankowie poszli ją pochować, zostali napadnięci przez chłopców w wieku 17-18 lat, którzy gdzieś niedaleko paśli krowy. Jeden z braci został zabity, drugi ciężko ranny: miał przestrzeloną okolicę oka. Nienawiść rozdzielała niekiedy w krwawy sposób rodziny polsko-ukraińskie. Pamiętam trzy takie wypadki. Jeden, to gdy mąż Ukrainiec wskazał banderowcom, gdzie ukryła się jego żona; drugi - gdy brat prawosławny zabił brata katolika; trzeci, gdy synowie zamordowali ojca. Na podstawie metryk zrobiłem zestawienie, z którego wynikało, że w ciągu roku 1943 zostało zamordowanych przeszło 200 Polaków, w tym około 50 dzieci do lat 14 i około 50 staruszków mających ponad 60 lat. Wydaje mi się, że w tym zestawieniu nie była ujęta liczba ofiar z osiedla Dębina, na granicy szumskiej parafii. W tym osiedlu stało wśród dąbrowy kilkanaście domów Polaków, którzy zostali wszyscy zabici, a osiedle spalone. Tak więc wyglądała tragiczna statystyka parafii szumbarskiej i dederkalskiej, gdzie w sumie mieszkało 1200 wiernych.
W tej sytuacji do 6 maja 1943 roku wszyscy Polacy z okolicy, którzy nie zostali zamordowani, uciekli do Krzemieńca, do Zbaraża albo schronili się do kościoła w Dederkałach. Przybyło w ten sposób ponad 100 osób, które nie miały ani mieszkania, ani odzieży zapasowej, ani utrzymania. Gnieździli się gdzieś u ludzi, a na noc przychodzili do kościoła, nie mając ani pościeli, ani też niczego do przykrycia się. Później już wszyscy mieszkańcy Dederkał przychodzili nocować do kościoła, bo panowało przekonanie, że w razie napaści Niemcy będą bronić tylko siebie. Wobec tego powstał problem, jak zorganizować samoobronę. Na szczęście Niemcy nie wyznaczyli do obrony Dederkał „Schutzmanów”, tak jak gdzie indziej. Posyłali ich na ekspedycje karne przeciwko Ukraińcom, co jeszcze bardziej potęgowało ich nienawiść.”
(za: Wołyń bez komentarza – praca zbiorowa)


Fragmenty kolejnej relacji ks. Kuczyńskiego cytuje M. Koprowski w książce „Kaci Wołynia. Najkrwawsi ludobójcy Polaków”: „30. VII b.r. Ukraińcy podpalili kościół w Szumbarze zgromadziwszy w nim wprzód zrabowane Polakom rzeczy, bibliotekę itp. Kościół spłonął doszczętnie. W Zahajcach wymordowano ludność polską, m.in. rodzinę Misiurów, których córka przeszła niedawno na prawosławie. Własny jej mąż prawosławny Ukrainiec wydał ją jako Polkę bandytom. Zamordowano również 11 jeńców sowieckich w Sadukach. Zabito nauczycielkę Koterynę powszechnie kochaną za dobroć. Stadnicki i Maciej Sierakowski z Obór zabici. W Borkach pod Krzemieńcem banda ukraińska ostrzelała oddział niemiecki i raniła oficera. Spalono za to 2 chaty (charakterystyczne, tylko 2 chaty). Wieś Rybcza w krzemienieckim powiecie ocalała jak dotąd dzięki dobrze zorganizowanej samoobronie i nieustannej czujności. Wszystkie gospodarstwa polskie wokoło spalone. Podobnie spłonęły, a ludność została wymordowana: Piszczatyńce, Zarudzie, Matwiejowce i Zahajce. Gdzie pozostawał jeszcze jaki dwór, został zrównany z ziemią. Według dotychczasowych danych zostało doszczętnie spalonych w krzemienieckim 53 folwarki, między nimi folwarki stanowiące własność Liceum Krzemienieckiego. 3 ocalono tam, gdzie stoi załoga niemiecka (...)
Morderstwa cechuje wszędzie nieopisany sadyzm. Małe dzieci z ustami przeciętymi od ucha do ucha i napis na kartce: „Polska od morza do morza". Kobiety wbijane na pal, mężczyźni rozrywani końmi. Obcinanie kolejno wszystkich członków przed zadaniem śmierci. Rzesze uciekinierów koczują w Krzemieńcu, we Wiśniowcu w klasztorze i inn[dziej]. Nędza wśród nich okropna - nagląca konieczność pomocy. Pomoc może być dwojaka: wyciąganie stamtąd ludzi, posyłanie im pieniędzy. Jedno i drugie leży w naszych możliwościach. Chodzi tylko o środki i szybkość działania, bo ostatnie wieści są coraz okropniejsze.”

Sytuacja podopiecznych ks. Kuczyńskiego w Dederkałach Wielkich pogorszyła się wraz ze zbliżeniem się pod koniec stycznia 1944 roku frontu niemiecko-sowieckiego. 2 lutego 1944 roku opuścił Dederkały na zawsze około 100-osobowy oddział niemiecki. Ks. Kuczyńskiemu proponowano by ludność polska ewakuowała się wraz z Niemcami, lecz Polacy byli temu przeciwni. Po odwrocie Niemców polscy mieszkańcy Dederkał zjechali do dawnego klasztoru, gdzie łącznie schroniło się około 370 osób. Poczyniono dalsze przygotowania do obrony, której organizacją kierował Ksiądz Proboszcz: w bramach zbudowano barykady ze strzelnicami, ściągnięto pociski i ułożono na murach celem odpalenia w razie ataku, pozyskano także od Niemców i cofających się przez Dederkały Węgrów broń. W klasztorze przebywał także sowiecki partyzant, który dostarczył obrońcom 30 zapalników do min. W sumie obrona dysponowała 7 karabinami, bronią krótką i około 50 granatami. Ukraińscy nacjonaliści okresowo ostrzeliwali klasztor, żądali też kontyngentów zboża, które im wydawano oraz grozili, że w braku poddania klasztor zostanie zniszczony a ludzie wybici. Dla dodania wagi groźbie spalono część polskich domów we wsi.
Próbowano także podstępem wywabić z klasztoru ks. Kuczyńskiego, przekazując sfałszowane wezwanie – rzekomo od Niemców do stawiennictwa w Nowostawie. Do klasztoru dochodziły straszne wieści m.in. że ludność sąsiednich Wołkowcach jest wzywana: Idyte, dobuwajte monastyr, ryzaty lachiw. Mimo to szturm nie nastąpił i samoobrona wytrwała aż do wkroczenia 21 lutego 1944 roku wojsk sowieckich. Nie zginął nikt, natomiast umierano z wyczerpania i od szerzącego się tyfusu. Po wkroczeniu Sowietów Polacy próbowali również odzyskiwać mienie zagrabione przez Ukraińców, co skończyło się mordami i kolejnymi groźbami masowej zbrodni. Ukraińcy donosili też do Sowietów na ks. Kuczyńskiego m.in. że przechowuje dużą ilość zboża w kościele, co spowodowało rewizję a także że uczestniczył z Niemcami w mundurze niemieckim w atakach na wsie ukraińskie, co spowodowało jego aresztowanie przez NKWD.
Mimo ryzyka prześladowań ze strony Sowietów pozostał na Kresach i prowadził duszpasterstwo w Krasiłowie a potem, od grudnia 1944 roku w rejonie Kijowa, Charkowa i Dniepropietrowska. Za ową działalność 8 stycznia 1945 roku został aresztowany. Więziono go z ordynariuszem łuckim A. Szelążkiem oraz innymi kapłanami diecezji. 6 maja 1946 roku został skazany przez bolszewicki „sąd” za rzekome szpiegostwo na rzecz Watykanu i działalność antyradziecką (m.in. w Akcji Katolickiej), na 10 lat łagru. Jak napisano w akcie oskarżenia: „szerzył różne możliwe oszczerstwa i spekulacje przeciwko Związkowi Radzieckiemu”. Przewieziono go do obozu na północy Uralu, w obwodzie swierdłowskim a w styczniu 1947 roku na Workutę, gdzie musiał pracować w kopalni węgla i potajemnie pełnił posługę duchową dla więźniów. Siostra Urszula Lepko zapisała takie wspomnienie łagrowe z Bożego Narodzenia 1953 roku: „Wyjechaliśmy z beczkami a na horyzoncie, na skarpie ukazał się ksiądz, wołał do nas czy już jesteśmy wszystkie, następnie polecił wzbudzić akt żalu a on udzielił generalnej absolucji. Po chwili podniósł wysoko rękę i przeżegnał nas.”
Ks. Kuczyński został zwolniony z obozu w październiku 1954 roku, ale jeszcze półtora roku musiał pozostawać na Workucie. Od roku 1956 przebywał w Kazachstanie, gdzie prowadził tajne duszpasterstwo m.in. w Tainczy, gdzie na obrzeżach miasta urządzono w jednym z domów kaplicę oraz sąsiednich miejscowościach. Jak pisał w swoich wspomnieniach: „Ludzie byli tam całkowicie przygotowani do spowiedzi i Komunii św., tak dzieci, jak i osoby dorosłe, wstępujące w związki małżeńskie (…) Ponieważ nie wszyscy mogli dotrzeć do kościoła i przywozić dzieci do chrztu – jeździłem po wsiach i w mieszkaniach odprawiałem Msze św., spowiadałem, komunikowałem, chrzciłem i udzielałem ślubów. Odbywało się to w okropnym zaduchu i ciasnocie.” Udało się nawet zorganizować przy kaplicy procesję Bożego Ciała.
9 grudnia 1958 roku władze sowieckie aresztowały jednak ks. Kuczyńskiego ponownie. Znaleziono u niego m.in. egzemplarze „Rycerza Niepokalanej”. i skazano go najpierw na 10 a ostatecznie na 7 lat łagru. Tym razem trafił do obozu Angarłag pod Irkuckiem, zwolniono go w styczniu 1965 roku. Zamieszkał w znanym z „Trylogii” Barze, prowadząc duszpasterstwo w tamtejszej parafii św. Mikołaja, która liczyła ok. 7 tysięcy wiernych a potem po zmuszeniu go do opuszczenia Baru przez Sowietów w roku 1972 w Wierzbowcu koło Winnicy. W roku 1970 dla poratowania zdrowia odwiedził Polskę, goszcząc m.in. w Krzywiźnie koło Kluczborka, gdzie znajdował się wówczas łaskami słynący obraz Pana Jezusa z Dederkał. Podczas tego pobytu w Polsce przekazał swoje wspomnienia z posługi w parafiach i łagrach (Między parafią a łagrem), wydane pośmiertnie w roku 1985, w Paryżu.

Okładka Katechizmu łuckiego dla dzieci z roku 1939
Piotr2000
Dziekuje ci Bracie za przypomnienie trudnych czasow. Dzzisiejsi wladcy polscy ida reka w reke z potomkami BANDEROWCOW, satanistami spod znaku zydowskiej masonerii.
Magdalena Maria Kubiak
Dziekuję