V.R.S.
838

Pożoga czyli Zofia Kossak-Szczucka

o wielkiej przyjaźni petlurowskiej, bolszewickiej kulturze i pozostawieniu Polaków na Kresach I RP na lodzie

“Nienawiść polsko-ruską, tak później powszechną, mieli wprowadzić dopiero w następnym roku – ataman Petlura i Ukraińcy galicyjscy. W 1918 roku nie czuło się jej jeszcze zupełnie.
Przedstawiciel władzy ukraińskiej na Starokonstantynów, Kopecki, zdolny eks-ekonom, nie szczędził przykrości i upokorzeń eks-właścicielom – ale ze względu na ich pozycję socjalną, nie na ich narodowość. Sam był Polakiem i nie krył się z tym. Ogólna nienawiść do „panów” była wtedy nie tylko klasową, ale dotyczącą raczej stanu niż osób. „Pan”, dopóki trwał w swym majątku i bronił się, stanowił wroga, z którym walczono bez litości. Ten sam jednak „pan”, z chwilą gdy pobity ustąpił i osiadł gdziekolwiek jako rozbitek, stawał się obojętnym, w przekonaniu chłopów nieszkodliwym, i nikt doń pretensji nie żywił. Mało kto z ziemiaństwa wyjeżdżał do większych miast z dala od swej okolicy. Ogół zostawał po powiatowych miasteczkach, jak najbliżej dawnych siedzib. Toteż każdy chłop wiedział, gdzie jego „pan” mieszka, u kogo jada obiady i co robi o każdej porze dnia.
Nikt nie krył się przed nikim. Wygnańcy ziemianie chodzili po ulicy, oddawali sobie wizyty, urządzali czasami proszone herbatki, i codziennie tłumnie radzili w Syndykacie, tuż pod bokiem bolszewików, nad obecną sytuacją i możliwymi zmianami. (…) Głośne w przyszłości przysłowie: „Kto chce miód podebrać, musi wpierw pszczoły wydusić”, nie śniło się jeszcze proletariatowi. Toteż dzisiaj patrząc z oddalenia na cały ów pierwszy przewrót 1917-1918 roku, widzę, że mimo całej swej grozy zniszczenia, mimo krwi przelanej, popełnionych zbrodni – miał on jeszcze jakiś uśmiech dobrodusznoludzki, jakąś obietnicę możliwości porozumienia, zapomnienia uraz, zgodnego współżycia. Ludzie udawali gorszych, niż byli nimi w istocie. Wiele rzeczy mogło się było rozwinąć inaczej.
Piękny rozwój szkolnictwa wiejskiego na Wołyniu, tak prześladowanego przedtem, datuje również z owych czasów. Rada Centralna udzieliła szkółkom polskim tych samych subsydiów, z których korzystały szkółki ruskie. Macierz Szkolna otrzymała dość szerokie pełnomocnictwa. Agitacja polska wśród Polaków za wyborami do ukraińskiej konstytuanty nie napotykała przeszkód ze strony władz. Utrzymano w sile instytucję komisariatów powiatowych, dozwoloną przez Kiereńskiego. (…) W Starokonstantynowie komisarzem polskim był proboszcz miejscowy, ksiądz Anzelm Zagórski. Wybór był szczęśliwy. Mimo wieku i słabego zdrowia nieugięta wola, żelazna energia, istotny talent organizatorski w połączeniu z gorącym patriotyzmem, czyniły z niego materiał na pierwszorzędnego działacza społecznego. (…) Proboszcz nie tylko werbował ludzi: zbierał także i skupował od bolszewików broń, naboje, siodła itp, przedmioty. W podziemiach kościelnych, między trumnami, chował kulomioty, i przy sposobności odsyłał je wojsku. Miał nadzwyczajny wpływ na szlachtę zagonową, na wszystkich ciemnych, biednych „katolików”. Kochał ich tak, jak powinien kochać człowiek Boży: wyrozumiale a zarazem srogo, czule i nieubłaganie, nie przepuszczając niczego, lecz każdej chwili gotów przebaczyć im wszystko. Potępiał bez miłosierdzia pogromy, rwał sobie włosy na myśl, że mogą być katolicy biorący w nich udział, i wśród całej grozy kościelnego aparatu wyklął skowródecką szlachtę za rozbicie kaplicy. Co niedziela donośnym, głębokim głosem wypominał swej parafii wszystkie jej przewiny bez żadnych ogródek. Nie obawiał się nikogo. Był to typowy mężny ksiądz kresowy o olbrzymim zakresie działania; przewodnik zarazem duchowy i polityczny, czujący się opiekunem swej parafii tak w złych, jak w dobrych godzinach. (…)

Bankructwo idei polskiego wojska na Kresach, będąc najcięższą ówczesną tragedią inteligencji polskiej, nie było jedyną. Obok tej najważniejszej przyczyny zgryzoty znajdowały się drugie, prawe równie bolesne i jątrzące. (…) Dramat miał miejsce na drugi dzień po przesmutnym, pamiętnym wyjściu ze Starokonstantynowa, gdy pierwsze oddziały zbliżały się do leżącej niedaleko Terespola wioski, Kaczanówki. Podjazd, wysunięty o półtorej wiorsty naprzód, miał polecone badać okolicę. W liczbie składających go żołnierzy znajdowała się również i panna Mroczkowska. Deszcz przestał padać, wieczór był ciepły, miesięczny. Czy ten oddziaływujący zawsze urok wiosenny, czy obecność nowego kolegi, źle ukrywającego długi, piękny warkocz pod żołnierską czapką, tak rozmarzyły jadących żołnierzy, że śpiewając półgłosem pieśń o rozmarynie, dalecy od chwili bieżącej, przestali zwracać należną uwagę na drogę. Skorzystali z tego zaczajeni z kulomiotami w rowach przydrożnych chłopi i wzięli nagle podjazd we dwa ognie. Dziewczyna i dwóch żołnierzy padło rannych, reszta zdołała zawrócić w kierunku oddziału po pomoc. Los trojga jeńców ogarniętych przez chłopów był straszny. Krajano ich żywcem na kawałki, rozmyślnie przedłużając w nieskończoność mękę. Najdłużej znęcano się nad kobietą, aż po dwu godzinach ohydnych tortur, schwyciwszy za nogi nieszczęsne, zhańbione ciało, do ludzkiego ciała niepodobne, roztrzaskano ciągle jeszcze żywą głowę o pień drzewa. Wiadomość o zasadzce, a następnie o męczeństwie trzech rannych żołnierzy wstrząsnęła całym korpusem. Postanowiono wieś ukarać w sposób, który by przez swą grozę stanowił na przyszłość przykład odstraszający dla innych wsi. Piechota i legia oficerska ruszyły z wyraźnymi i planowymi instrukcjami. Rozkaz był: otoczyć wieś, przeprowadzić ścisłe śledztwo, rozstrzelać winnych wraz z rodzinami, oprócz małych dzieci, chaty ich spalić, dobytek skonfiskować. Wojsko nadeszło z zamiarem wykonania rozkazu, ale gdy oddział czołowy ujrzał leżące od poprzedniego dnia straszne szczątki ludzkie na placu męczeństwa, oczy zasłoniła mgła. Najtrzeźwiejsi ludzie nie byli już zdolni spokojnie coś obmyśleć. Żołnierze zmienili się w zwierzęta. Z dzikim wyciem: „Pomsty!” rozpoczęto pogrom wsi, paląc chaty, zabijając, kto się dostał w ręce. (…)

Równolegle do poprzednio opisanych zajść, przenikliwa i przewidująca polityka Niemców doszła do wniosku, że Ukraina, chociaż żyzna i bogata, o tyle tylko może stać się dla nich złotonośną kurą, o ile przywróconą będzie na niej większa własność ziemska. Chłop ruski ani nie był w stanie obsiać całej ziemi, ani nie czuł potrzeby sprzedawania zboża, które przepędzał chętniej na „samogon”. Należało więc co prędzej ująć w jakieś karby rozszalały anarchią i swawolą kraj i umożliwić powrót dawnych właścicieli. Wszelkie usiłowania jednak Niemców w tym kierunku hamowały skrajnie lewicowe Rady – Centralna i Mała. Roztropni sojusznicy „suwerennej” Ukrainy postanowili poradzić sobie w inny sposób, zainicjowali zatem rząd hetmański reakcyjny, powstały rzekomo samorodnie z łona Ukrainy. (…) Pułkownik Skoropadski, ukazując się tłumowi, gromkim głosem przeniósł odpowiedzialność za los Ukrainy z ramion Zjazdu na swe barki i – wnuk Hetmana – sam ogłosił się Hetmanem. Zagrzmiały oklaski. Cel Niemców był osiągnięty. Gazety kijowskie z dnia 1 maja 1918 roku przyniosły wstrząsającą i nieoczekiwaną przez nas wiadomość o świeżym zamachu stanu, ucieczce dawnego rządu i obwołaniu Hetmana z woli większości narodu ukraińskiego (…)

Bez Niemców nie byłby mógł utrzymać się jednej godziny, co zresztą przyszłość miała jasno dowieść; oprócz właścicieli ziemskich i silnej partii „chleborobów” właściwi Ukraińcy odnosili się do niego wrogo; tam, gdzie posterunki niemieckie nie stały w pobliżu, chłopi otwarcie mówili, że nie „przyznają” Hetmana. W Kijowszczyźnie, koło Skwiry, Taraszczy, Bracławia były okręgi, do których Niemcy przez cały czas pobytu swego na Ukrainie nie doszli – a tym samym i władza hetmańska. W kilka dni po obwołaniu nowego rządu, a wraz z nim śmierci „swobody”, najpoważniejsi przedstawiciele wsi nowosielickiej, cały dawny Komitet, przybyli do Starokonstantynowa w kornej delegacji, całując „pana” po rękach i obejmując za nogi Jak bat’ka”, wkrótce zaś potem pojechaliśmy oboje na parę godzin do Nowosielicy, rozejrzeć się w położeniu. (…)

Z końcem listopada [1918] miały jeszcze nadejść z Kijowa rzekomo oficjalne wiadomości o zawarciu układu między Niemcami a Petlurą, na mocy którego Niemcy mieli pozostać w dotychczasowych rejonach, odgraniczeni od wojsk ukraińskich pasem neutralnym. (…) Pogodna i jasna ukraińska jesień dobiegła swego końca i odeszła. Już mroźny wiatr szarpał się wśród drzew, drobny deszcz mżył bezustannie, zamarzając na gałęziach, drogi zmieniały się w grząskie bagniska. Nadchodził listopad, zły miesiąc, pełen ciężkich wspomnień, „chłopski miesiąc”. Chwila, w której skończone są wszystkie roboty, pełne stodoły i skrzynie, a lud – zazwyczaj chciwy i drapieżny, dzisiaj syty i beztroski – wychodzi z ciepłych chat, by wspólnie obradzie, skąd najlepiej uderzyć na „pana”. (…) Wiadomość o zamordowaniu panny Anieli Święcickiej w Rasztówce była pierwszym, odosobnionym gromem, zwiastującym bliską burzę. Banda złożona z kilkunastu ludzi, którymi dowodził Żyd, napadła na cichy i bezbronny dwór.
Pierwszym strzałem położono na miejscu staruszkę. Upadła na progu, tyle lat strzeżonym, wysokim, szczupłym ciałem jeszcze po śmierci broniąc wstępu rabusiom do domu. Przeskoczywszy trupa, obezwładnili służbę, i spokojnie, bez przeszkód ograbili dwór… Po powrocie z cmentarza, gdzie cała okolica tłumnie odprowadziła na wieczny spoczynek zwłoki pracowitej i bardzo utrudzonej „cioci Anieli”, zastaliśmy przed probostwem zgromadzenie służby ze wszystkich domów sąsiednich. Otoczony wieńcem głów, kościelny z Butowiec opowiadał o świeżym napadzie na tamtejszego proboszcza, księdza Milewskiego. Niewątpliwie dokonała go ta sama banda, która złupiła Rasztówkę. Tylko że tym razem poszło jej mniej łatwo. Dzielny ksiądz, spostrzegłszy nadejście bandytów, odesłał służbę, a napastników powitał strzałami. Jednego zabił, dwu ranił, i bocznymi drzwiami uciekł do ogrodu. Bandyci szukali go parę godzin daremnie, a obawiając się, że poszedł po pomoc, uciekli, zabierając rannych.
– …A ksiądz proboszcz leżał w rowie, pod samą dzwonnicą – ciągnął stary kościelny swe opowiadanie. – Słyszy, że odeszli, więc myśli sobie: Trza wracać. Wchodzi po malusieńku do domu, a tu, Panie Święty! ten zbój pierwszy, co go wszyscy mieli za umarlaka, siedzi na fotelu i bombą na księdza się mierzy! Ale ksiądz nie stracił głowy. „Żałuj za grzechy! – krzyknął prędko. – Absolvo te – i bęc go w łeb.
– Więc nie zranili nikogo?…
– I… gdzie by się bez tego obyło. Dwie dziewczyny, co tam były, zamiast uciekać na wieś, jak proboszcz przykazał, pod łóżko wlazły ze strachu. Tam je zobaczyli i bagnetami zadźgali, jedną nie ze wszystkiem, a drugą na śmierć.

Te dwa napady, acz pozbawione tła politycznego, rozpoczęły dla naszej okolicy dni przełomu. Od owej chwili wypadki gnały już jak koń rozbiegany. W niecałe dwa tygodnie później, 23 listopada, chłopi z okolic Hrycowa podnieśli bunt i zaaresztowali wszystkich „panów” w promieniu kilkunastu wiorst. Uwięzionych przywieziono do Hrycowa i zamknięto w jednej wielkiej sali, w obszernym pałacu hrabiostwa Grocholskich, a cztery tysiące z górą uzbrojonych chłopów stanęło pod bronią wokoło pałacu, czekając dalszych rozkazów. Liczba uwięzionych sięgała trzydziestu: sami przedstawiciele ustroju „obszarniczego”, od właścicieli i większych administratorów począwszy, aż do zwykłych ekonomów, a nawet polowych. Trzy długie doby przebyli w pustej sali rozbitego pałacu, z tępą rezygnacją oczekując strasznej śmierci. Stojący na warcie chłopi nie dawali im żadnego pożywienia, lecz za to nie szczędzili ciągłych wymysłów i obelg. Lżąc niemiłosiernie, z przyjemnością opisywali rozliczne tortury, mające być więźniom zadane przed śmiercią.
„Kiedyż się zacznie ta zabawa?” – pytali ich mocniejsi nerwowo. – „Koły was wsich prywedut; szcze nam bohaćko brakuje”… Straszliwa jednak hekatomba „pamieszczyków”, potworne igrzysko wylęgłe w okrutnej, zaprawionej Wschodem wyobraźni ruskiego tłumu, nie miała zostać spełniona. Czwartego dnia przed południem wokoło Hrycowa ryknęły nagle armaty, i serca trzydziestu skazańców zatrzepotały się w ostrym skurczu, a potem zamarły w czekaniu. Niemcy szli na pomoc… Chłopi stojący na straży chwycili za noże, krzycząc: „Persze wyreżem was wsich!”
Ale i więźniów opuściła rezygnacja: wzięli się z chłopstwem za bary. Pod oknami przelatywały w popłochu gromady: „Spasaj, kto w Boha wiruje!” Strażnicy rzucili noże i uciekli. Czterotysięczna banda, zaskoczona nagle, nie próbowała się bronić. Z dzikim wyciem, pod ogniem karabinów maszynowych rozpierzchła się na wszystkie strony; wielu potonęło w stawie. Więźniowie byli ocaleni. Nie wszyscy jednakże. W chwili, gdy Niemcy brali zbrojną ręką Hryców, poszczególne oddziały powstańcze z odleglejszych stron ciągnęły dopiero na punkt zborny, a huk armat ostrzegł je w porę o klęsce. Jeden z nich prowadził ze sobą pięciu więźniów. Byli to: Niklewicz i Kazański, zarządzający z Zabcza i Kosteńca; połowy z pobliskiego folwarku, oskarżony o to, że należał do legionów, jego żona i synek, jedenastoletni chłopaczek. Na odgłos bitwy oddział przezornie nie posunął się naprzód, lecz nie stracił okazji zamordowania swoich pięciu ofiar. Trzech mężczyzn, kobietę i dziecko torturowano kilka godzin w najstraszliwszy sposób, zdzierając z nich skórę kawałkami, krwawymi kikutami bez palców i pięt pędząc po śniegu, odrąbując po kolei wszystkie członki. Nieszczęsne zwłoki, podobne do bezkształtnych, okrwawionych pni, porzucono w lesie w pobliżu Szkarafki, gdzie przeleżały kilka dni, zanim je rodziny znalazły. (…)

Zasięgliśmy wiadomości, które nie były wesołe. Niemcy ruszyli wprawdzie na Hryców, ale zadowolnili się tylko uwolnieniem więźniów. Chłopów nie ścigano, nie odbierano im broni. Powstańcy, ochłonąwszy z paniki, zreorganizowali się natychmiast znowu. W innych miejscach Niemcy zachowywali już tylko ścisłą neutralność, nie przeszkadzając w niczym Petlurowcom. Coraz to nowe powiaty przechodziły na stronę powstania, wypędzając władze hetmańskie i mordując „panów”. Jak przed rokiem i przed laty straszliwe: Taraszcza, Skwira, Kaniów, Białocerkiew, mające hajdamaczyznę we krwi i tradycji, pierwsze kąpały się w rozkoszach pogromowych rzezi, oświetlonych lunami pożarów. Za nimi Podole, za Podolem Wołyń. W Międzyborzu powstała silna banda bolszewików, ogłaszająca Międzybórz sowiecką niezawisłą republiką, równie wrogą względem Petlury, jak względem Hetmana. Na jej czele stal Żyd Muszlin. W okolicach Bazalii formował bandę swą niejaki Szyszko. (…)

Obliczyliśmy sobie, że 18 grudnia wojska koalicyjne powinny już nadejść; z prawdziwą przyjemnością odkreślaliśmy w kalendarzu każdy już przeżyty dzień. W piątek ruszyliśmy znowu do Starokonstantynowa po wiadomości. Pogoda była okropna – silny mróz, połączony z zadymką i wichrem. Sanna nie była jeszcze ustalona i konie z trudnością musiały przedzierać się przez zwały śniegu. Jechaliśmy z wolna, przymykając oczy przed klującym śniegiem, gdy tuż pod miastem w kurzawie śnieżystej ukazał się jeździec. Jechał ostro przeciw nam, machając z daleka ręką. Zrównaliśmy się. Był to brat Stefana, Staś, na swej pięknej karej klaczy..
– Zawracajcie w tej chwili po dzieci – rzeki nam bez ogródek. –
Petlurowcy dzisiaj w nocy mają już być w mieście. Teofipol zajęty i Połonne. Starosta wyjeżdża dzisiaj ze wszystkimi, odeślij zaraz twoją straż, Stefanie, żeby ich jeszcze dognała. (…)

Zacinając nerwowo usta, zawróciliśmy do domu. Przed kościołem stało rzędem kilka sani, na których leżały cztery trumny i jedna trumienka niewielka. Były to zwłoki nieszczęśliwych ofiar zamordowanych w lesie pod Szkarafką, które wieziono na cmentarz. Ksiądz z kropidłem właśnie wychodził z kościoła. Przejechaliśmy mimo w dziwnym zobojętnieniu umysłu i ducha. Przez głowę myśl przemknęła: Dziś wy, jutro pewnie my… (…)

W Starokonstantynowie panowała ciągle panika. Starosta, urzędnicy oraz kilku ostrożniejszych ziemian wyjechali przed wieczorem do Antonin. Pozostali chodzili bezradni. Nikt nic na pewno nie wiedział. Cała prawie Polonia miejscowa zebrała się na probostwie, w grubych murach klasztornych. Aby je zdobyć, należało przeprowadzić ostre oblężenie; liczono więc, że Niemcy na to nie pozwolą, tym bardziej że kościół i klasztor leżały w bezpośrednim sąsiedztwie z ich główną kwaterą. Na przekór tym ostrożnościom noc zeszła spokojnie, a następny dzień powitał wszystkich radosną nowiną: Niemcy zgodzili się iść na Teofipol! (…)

W niedzielę 8 grudnia, w święto Matki Boskiej, w Domu Polskim dawano przedstawienie amatorskie, które zebrało nas wszystkich, jutrzejszych rozbitków. (…) We drzwi wchodził Naruszewicz, porucznik I dywizjonu szwoleżerów. (…) Gdy chwile pierwszego zdumienia zobopólnego minęły, Naruszewicz w krótkich słowach wyjaśnił swoje przybycie.

– Naznaczyli mnie – mówił – w październiku dowódcą samoobrony w Kamieńcu; szło to jeszcze jako tako. Trzymałem twardo w łapie agitatorów i Żydów, toteż byłby mnie każdy z tych drani utopił w łyżce wody. Niedawno Austriacy uciekli. W kraju jedna burza. Ostatni tydzień cały bronimy się już od Petlurowców. Przedwczoraj władza wyjeżdża; nie dają mi nic znać, w ostatniej chwili dowiaduję się o tym trafem. Nikogo już nie ma, ja sam jak głupi zostałem. Cudem uciekłem, co tchu w kasztanach, do Jarmoliniec. Tam właśnie wypędzają Hetmańców. Nieszczęście w mieście, zabójstwa. Bandy chodzą i wyszukują swoich panów po domach. Nic podobnego jeszcze nie było! Zeszły rok? Śmiech, bracie, zabawka! Źle się wydawało, że cię wypędzili ze wsi i o dziesięć wiorst spokojnie sobie siedziałeś w miasteczku? Kpiny czyste! Teraz ze wsi nie wypędzają już, bo nie ma nikogo; jakby tam był jeszcze jaki wariat, to go pokrają od razu na kawałki i nasolą; ale do miasteczek idą i znajdą – znajdą, choćby pod ziemią. Nie mają spokoju, aż wynajdą i zamęczą. Nigdzie się nie schronisz.
„Gdeby paniw ne wyhnaw, za wżdy wernutsia – mówią. – Jak wyriżemo wsich, z tanitoho świta ne pryjdut.” Zabijają wszystkich; to jest, nie; kobiet, jak dotąd, nie zaczepiają, co prawda, to prawda.
Ale mężczyzn wszystkich, nie pytając, jaki on: właściciel, dzierżawca, rządca, ekonom, dobry czy zły, wszystko jedno. Raz gospodarował na folwarku – tak mu śmierć. Obdzierają ze skóry takich, co grosza odszkodowania nie wzięli; tak samo jak tych, co kazali sobie zapłacić wszystkie straty. Prawie przy mnie oskalpowali żywcem dwóch Kostkiewiczów, braci naszego rotmistrza. Mnie ktoś poznał. Zaczęli gonić. Uciekłem do Płoskirowa: większe miasto, można się schować. (…)

Wszędzie roiło się od ludzi, wglądających, czy z Zasłucza nie podchodzą już Petlurowcy. Co robić? Na szczęście znalazł się blisko Żyd znajomy, faktor, który zgodził się kupić worek [prochu] za 12 karbowańców. Odetchnęłam z ulgą. Zatrzymawszy konie na moście, odesłałam Jana do Nowosielicy. Nie mogliśmy zbytnio się rozczulać przy pożegnaniu, żeby nie zwracać uwagi przechodniów. (…) 11 grudnia, późnym już wieczorem, zwaliła się na Nowosielicę armia Międzyborskiej Sowieckiej Republiki. Pięciuset ludzi, ujednostajnionych olbrzymich rozmiarów pąsowymi kokardami. Otoczyli kołem pałac; ostrożnie weszli do środka milczącego gmachu. Sprowadzony siłą z domu stary, zbiedzony Sawicki zapalił małą, zostawioną w kącie lampkę. Przy jej świetle rozniecono na kominie ogień i przybysze jęli palić, rąbiąc wszystko, co pozostawało jeszcze w domu do spalenia. Komody, dębowe zydle rzeźbione, poręcze od schodów. Ze wsi zeszło się mnóstwo chłopów. Z zaciekłą nienawiścią opowiadali „towarzyszom” o pobycie „legionerów”, wskazując na widoczne jeszcze na posadzce plamy krwi. Łapczuk, dowódca sowieckiej międzyborskiej armii, pienił się i wściekał. Chłopom kazano ukazać największych we wsi „kontrrewolucjonerów” i przyjaciół „pana”, aby pomścić na nich śmierć towarzysza—kolegi. W tym samym celu kilkunastu żołnierzy pojechało do Skowródek i małej wioski Kruhlika. Chłopi nowosieliccy wskazali bez wahania na Sawickiego, Jana Kobierskiego i Mykołę Poleszuka, stróża. (…)

Więźniowie, zebrani w gromadkę stali w końcu hallu, w tym samym miejscu, gdzie przed dwoma dniami tamci… Jan Kobierski szeptał spokojnie Zdrowaśki. Stary Sawicki wodził otępiałym wzrokiem po znajomych dobrze ścianach, to znów po krwawej smudze na podłodze. Trzeba naprzód wodą zmyć, na nowo woskiem napuścić i zafroterować – myślał. – Śladu nie zostanie, śladu…
Donośnym głosem Łapczuk wywoływał nazwiska podsądnych, zapytując się chłopów przy każdym, kto jest i czy winien? „Winien! Winien!” – krzyczeli srogim ujadaniem Sawicki usłyszał nazwisko swoje i drgnął. „Ce łokaj – chłopi wołali – perwszyj burżujski słuha! On bez pana niczeho ne ponimaje, szcze teper za nim płacze…”
– Prawdu kazut, Jozif Sawicki?…
– Prawda – odpowiedział stary na poły ze łkaniem. – Mnie z panami było dobrze, a z wami – biada i śmierć!
– Ot, jak sobie sam powiedział! Anu, bratcy, po jednemu!
Pop stał pierwszy z brzegu. Wyprowadzono go przed dom i zarąbano. Po długich włosach kilkakrotnie ślizgała się szabla.
Z na wpół odrąbaną głową, drapiąc śnieg palcami, mruczał jeszcze półprzytomnie stare słowa cerkiewnej modlitwy za konających, za siebie…
Drugim z kolei był kruhlecki chłop. Nieruchomy dotychczas i milczący, ujrzawszy wzniesioną nad sobą szablę – jak gdyby teraz dopiero zrozumiał – klęknął na śniegu.
– Bracie – przemówił do kata głosem spod serca wyrwanym –
synku miły, czy ja tobie wróg, obcy? Czy ja ciebie nie znam? Ty starego Pyłypa z Niemierzyniec syn, Osipowej żonki brata. I ty mnie znasz także. Co ja tobie winien, że mnie chcesz zabijać? Ja pana całe to lato na oczy nie widział, tyle co jechał przez wieś; pomyłuj, podumaj tylko i pomyłuj…
– Bez razgaworów! Ubiwaj! – ryknął z pasją Łapczuk.
Chłopa zarąbano.
Trzeci z kolei nie prosił się już, nie klękał, „perekrestył” się kilkakrotnie i syknąwszy zaciekłe: „Przyjdzie na was kolej, zbóje!” – runął porąbany na ziemię…
– Gdie komandir? Gdie komandir? – wrzeszczał przed gankiem zadyszany Żydziak, zeskakując z parszywej, bokami spazmatycznie robiącej szkapy.
– A wam czewo nada?
– Wy komandir pierwawo krasnawo otriada międzyborskoj
sowieckoj republiki?
– Da, ja komandir.
– Pozdrawlaju was, towariszcz komandir. Ja dełegat komunistycznawo,
jewrejskawo
komyteta
w Starokonstantynowie… Przybyłem powiedzieć: Przyjeżdżajcie prędko zajmować gorod! Germańcy uciekli, legionery, hajdamaki także. Nikogo nie ma. Petlurcy idą, przyjeżdżajcie prędko, bo nie uśpiejecie…

Na koń – wrzasnął komandir.
– Idziemy na Starokonstantynów, zajmować go imieniem międzyborskiej sowieckiej republiki! Wśród wycia i gwizdów oddział ruszył z miejsca.
– A etich trioch ubijtie sami – na odjezdnem rzucił do chłopów Łapczuk. Zapanowało milczenie. Chłopi naradzali się szeptem, co robić.
Zamęczyć wymyślnie trzech ludzi niemałą było pokusą, ale czy przyjemności nie przyjdzie okupić zbyt drogo. Jakoś nie mogło pomieścić się im w głowie, żeby „pan” i „legionery” odeszli „ze wszystkiem”. Toć wczoraj jeszcze tu byli. Niedługo pewnie znów wrócą… Co innego kiedy winę miała ponieść obca banda, co innego, gdy swoi, miejscowi Sawicki, Kobierski… Sam graf o nich bardzo stoi… Jak wrócą, już nie żyć nikomu…
– Odpustym ich – zadecydował starosta.
W kwadrans później ni wewnątrz, ni zewnątrz pałacu nie było nikogo prócz trzech świeżych trupów, które zasypywał powoli ciągle padający śnieg. Przed zmrokiem żony dwóch zabitych chłopów wśród płaczu i żalów zabrały ciała na sanie. Batiuszka sam pozostał. Był wdowcem, nikt o niego nie dbał. Diak bał się pokazać; chłopi ostentacyjnie odrzekali się Cerkwi i popów. Ciało ojca Aleksandra leżało długo, szarpane przez psy—włóczęgi, chłostane przez wicher i mróz, aż je po dwu tygodniach starosta kazał pochować. (…)

Zamknięte w ciasnym mieszkaniu, pozbawione łączności ze światem, daremnie starałyśmy się dojrzeć jakąś zmianę, wniesioną przez nową władzę. Zmieniła się nazwa, nie zmieniła treść. Komuniści międzyborscy szukali zajadle zbiegłych „pamieszczyków”, Petlurcy czynili toż samo; pierwsi grabili sklepy, drudzy również. Rozbrojona banda zmieniła przekonania polityczne i w dawnym składzie weszła do armii petlurskiej pod nazwą „kurenia śmierci”. W miejsce czerwonych kokard kureń otrzymał karawaniarskie czapki z długą, czarną płachtą oszytą srebrnym lampasem, zwieszającą się dziko na plecy. Kiedy pijani i wściekli rwali galopem przez miasto, czarne płachty czapek niosły się za nimi jak drapieżne stado kruków. Ów kureń stanowił załogę nieszczęsnego miasta, które nie mogło ani na chwilę odetchnąć spokojnie. Codziennie Żydzi znosili poważne sumy pieniężne jako okup za nierobienie pogromu. Suma przedstawiała zazwyczaj połowę tego, co kureń zażądał; następowały więc długie targi, po których dowódca kurenia wydawał delegacji żydowskiej kwit, obiecujący bezpieczeństwo osobiste i spokój na tydzień lub dziesięć dni. Krótka była stąd radość, bo najdalej w dwa dni później czarne płachty znowu leciały przez miasto, żądając nowych tysięcy albo grożąc rzezią. Znękani Żydzi padali komendantowi do nóg, klnąc się, że już oddali ostatnie zasoby, ale ostatecznie żądaną sumę składali. (…)

Idea ukrainizmu stawała się po raz trzeci parawanem dla trzeciej serii ludzi chcących się na niej wzbogacić. Z podobnych żywiołów złożony, nowo powstały rząd Petlurski doprowadził do doskonałości rabunkową gospodarkę, wszczętą przez Radę Centralną. Zjednawszy sobie chwilowo chłopów rozdaniem pańskiego dobra, pasożytował na tej przychylności, likwidując i niszcząc wszystko, co w ciągu ostatniego lata podźwignięto. Starokonstantynowski Syndykat Rolniczy, który w chwili upadku Hetmana był pełen maszyn, narzędzi rolniczych i nasion wartości kilku milionów, zamiast w myśl manifestu przejść na własność chłopską, został rozprzedany Żydom. Pieniądze zabrały „holowy”. Chłopi, bynajmniej nie ślepi, kiwali na to głowami niechętnie: „Ot, zołodijaki sobacze…” (…)

Nie pomogło rozdawanie ziemi, lasów, inwentarza; powaga i popularność rządu Petlurskiego przepadły nieodwołalnie. Może dla odwrócenia uwagi ogółu od tych nieprzyjemnych faktów i dla odzyskania straconego wpływu, może dla innych powodów, w polityce rządowej zaczął się ujawniać nowy prąd, wysuwający konflikty narodowościowe w miejsce konfliktów klasowych: prąd antypolski, dotychczas nie znany. Poprzedniego roku słyszało się o „panach”. Obecnie mówić zaczęto o „Lachach”. Za czasów Rady Centralnej prześladowania obejmowały tylko właścicieli i ich zastępców; za Petlury rozciągnęły się na służbę polską, szlachtę katolicką, całą polskość jednym słowem. Prąd ten, z początku dość słaby, nieznaczny, miał się w przeciągu miesiąca wzmocnić i rozszerzyć, jaskrawo bijąc w oczy bezwzględną napastliwością. Złodziejski „kureń śmierci”, który w Starokonstantynowie pędził wcale błogi żywot, wyciskając z Żydów ostatnią gotówkę i rekwirując, co mu przyszło na myśl, został wezwany pod Równe. (…) Ogołocone z załogi miasteczko zajęli w parę dni później Siczowi Strzelcy galicyjscy, których zobaczyłyśmy wtedy po raz pierwszy. (…) Oficjalnie dowództwo pułków galicyjskich brało w obronę Polaków. Z przyjściem ich do miasta ustały rozboje, nocą nie budziły strzały. Nawet więźniów przywiezionych z Teofipola przeniesiono do lepszego budynku i pozwolono im z miasta posyłać jedzenie. Były to jednak tylko pozory, gdyż w rzeczywistości – po cichu, ale niestrudzenie – podburzali ludność przeciw Polsce, podkładając umiejętnie zarzewie niechęci i walki. Robotę swą prowadzili bardzo tajemnic i ostrożnie.
Zdradzały ją czasami zasłyszane z nagła z ust ludzi wyrażenia: Jezuickie wojsko” lub Jezuicka szlachta” i inne dotychczas na Ukrainie zupełnie nie znane. Po wsiach krążyły broszury i odezwy, wzywające chłopów do wytępienia całej ludności polskiej, nie cofające się przed sofistyką tak subtelną, jak np.:
„Kazał Chrystos Hospod’ nasz: myłujte worohiw waszich. Ane ne kazał Wiu: myłujte worohiw Prawdy. A Lachy idut z łożeju i obmanom na zhubu i pohybel neszczastnoho, ukrainskoho naroda”.
A dalej:
„Hańba tomu, kto by Łacham pomahał i z nymi bratałsia, kto by ranienomu Lachowi wody podał, abo do chaty pryniał. Ne ma pomyłowania cym muczyteliam, krowopijcam, pankam i pidpankam białoruczkim i czwankowatym. Riżte ich wsich wo sni na kwartirach, rwijte im szlachi za nymi i pered nymi, i ne mijte mylosti dla nikoho z nych, bo Lacka pijawka najhirsze osorużena so wsich pijawok na switi”.
Komendant miasta. Niemiec źle mówiący po rusińsku, oburzał się głośno na podobne odezwy i kazał je niszczyć, ale były one drukowane w sztabie II Korpusu strzelców galicyjskich, w Płoskirowie. (…) Nowe hasło: „Polską służbę w ślad za panami przepędzić do Polski” – rozpowszechniło się po wsiach. (…) Elektryczność nagromadzona w powietrzu przez umiejętne a ciągłe podszczuwanie żołnierzy petlurskich i chłopów, nie dość jeszcze silna, by spowodować ogólną katastrofę, znajdowała tymczasowe ujście w prześladowaniach Żydów. Zaczęły się sporadyczne pogromy we wszystkich miasteczkach okolicznych: Lityniu, Kupielu. Ostropolu, Lubarze. Kuźminie i innych.
Najcharakterystyczniejszym z nich, a zarazem największym co do liczby ofiar, był pogrom płoskirowski, który nastąpił w pierwszych dniach lutego. Dokonała go głównie miejscowa załoga petlurska, ale rozpoczął i zainicjował oddział siczowników galicyjskich, niedawno przybyłych do miasta. Ludzie zamieszkujący naówczas Płoskirów zaręczali mi, że straszna ta rzeź nie była niczym wywołaną ni sprowokowaną. (…) Grozę potęgował fakt, że przez cały czas pogromu nie padł ani jeden strzał. Wśród stosu ofiar zalegających nazajutrz ulice nie było ani jednego człowieka, który by zginął od kuli. Wszyscy zostali zarżnięci, zakłuci lub poćwiartowani żywcem. Systematycznie przechodząc wszystkie zaułki i domy, nie oszczędzano nikogo – od niemowląt do najstarszych. Nieludzkie wycie napełniało miasto. Ludzie zmuszeni być świadkami tego mordu bliscy byli obłędu. (…) Zabitych wyrzucano z okien na ulice, gdzie po kilku godzinach zebrały się istne materace z trupów. Leżały tam w grozie swej strasznej niedoli matki ciężarne, z których wydarto wnętrzności, dziewczęta z odrąbanymi piersiami, starcy wyszczerzeni, okropni… Z balkonów zwieszały się wianki związane z dzieci maleńkich, rozpłatanych bagnetami, powiązanych sznurem za główki żałośnie zwieszone. Do stojącej w śródmieściu apteki polskiej wpadali co moment oficerowie kierujący rzezią, zlani krwią od stóp do głowy jak rzeźnicy w bójni. I wnosząc ze sobą mdły odór mordu, świeżych, ciepłych trzewi, ryczeli: „Dawat” duchi!!” Przynoszono więc miednicę i wlewano do niej wszystkie flakony perfum, wody kolońskiej itp., jakie były w składzie. Krwawi rycerze myli sobie twarze, ręce, posklejane od krwi włosy, po czym stokroć jeszcze bardziej potworni niż przedtem, wybiegali kończyć straszne swoje dzieło. (…)

Gdy (…) na skutek dyplomatycznych starań rząd ukraiński pozwolił na wyjazd Polaków i przez dwa do trzech tygodni krążyły pociągi między Kijowem a Warszawą, nikt z nas z miejsca się nie ruszył. Prawda, że ta podróż była wysoce uciążliwa, że się ją odbywało w nieopalonych wagonach bez okien, że Petlurcy na granicy ogałacali jadących ze wszystkiego, a koło Rozyszcz tor był uszkodzony na długości czterdziestu wiorst i przestrzeń tę trzeba było przebyć piechotą albo najętą furmanką, ale nie o to nam chodziło. Radosna duma tego, który zło przetrzymał , rozpierała piersi. Czując się gospodarzem na swojej ziemi u siebie, każdy chciał solą i chlebem witać najmilszych gości, a wycierpiawszy wiele, doczekać należącego się słusznie triumfu. (…)

W nie kończących się gawędach wznosiliśmy obraz Polski zmartwychwstałej, jej wojska, jej rządu, takich, jakimi chcieliśmy je mieć. I powoli te marzenia stawały się dla nas faktami, w które wierzyliśmy święcie. (…) Mogliśmy śnić o Ojczyźnie potężnej, wielkiej, rozumnej i zgodnej. Mogliśmy wierzyć, że równie bliscy jesteśmy Polsce my, jak ona nam; mogliśmy cieszyć się i czekać. Nie łudziliśmy się sami. Przekonanie, że wojska polskie idą naprzód, że Ententa w porozumieniu z nimi zajmie Ukrainę jeszcze przed siewami, podzielał cały rząd petlurski. (…)

Niedziela 6 kwietnia była jednym z pierwszych prawdziwie ciepłych i pogodnych dni w tym roku. Powietrze drżało i pachniało wiosną. Bezwiedna, wprost od tej wiosny płynąca otucha zalewała serce. Ludzie czuli się niby w przededniu uroczystego święta, a jakież święto mogło nadejść inne, jak nic przybycie upragnionych, swoich? Toteż znajome grupki, śpieszące na ranną mszę, pozdrawiały się wesoło we wspólnym porozumieniu. Msza cicha i krótka dobiegała końca, gdy na ulicy rozległy się strzały. Dreszcz przebiegi przez kościół. Ktoś krzyknął: „A słowo ciałem się stało!”
Tętent licznych koni rozgrzmiał się po bruku, zajęczały krzyki. Fala ludzi, która się poniosła ku wyjściu z kościoła, wracała odepchnięta przez inną falę, tłoczącą się z zewnątrz. Zakrystian zatrzasnął śpiesznie drzwi wejściowe. „Bolszewiki w mieście – wołał. – Ludzie, nie wchodźcie!” (…) Do leżącego naprzeciw nas ogrodu Szymańskich wpadły dwie postacie w petlurskich szarych szynelach. Wśród bezlistnych krzaków śmigały w szalonej ucieczce, potykając się na korzeniach i podrywając się znowu. Za nimi z krzykiem goniło kilkunastu ludzi, na których z daleka czerwieniły się pąsowe kokardy. Bez trudu ujęto nieszczęsnych i zarąbano na miejscu. Niewątpliwie martwe już ciała nieruchomo leżały na ziemi, a ręce morderców wznosiły się jeszcze z szablami do góry, ruchem młócących cepami. Bolszewicy byli w mieście… (…)

Przerażeni Petlurcy kryli się po kątach, myśląc jedynie o własnym ratunku. Komendant Zarudeński i Kopecki zdołali zbiec i uratować się, przesiedziawszy całą dobę w wodzie wśród szuwarów. Schwytanego Drabinę rozdarto na strzępy w dawnym naszym mieszkaniu, w domu Ojsdaczera. (…) Po mieście trwała obława za resztą zbiegłych oficerów i urzędników petlurskich. Prowadzili ją Żydzi i Wołk, któremu sekundował nieodstępny towarzysz, szewc z Rosołowiec, Prodołuz. (…) Dwie godziny później szedł korowód drugi, liczący około pięćdziesięciu ludzi. Jeden z nich, młody chłopiec, znużony biciem poprzednim lub wyczerpany nerwowo, zostawał ciągle w tyle, nie bacząc na razy i klątwy. Nareszcie upadł o kilkadziesiąt kroków od naszego domu. Tam go zarąbano w błocie. Poszli dalej, a on pozostał w zapadającym zmierzchu z dala bielejący, przedziwnie żałosny kształt. Dwa małe Żydziaki przebiegły z krzykiem: „Za Płoskirów! Za Płoskirów!!…” Zatrzymały się przy trupie i pobiegły dalej. (…) Z miasta dochodziła nieustannie wrzawa. Nie było domu ni mieszkania, gdzie by nie kwaterowało sześciu-siedmiu lub więcej krasnoarmiejców. Odbywały się krwawe libacje. Panny zmuszano śpiewać i grać lub tańczyć. Kaci, którzy rąbali skazańców, zlani krwią od stóp do głowy, kazali sobie usługiwać, podawać wodę, ręczniki. Kobiety hańbiono, mężczyzn bito. (…) Chwytaliśmy się złudzeń jak tonący. Pozbawieni gazet, jakiejkolwiek wiadomości, nic wiedzący, co się dzieje o dziesięć wiorst dalej, tłumaczyliśmy sobie, że w Szepetówce „muszą” być Polacy, że zajęli Wołoczyska, że za tydzień najdalej tu będą. Z ufnością i wiarą, która by wzruszyła kamienic, mówiliśmy sobie: Przecież nas z bolszewikami nie zostawią. Śpieszą się pewno, jak mogą… (…)

Bardzo ostre prześladowania dotyczyły księży, popów, kościołów i cerkwi – jednym słowem religii we wszystkich jej przejawach. Zabroniono odprawiać chrzcin, pogrzebów, udzielać ślubów, wprowadzając na to miejsce śluby cywilne, które dawał kędzierzawy komisarz z równą łatwością jak rozwody. Popi ruscy byli prześladowani i dręczeni ustawicznie, nie w tym jednak stopniu co księża katoliccy, polscy. Ci ostatni nie mieli jednej nocy spokojnej, dnia bez napaści, pogróżek, rewizyj. Trzymali się na swym posterunku, lecz każdą noc spędzali gdzie indziej, po sąsiedzkich domach, strychach, obórkach, nierzadko pod gołym niebem, wśród gąszczu ogrodu. Rano przychodzili ukradkiem, by odprawić mszę, i znów na resztę dnia znikali, ukrywani starannie przez parafian. Bolszewicy obiecywali głośno, że kościół przerobią na łaźnię, cerkiew na szpital, a stary sobór podominikański na browar; szukali księży, by ich stawić przed sąd rewolucyjny jako szerzycieli zabobonów. Szczęściem jednak nadchodzące wypadki nie pozwoliły im urzeczywistnić tych zamiarów. To ogólne i zażarte prześladowanie religii było jedną z najbardziej typowych cech bolszewizmu, wypływającą z samego jego założenia. Żaden wróg nie był tak zwalczany jak idea Boskości, pierwiastku zaświatowego. Nic nie wprowadzało każdego krasnoarmiejca w taki gniew jak najlżejsza wzmianka o nich. (…)

Dopóki biała wizja smutnego Chrystusa słaniała się jeszcze po świecie, nie było zaznać spokoju Czerwonemu Autokracie na złocistym tronie w Kremlu ni zakosztować zupełnego triumfu. W poczuciu tej prawdy powiadał bolszewizm: „Bóg – albo ja”. Toteż walka wypowiedziana światu przez sowiety była pozornie tylko walką z kapitalizmem lub z takim czy innym ustrojem społecznym, a w rzeczywistości była walką z Bogiem, wypowiedzianą wprost Bogu. Nie różnice klasowe chcieli wytępić, lecz wiarę. Nie kontrrewolucja ich oburzała, ale nieśmiertelność duszy. „Boga usunąć ze świata!” było ich celem, hasłem i dążeniem. „Naród wybrany”, wybrany po to, by się przez niego spełniły wyroki Boskie na ziemi, wybrany dla straszliwej, haniebnej roli Judasza, ukrzyżowawszy raz Boga, pragnął za wszelką cenę uczynić to po raz wtóry; aby zaś nie mógł zmartwychwstać, pragnął jednocześnie zabić Go we wszystkich sercach Naród wybrany szedł ku przeznaczeniu temu konsekwentnie. To, o czym najkulturalniejszy i najostrożniejszy z Żydów, Anatol France, marzył w swym Buncie Aniołów, drugi Żyd, Trocki, realizował rzeczowo, ogłaszając krwawą wojnę przeciw Bogu i wszystkim przykazaniom Jego. (…)

Wypierając się Boga i wszystkich spraw Jego, bolszewicy rozciągali nad zajętym przez się obszarem posępnie smutną atmosferę braku Dobra. W naszym małym miasteczku Zła, tj, terroru, zbrodni (wyłączywszy pierwsze dni) nie było, jednakże nastrój był zabijający. Inny nie może panować w Bolszewii. Władza sowietów jest przekreśleniem wszelkiej radości życiowej. Tępiąc wiarę, bolszewicy przekreślają błogosławioną radość poznania Boga, obcowania z Nim. Odmawiając dwojgu ludziom prawa wyłącznego należenia do siebie, przekreślają miłość i radość miłości. Odbierając dzieci na wychowanie publiczne, odbierają radość rodzicielską Kasując prawo własności, kasują radość zdobywania, chęć owocnej pracy. Toteż niezależnie od panującej nędzy, nawet przy względnym dobrobycie nikt w państwie sowietów nie mógłby się czuć inaczej niż jak wtłoczony do ciasnej i zatęchłej klatki, będącej zaprzeczeniem wszystkich praw człowieka. (…) Dla mnie osobiście podstawową cechą rządów bolszewickich nie jest ich terror ani jaskrawość, ale jałowość i nuda. Nuda granicząca z obłąkaniem; coś, co określić można tylko słowem: „posucha”. Posucha beznadziejna, bezlitosna, zabijająca powoli wszystko, co żyje. Dotychczas w państwie sowietów istnieje silny bodziec życiowy, cel zasłaniający ludziom wszystko inne: Jeść! Jeżeli jednak odejmiemy tę czysto zwierzęcą pobudkę, przed oczami osłupiałej z przerażenia duszy nie zostanie nic. Ani celu, ani nadziei, ani pragnienia, ani radości, ani chęci czegokolwiek. Niektórzy sądzą, że sowiety dlatego tylko są piekłem, że tam ludzie mrą z głodu, że tysiące giną w wymyślnych torturach. Otóż nie: sowiety są piekłem także i dlatego, że nie masz wśród nich miejsca dla nadziei. (…)

27 czerwca. Rozlepiono nowe ogłoszenie, donoszące, że „rozbójnik Petlura” połączył się z „polską burżuazją”, jest z tym sojusznikiem swoim „niedaleko” i znów grozi Rewolucji. Do broni, grażdanie! Do broni! – Czytając, kręcimy głową: trudno byłoby uwierzyć w sojusz Polaków z Petlurą Przy tym zbyt serce boli po tamtym zawodzie, nikt nie śmie na darmo się cieszyć. (…) Chwilami rozpacz ogarnia. Zdaje się, że to już tak zostanie ad infinitum. Bolszewicy, Ukraińcy będą zmagać się wzajemnie, depcąc w błędnym kole, aż spomiędzy nas nikt żywy nie pozostanie. A tymczasem gdzieś nie tak daleko – wielka, wspaniała, wolna i potężna jak młody lew Ojczyzna wyprząta swój dom; urządza się spokojnie. Nie myśli iść tutaj, na Kresy. A na Kresach setki męczenników czekają i modlą się do niej i o ratunek błagają… Dlaczego obojętna i za co?!! Nie byliśmy nigdy złymi jej synami… (…)

6 lipca. Wczoraj były znów dwa pogrzeby bolszewickich „komandirów”. Żołnierzy, których mnóstwo ginie, chowają ukradkiem, przed świtem, bez trumny, jak padlinę wrzucając do dołu. Za to dowódców grzebią wśród czerwonej pompy: czerwone chorągwie, czerwone trumny, czerwień kapie zewsząd jak ulewa. krwi, a wrzaskliwa muzyka wygrywa marsza żałobnego w skocznym tempie galopady. Dziwne te obrzędy robią wrażenie jakiejś profanacji pogrzebu, jak gdyby sam szatan cieszył się, że jedną duszę dostał znów na własność, jak gdyby to on właśnie, Zły Duch, wyprawiał ten pogrzeb czerwony. Wrażenie to potęguje tłum obrzydliwych Żydziaków, którzy biegną przed muzyką, tupią w takt i śmieją się głośno. Pośród nich chudy, wysoki Żyd-wariat miota się w jakimś dzikim, obłąkanym tańcu. Żydziaki małe imitują jego ruchy, krzyczą i klaskają w dłonie. (…)

Pogodny letni dzień skłania się już ku końcowi. Stoimy oboje na zamkowej górze, tuż przy samym skraju, patrząc na rozłożony wkoło widok-cud, ten sam widok, na który patrzyła przed wieki w tej pono baszcie zamknięta księżniczka Halszka z Ostroga.
Nikogo nie ma wokoło prócz milczenia zadumy…
Tulimy się mocno do siebie, bez słowa, pozwalając duszom mierzyć swą radość i smutek. Potężna, mocniejsza od wszystkiego radość, że oto stoimy znów razem, tuląc się do siebie, a ponad mą pyłki smutne rozbitego w proch marzenia. Wirują pyłki, skupiają się w tuman, przesłaniają radość oczu cierpką świadomością, że Polska do nas nie idzie… Nie idzie. Nie chce. Nie potrzebuje… Powoli Stefan zaczyna mówić, i od słów jego gorzkich, przesiąkniętych żalem, sączy się do mego serca gorycz i żałość: Nie pójdą już dalej…
– Dlaczego?? Dlaczego?
– Mają tam tworzyć podobno nową Ukrainę…
– Czy to sen zły? Czy to żart?… Dlaczego? I za co?…
– Tak jest jednak. Słyszałaś zresztą sama, co mówili w sztabie…
Słyszałam…
A więc wszystko było niepotrzebne. Nasza wytrwałość, wysiłki, tyle nadziei, wiary, tyle miłości, czekania – niepotrzebne nikomu i niepożądane…
Jak ja wrócę to powiedzieć? Jak powiem tym wszystkim, którzy z bijącym sercem mego powrotu czekają? „Uspokójcie się, kochani, i nie myślcie o tym. Możecie w nocy ni w dzień słuchu nie wytężać ani oczu wypatrywać nie trzeba na drogę: oczekiwani tak długo – nie przyjdą… A jeżeli przyjdą, to po to, by tworzyć nową, czwartą Ukrainę. (…)"

podobne tematy:

Kornel Makuszyński: list do Koziołków Matołków

Abp Józef Bilczewski o konflikcie ukraińsko-polskim