Clicks996
Radek33
32

Po wojnie w Auschwitz wciąż ginęli ludzie!"Wy hitlerowskie k...y, Oświęcim to było przedszkole..."

Zakłamywanie historii i pisanie jej na nowo jest niestety coraz częstszym orężem w walce politycznej na świecie,ale i również w Polsce.Do kłamliwych określeń takich jak "polskie obozy śmierci",czy haniebnych oskarżeń wobec Polaków ,że zabili więcej Żydów niż Niemców w czasie wojny doszła kolejna absurdalna teza-rzekome wyzwolenie Polski przez sowiecką armię czerwoną.Jako przykład podaje się chociażby wyzwolenie więźniów niemieckich obozów koncentracyjnych.Dla przypomnienia i otrzeźwienia dla niektórych obłąkanych zwolenników komunizmu warto wspomnieć o faktach,o których widać zapomnieli bądź nie chcą pamiętać.

Jeszcze nie ucichły strzały II wojny światowej, a w poniemieckich obozach sowieckie i polskie służby bezpieczeństwa zaczęły więzić własnych wrogów. Ile było takich miejsc? Nie wiadomo, bo wiele dokumentów przepadło.

W efekcie szacunki ekspertów mówią o istnieniu od kilkudziesięciu do grubo ponad tysiąca różnego rodzaju obozów: przejściowych, zbiorczych, pracy przymusowej, filtracyjnych, internowania, reedukacyjnych... Oczywiście komuniści polscy i Sowieci trzymali to w tajemnicy. Interweniowali za to w sprawie skandalicznych obozów polskiej armii na Zachodzie, w których zwolennicy Sikorskiego przetrzymywali piłsudczyków.

Prawda o obozach, które funkcjonowały w Polsce po 1945 r., wciąż nie może przebić się do naszej świadomości historycznej. Dlaczego akurat ta zbrodnia stalinowska została całkowicie przemilczana? Warto przypomnieć o ofiarach i spytać, ilu zbrodniarzy uniknęło sprawiedliwości.

Między 1945 a 1950 rokiem w Polsce działało ponad dwieście obozów pracy przymusowej oraz obozów koncentracyjnych dla Polaków,Niemców, Ukraińców i Łemków. Wykorzystywano infrastrukturę nazistowską, porzuconą przez wycofujące się załogi niemieckie. Nie ma tu mowy o spontanicznej zemście ludności polskiej, nie chodzi także o tak zwane dzikie obozy – kawałki wiejskich pól otoczone drutem kolczastym, których – w akcie gniewu za nazizm – pilnowali chłopi.

Obozy były doskonale zorganizowane i nadzorowane. Podlegały Ministerstwu Bezpieczeństwa Publicznego oraz Centralnemu Zarządowi Przemysłu Węglowego. Obozy ciągnęły się przez całą nową Polskę. To był system, o którym nigdy głośno w Polsce nie opowiedziano. Mimo że w prawie każdej książce o okresie stalinizmu figuruje nazwa: Wydział Więzień i Obozów MBP, nikomu nie przyszło dotąd do głowy spytać: jakich obozów?

Bezpieka zaadaptowała szereg podobozów Auschwitz. Po wojnie działał również osobny polski obóz w Oświęcimiu. Prycze w miejscach, gdzie dokonała się największa zbrodnia ludzkości, zapełniały się już kilka tygodni później nowymi więźniami – wrogami władzy ludowej.

Wzorcem dla nowej władzy był sowiecki system łagrów i pod względem umieralności więźniów, zwłaszcza na Górnym Śląsku, udało się Polakom dorównać radzieckiej machinie. Co ciekawe, rządzący Polską w latach 40. i 50. nie zatarli śladów po masakrach, masowych egzekucjach, torturach i uśmierceniu poprzez pracę ponad 60 tysięcy Niemców oraz obywateli innych narodowości, w tym Polaków – żołnierzy wyklętych. Wciąż żyją ofiary, świadkowie i oprawcy.

Witajcie w Świętochłowicach

Komendant polskiego obozu witał zganianych do Świętochłowic-Zgody Ślązaków słowami: „Auschwitz to była pestka przy tym, co wam tu przygotowałem”. Salomon Morel nie żartował, miał wyobraźnię. Osobiście mordował Ślązaków i Niemców. Tak długo bił ich drewnianą pałką, aż ich głowy zamieniały się w krwawą miazgę. Komendant wymyślił też piramidę: kazał kłaść się nagim ludziom jeden na drugim, aż stos sięgnie sufitu. Aby być pewnym, że ci na samym dole nie przeżyją, wchodził na wierzchołek i – jeśli miał wystarczająco dużo miejsca – tańczył kalinkę.

W aparacie bezpieczeństwa miał ksywkę Wariat. „Obdziera ludzi ze skóry” – taka fama krążyła po korytarzach katowickiego UB.

Na jego polecenie zwłoki zakopywało się w zbiorowych mogiłach lub paliło tuż za granicami obozu. W Świętochłowicach zdarzały się nawet akty kanibalizmu. Komendant Morel nigdy nie starał się im zapobiegać. Stawał przy stosach płonących zwłok i mówił, że zawsze lubił żar ogniska.

Narodziny wariata

Mieczysław Moczar, dowódca Morela z leśnej partyzantki AL, miał jak najlepsze zdanie o protegowanym. Uważał go za bitnego, odważnego. W walce Morel nigdy nie był zaskoczony, kiedy kończyła mu się amunicja: odwracał się ukryty za drzewem lub kawałkiem muru, zmieniał sprawnie magazynek, wracał do boju. Na polecenie komórki PPR jego oddział rozbił w Generalnym Gubernatorstwie kilkanaście niemieckich urzędów, kilkadziesiąt posterunków.

Kiedy Morel walczy w lesie, jego rodzice i brat ukrywają się w domu Józefa Tkaczyka w Grabowie. Za czterdzieści lat Tkaczyk zostanie Sprawiedliwym wśród Narodów Świata. Powie: to był mój obowiązek. Jednak w połowie 1943 roku matkę, ojca i brata Salomona znaleźli i zastrzelili granatowi policjanci. Po krótkiej naradzie postanowili Józefa Tkaczyka oszczędzić, zabierając mu wszystkie kosztowne rzeczy.

Kiedy Salomon dowiedział się o śmierci bliskich, zmienił się w maszynę do zabijania. Przewieszał mandolinę przez plecy, żeby oberwała tylko wtedy, kiedy pocisk przejdzie przez niego na wylot. Nie okazywał strachu. Z tysiąca wystrzelonych do niego pocisków tylko jeden rozdarł mu nogawkę spodni. Siadał z kolegami i stroił swój ulubiony instrument. Wtedy dostał ksywę Wariat. Od pełnych podziwu kolegów, z Moczarem na czele.

Z partyzantki trafił wprost do Urzędu Bezpieczeństwa. W lutym roku 1945 został komendantem podobozu KL Auschwitz Eintrachthütte – kompleksu zbudowanego w 1943 roku przez Niemców dla więźniów pracujących w pobliskich zakładach zbrojeniowych. Dwa lata później kompleks był w stanie idealnym. Morel miał do dyspozycji trzy hektary, na których stało siedem baraków, murowany budynek komendantury, mieszkania dla osiemdziesięcioosobowej załogi, karcer z lodowatą wodą i barak na zwłoki. W każdym z pomieszczeń dla więźniów zbudowano trzypoziomowe prycze. Całość otaczał drut kolczasty pod napięciem 10 000 V. Co 15 metrów postawiono reflektor. Cztery wieże – w czterech krańcach obozu. Przez środek przechodziło żwirowisko, które zwieńczał plac apelowy.

Nad bramą wejściową znajdował się napis „Arbeit macht frei”. Ocaleni pamiętają: Polacy go nie zdemontowali.

Relacja więźniarki

Dorota Boreczek, była więźniarka Świętochłowic-Zgody. „Morel przywitał nas słowami: »Wy hitlerowskie ku.wy, Oświęcim to było przedszkole w porównaniu z moim sanatorium«. W obozie były kobiety, dzieci, starsi mężczyźni – oni umierali najszybciej. Najpierw zaatakował głód i zimno. Szybciej niż tyfus. Błyskawicznie zniknęły wszystkie kępki trawy. Kobiety biegały z kijami po baraku i polowały na szczury. Zresztą te szczury były tłuste. Żywiły się do syta w tym baraku – trupiarni. Głodu się nie wytłumaczy, nikt, kto go tak naprawdę nie odczuł, nie zrozumie, do jakich czynów potrafi popychać.

Co dostawaliśmy? Prawie nic nie było przewidziane dla hitlerowskich kurew. Nawet załoga miała ciężko. Kradła, kombinowała po wsiach. Nie będę mówić o objawach zagłodzenia u kobiet, o tym, że miesiączka ustaje, piersi znikają, twarz niby szlachetnieje. Powiem, jak po kilku miesiącach pobytu w obozie spotkałam Ernsta Zuga. Jego matka sprzątała u nas przed wojną. Ślązak, Polak, popierali Piłsudskiego. Stał więc Zug obok placu apelowego, pamiętam, ale jakby zupełnie bez sensu stał, patrzył przed siebie. Był przydzielony do komanda, które codziennie zabierało świeże trupy z baraku, ładowało na wóz i wiozło do lasu zakopać. Ciągnęli ten wóz jak konie. Potem kopali groby, wrzucali zwłoki do ziemi i zanim przysypali niegaszonym wapnem, odcinali ostrymi kamieniami pośladki.

Polacy się odwracali, nie mogli patrzeć. Tak mówił Zug. Od razu zjadał, nie przynosił do obozu. A zaraz po głodzie było zimno. Chodziliśmy tygodniami w tych samych niepranych szmatach, w których przyszliśmy do Zgody. I pamiętam taką panią, która okazała mi serce. Nazywała się Ruth, imienia nie pamiętam. Miała koc. Zobaczyła, że się trzęsę, mówi: chodź do mnie. Wskoczyłam. Jakie to było uczucie. To ciepło. Ona się do mnie jeszcze przytuliła i tak spałyśmy. I nad ranem ciepło zaczęło niknąć. Jakby ktoś wyłączył zasilanie. Kiedy byłam już pewna, że nie żyje… wie pan, jaka była moja pierwsza myśl? Będę miała koc! Własny. A jak buchnęło na mnie ciepło z baraku, w którym gwałcili, to aż się zatrzymałam. I zaczęłam kalkulować. W otwartych drzwiach stał ktoś z załogi, patrzył, nie był zainteresowany i ja mu się wcale nie dziwię, miałam czternaście lat, wyglądałam na dziesięć, ważyłam niecałe 40 kilogramów.

Strażnikami byli wyłącznie Polacy. Jak przychodzili bić – a bili wszystkich mężczyzn – to pytali, ile ma spaść batów. Tyle, co lat miał Hitler? Jakiegoś powstańca śląskiego tak spytali, starszego mężczyznę. Często więźniowie musieli bić się nawzajem. Z pistoletem przystawionym do skroni. Takiemu Józefowi Wiesiołkowi kazali bić swojego ojca. Nie uderzył. Powiedział – a miał ze 12 lat – że ojca się nie bije. To mu strażnik zrobił podcinkę, znaczy przewrócił na żwir, kazał się wypiąć, dał bat ojcu i mówi, że ojciec syna już chyba może. I ten ojciec płakał i bił, z pistoletem przystawionym do głowy. Lekarzem obozowym namaszczonym przez Morela był doktor Głombica. Nie, nie pamiętam imienia. Bestia to była. Pomagał chorym na tyfus, przecinając kozikiem tętnice udowe. Wyraźnie to lubił. Patrzył, jak słabnie ciśnienie wyrzucanej krwi. A przecież przed wojną był w Katowicach dobrze znanym cenionym pulmonologiem”.

Porządki Morela

UB do Zgody-Świętochłowic wysyłał Ślązaków, którzy przyjęli volkslistę, niektórych wprost z ulicy, bez sprawdzania. Ślązak to Foks [volksdeutsch – przyp. red.]. Ale po Niesporków przyszli specjalnie jako do wrogów ludu – bogaczy, przedsiębiorców, ciemiężycieli robotników. Decydował klasizm. O to, że nie będą mogli wykonać ani jednego skutecznego gestu sprzeciwu podczas wywłaszczania, komuniści byli spokojni. Więźniów Zgody karmiono trzy razy dziennie. Rano – kubek czarnej kawy, na obiad trzy czwarte litra wodnistej zupy, a wieczorem – 300 g chleba. Łącznie – 400 kalorii. Franc Brachman, jeden z więźniów: „Kto nie mógł się porozumieć ze swoimi najbliższymi i nie dostawał żadnego dodatkowego jedzenia, w krótkim czasie umierał z głodu”. Salomon Morel ustanowił plan dnia: pobudka między piątą a szóstą – była to godzina na wyrzucanie zwłok zmarłych w nocy i uprzątnięcie ich przez komando. Apel – między szóstą a szóstą trzydzieści, w roli modlitwy pieśń „Kiedy ranne wstają zorze”, potem wyznaczenie garstki więźniów, którzy nadawali się do pracy w świętochłowickiej hucie. Reszta wracała do baraków.

Do latryn można było wychodzić tylko w dziesięcioosobowych grupach. W Zgodzie przebywało jednorazowo tysiąc trzysta osób, w tym wiele dzieci. W ciągu trzystu dni istnienia obozu – od lutego do listopada 1945 roku – zmarło ponad dwa tysiące osób. Morel osobiście podpisał tysiąc osiemset aktów zgonu i te dokumenty przetrwały w świętochłowickim Urzędzie Stanu Cywilnego. Gerhard Grushka, były więzień, napisał we wspomnieniach: „W obozie koncentracyjnym ZGODA faktycznie modlono się publicznie na placu apelowym każdego ranka i wieczora. »Do modlitwy« – brzmiała komenda. W wyprostowanej pozycji śpiewano potem pieśń kościelną, a milicjanci, wśród nich również mordercy z ubiegłej nocy, zdejmowali swoje rogatywki z głów, śpiewając donośnie razem z nami”.

Glos Zachodu

Obozy podległe MBP, zwłaszcza ten w Świętochłowicach-Zgodzie oraz Jaworznie, pełniły rolę miejsc koncentracji Ślązaków, Niemców i innych wrogów ustroju. Z czasem zasiedlili je WiN-owcy, Ukraińcy i Łemkowie. Okrucieństwo nowej polskiej władzy zwróciło uwagę amerykańskiego Czerwonego Krzyża. Dyplomaci brytyjscy z Berlina napisali do Foreign Office w Londynie: „Obozy koncentracyjne nie zostały zlikwidowane, tylko przejęte przez nowych właścicieli. Najczęściej kierowane są przez polską milicję. W Świętochłowicach (Górny Śląsk) ci jeńcy, którzy nie zginęli jeszcze z głodu lub nie zostali pobici na śmierć, muszą noc w noc stać po szyję zanurzeni w wodzie, dopóki nie umrą”. Churchill z oburzeniem przemawiał w Izbie Gmin: „Ogromna ich (Niemców) liczba nie jest zupełnie brana pod uwagę. Nie jest rzeczą niemożliwą, że za żelazną kurtyną rozwija się tragedia na gigantyczną skalę”.

1990: śledztwo w sprawie Zgody

Kiedy rozwiązano obóz w Świętochłowicach, ci, którzy przeżyli dziewięć miesięcy, musieli podpisać dokument zobowiązujący ich do całkowitej dyskrecji. Jeden z więźniów w materiałach IPN dotyczących Zgody wspomina: „Od naszego przełożonego strażnika dowiedzieliśmy się w miesiącu październiku, że obóz na Zgodzie będzie zlikwidowany, a nawet już się go powoli likwiduje. Gdy zapytaliśmy, co będzie z tymi więźniami, odpowiedział, że część się wykatrupi, część choroba wykończy, a z resztą zobaczymy. Tu nie śmie być po obozie śladu”. Nie było go przez niemal pięćdziesiąt lat.Oddziałowa Komisja Badania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu w Katowicach zaczęła badać temat obozu w Świętochłowicach. W lutym 1990 roku ruszyły przesłuchania świadków. Natychmiast pojawiły się zeznania obciążające byłego komendanta, ale on nie planował uciekać. Kiedy po raz pierwszy stawił się przed Komisją w charakterze świadka, do gabinetu, w którym rozmawiał z prokuratorem, weszła z wezwaniem w ręku Dorota Boreczek.

– Pani wie, kto to jest? – pyta z zaskoczenia prokurator.

– No naturalnie, to komendant obozu koncentracyjnego w Świętochłowicach-Zgodzie, Salomon Morel, który odpowiada osobiście lub pośrednio za śmierć wszystkich zmarłych więźniów.

– Coś się tej pani pomyliło, podejrzewam zaburzenia psychiczne, w moim obozie panowały warunki sanatoryjne – odparł były komendant.

Jako świadek zeznał dodatkowo, że więźniowie go cenili, był przyzwoity i pomocny, „nigdy nie czuł potrzeby zemsty, jego obóz to była bajka”. Dodał, że może czasami zdarzało mu się zachować wobec kogoś agresywnie, ale był więźniem Auschwitz-Birkenau i przeżycia obozowe mogły odcisnąć na nim piętno. Spowodować, że czuł silniejszą potrzebę sprawiedliwości niż ci, którzy nie przeszli przez to piekło. Tymczasem partyzancki oddział Morela nigdy nawet nie zbliżył się do Auschwitz-Birkenau, a sam Morel nie był więźniem obozu. Stu wciąż żyjących więźniów Zgody zeznało to, czego nie mogło zapomnieć: tortury, głód, kanibalizm, druty pod napięciem. W lipcu 1992 roku ruszyło oficjalne śledztwo. Cztery lata później prokuratura postawiła Salomonowi Morelowi zarzut ludobójstwa. Po usłyszeniu oskarżenia Morel, któremu pozwolono zeznawać z wolnej stopy, natychmiast wyjechał do Izraela. Dopiero w 2005 roku szef MSZ Adam Rotfeld zwrócił się z oficjalną prośbą do Izraela o ekstradycję oskarżonego, który był wówczas ścigany międzynarodowym listem gończym. Izrael prośbę odrzucił.

Morel, wciąż przekonany o tym, że został zaszczuty przez nową, żądną zemsty władzę, umarł w domu swojej siostry w Jafie 14 lutego 2007 roku.

www.focus.pl/artykul/po-wojnie-w-aus…

Jeden z najbardziej odrażających zbrodniarzy z początków komunizmu-Salomon Morel ,według szacunków historyków miał na rękach krew kilkuset osób!

Mimo iż komendant obozu dożył upadku PRL, nigdy nie odpowiedział za swoje zbrodnie, a przed zarzutami ukrył się w Izraelu. "Przystojny, postawny. Wydatna szczęka"- tak opisuje go Marek Łuszczyna w książce "Mała zbrodnia". Według relacji więźniarek, "Morel ze swoimi kompanami mordował ludzi." Działo się to na ogół w nocy, a rano wywożono ciała ofiar Morela. Świadkowie nie widzieli tego, jednak słychać było straszliwe krzyki katowanych. Kiedy w latach 90. komendant zeznawał jako świadek, twierdził, że więźniowie "uwielbiali" go, a w obozie panowały warunki sanatoryjne.

Swoją karierę w komunistycznej bezpiece zaczął jesienią 1944 r. w Lublinie- na Zamku. Nowa, komunistyczna władza, po ucieczce Niemców, przejęła działające tam podczas hitlerowskiej okupacji więzienie. Na Zamek trafiali wrogowie władzy ludowej- ci prawdziwi i ci domniemani... W pierwszej kolejności byli to żołnierze AK. Kiedy ginęli w egzekucjach, Salomon Morel rozpoczął swoją służbę w tym miejscu. Co ciekawe, w egzekucjach nie brał udziału. Przełożeni skarżyli się na niego, chcieli nawet jego zwolnienia. Stało się jednak inaczej. Morela wysłano do kierowania więzieniem w Tarnobrzegu, a następnie awansował na komendanta obozu Świętochłowice-Zgoda.

"Sanatorium Morela" założyli Niemcy. Za niemieckiej okupacji była to jedna z licznych filli Auschwitz, KL Eintrachthütte. Kiedy Niemcy uciekli pod koniec stycznia 1945 roku Niemcy, obóz został przejęty przez MBP.

Wysyłano tam całe rodziny, Polaków, Ślązaków i Niemców. Kiedy Morel trafił na Górny Śląsk, nie miał pojęcia o jego narodowościowych niuansach. Właściwie nie wiedział i nie umiał niczego. Sam, wypełniając ankietę personalną w bezpiece, wpisał w rubryce kwalifikacje jedno słowo: "żadne".

Pochodził z podlubelskiego Garbowa. Wojna zastała go w wieku 20 lat. Podczas okupacji prawdopodobnie był członkiem leśnej bandy rabunkowej. dy została rozbita, Morela wcielono do komunistycznej partyzantki. Jego dowódcą był Mieczysław Moczar, który później został szefem MSW. Rodzina Morela chciała uniknąć wysłania do getta i ukrywała się, jednak zginęła z rąk granatowych policjantów. Wraz z grupą żydowskich towarzyszy z partyzantki, Morel ostatecznie trafił do Lublina, a następnie- zaczął karierę w bezpiece, żywiąc żarliwą nienawiść do Niemców i ich kolaborantów.

Morel sam ustalił porządek dnia w obozie Zgoda, gdzie jednorazowo przebywało 1-1,5 tys. ludzi. Nad ranem więźniów zrywano z prycz. Sami musieli wyrzucać przez okna baraków ciała tych, którzy zmarli w nocy. Męką dla osadzonch były apele, z których najdłuższy trwał trzy dni, a więźniom nie wolno było pić, jeść ani siedzieć. Zmuszano ich, aby śpiewali "Kiedy ranne wstają zorze".

"Karmiono nas gorzej niż króliki, bo te trawę dostają na gęsto"- mówiło jedno ze świadectw. Za każde, nawet najdrobniejsze przewinienie, przejaw nieposłuszeństwa czy brak zaangażowania w przymusową pracę, osadzonych karano biciem- i to nie tylko na widoku współwięźniów. Morel zapędzał ludzi do baraku wyposażonego w szubienicę, pryczę przystosowaną do bicia, metalowe pręty i wodę do cucenia. Więźniów bito nogą od taboretu, metalową rurką obciągniętą gumą, rękojeścią pistoletu, łomem, pejczem... Z baraku często było słychać nieludzkie wycie katowanych. Komendant Morel sam wymierzał razy i zmuszał karanych do liczenia zadawanych ciosów. Osadzeni byli również zmuszani do bicia się nawzajem.

"Jeżeli mocno nie uderzyło się współwięźnia, to ta osoba występowała z szeregu i była okładana rurką lub bykowcem przez strażników"- opowiadał jeden ze świadków.

Więźniowie byli również upokarzani. Morel i jego ludzie rozsypywali na podłodze miał węglowy i kazali osadzonym zlizywać go. W przeciwnym razie groziło bicie. Ofiarom Morela kazano wynosić w zębach kubły z nieczystościami.

"Wszy były tak duże, że wyglądały jak mrówki. A jeszcze gorsze były pluskwy" – mówiła jedna z osadzonych.

Latem 1945 r. w obozie zaczął rozprzestrzeniać się tyfus, co było nieuniknione w brudzie i braku dostępu do opieki medycznej. Zaczęło się od domu niemieckiego, gdzie osadzono Niemców i prawdziwych lub domniemanych kolaborantów.

Salomon Morel podpisał osobiście ponad 1,8 tys. aktów zgonu, jednak liczba zakatowanych była na pewno wyższa.

Nawet przy likwidacji obozu w 1945 r. strażnicy straszyli: "część zostanie zabita, część umrze sama", "a z resztą zobaczymy". Komendant przeszedł "w nagrodę" do Centralnego Obozu Pracy MBP w Jaworznie, później kierował jeszcze obozami w Katowicach, Raciborzu, Wrocławiu czy Opolu. Od komunistycznych władz doczekał się Krzyża Kawalerskiego Orderu Odrodzenia Polski, a później Odznaki Wzorowego Funkcjonariusza Służby Więziennej. Zdał maturę i ukończył wieczorowy uniwersytet marksizmu-leninizmu, a potem studia prawnicze, zakończone pracą magisterską zatytułowaną "Praca więźniów i jej znaczenie".

W 1968 r. przeszedł na wcześniejszą emeryturę. "Tyle lat z elementem przestępczym zupełnie rozkołatało mi nerwy"-napisał w uzasadnieniu.

Do końca epoki PRL nie doczekał się adekwatnej kary, jedynie trzydniowego aresztu domowego oraz trzech nagan.

W latach 90. emigrował do Izraela, aby uniknąć kary. Izrael odmawiał jego ekstradycji, tłumacząc, że zarzuty przedawniły się, a śmiertelność w obozie nie mogła być tak wysoka. Funkcji w służbie więziennej miały pozbawić go czystki antysemickie roku 1968. Izraelscy urzędnicy podkreślali rónież, że Morel miał problemy zdrowotne. Wówczas był już zresztą w podeszłym wieku.

Umarł przed 10 laty w Tel Awiwie-Jaffie. Były komendant aż do śmierci miał żywić przekonanie, że polskie władze chcą się na nim mścić. Mial również żal, że nie pozwolono mu umrzeć spokojnie w ojczyźnie.

Do śmierci otrzymywał również polską emeryturę wynoszącą prawie 5 tys. brutto.

www.fronda.pl/a/salomon-morel-z…
Anieobecny and one more user like this.
Anieobecny likes this.
olek19801 likes this.
olek19801
TU JEST POLSKA, A NIE POLIN!
Właściciel kampera „Poland not Polin” wygrywa w sądzie z dyrektorem Muzeum Auschwitz! „To hasło nie wzywa do nienawiści!” Aplauz dla sędziego
dakowski.pl/index.php
Anieobecny likes this.
Radek33
Dorota Boreczek, była więźniarka Świętochłowic-Zgody. „Morel przywitał nas słowami: »Wy hitlerowskie ku.wy, Oświęcim to było przedszkole w porównaniu z moim sanatorium«. W obozie były kobiety, dzieci, starsi mężczyźni – oni umierali najszybciej. Najpierw zaatakował głód i zimno. Szybciej niż tyfus. Błyskawicznie zniknęły wszystkie kępki trawy. Kobiety biegały z kijami po baraku i polowały na …More
Dorota Boreczek, była więźniarka Świętochłowic-Zgody. „Morel przywitał nas słowami: »Wy hitlerowskie ku.wy, Oświęcim to było przedszkole w porównaniu z moim sanatorium«. W obozie były kobiety, dzieci, starsi mężczyźni – oni umierali najszybciej. Najpierw zaatakował głód i zimno. Szybciej niż tyfus. Błyskawicznie zniknęły wszystkie kępki trawy. Kobiety biegały z kijami po baraku i polowały na szczury. Zresztą te szczury były tłuste. Żywiły się do syta w tym baraku – trupiarni. Głodu się nie wytłumaczy, nikt, kto go tak naprawdę nie odczuł, nie zrozumie, do jakich czynów potrafi popychać.
Anieobecny likes this.
Radek33
"Komendant polskiego obozu witał zganianych do Świętochłowic-Zgody Ślązaków słowami: „Auschwitz to była pestka przy tym, co wam tu przygotowałem”. Salomon Morel nie żartował, miał wyobraźnię. Osobiście mordował Ślązaków i Niemców. Tak długo bił ich drewnianą pałką, aż ich głowy zamieniały się w krwawą miazgę. Komendant wymyślił też piramidę: kazał kłaść się nagim ludziom jeden na drugim, aż stos …More
"Komendant polskiego obozu witał zganianych do Świętochłowic-Zgody Ślązaków słowami: „Auschwitz to była pestka przy tym, co wam tu przygotowałem”. Salomon Morel nie żartował, miał wyobraźnię. Osobiście mordował Ślązaków i Niemców. Tak długo bił ich drewnianą pałką, aż ich głowy zamieniały się w krwawą miazgę. Komendant wymyślił też piramidę: kazał kłaść się nagim ludziom jeden na drugim, aż stos sięgnie sufitu. Aby być pewnym, że ci na samym dole nie przeżyją, wchodził na wierzchołek i – jeśli miał wystarczająco dużo miejsca – tańczył kalinkę."
Anieobecny likes this.