V.R.S.
2655

Krwawa niedziela w Zabłoćcach

J. Wieliczka-Szarkowa w książce „Wołyń we krwi 1943” pisze: „W czasie krwawej niedzieli, 11 lipca 1943 roku, podczas sprawowania Mszy św. zginęło dwóch kapłanów. 74-letniemu ks. Józefowi Aleksandrowiczowi, proboszczowi z Zabłoćców w powiecie włodzimierskim, oprawcy w bestialski sposób skręcili kark i porzucili ciało na stopniach ołtarza”.

Ksiądz Aleksandrowicz, urodzony w roku 1869, w Kochanowiczach, święcenia kapłańskie otrzymał w roku 1893. Był potem wikarym w Żytomierzu i Kowlu, administratorem w Chabnem, Zasławiu i Litowiżu, proboszczem w Sławucie, Potaszni, Niewirkowie a od roku 1936 – w Zabłoćcach (Zabłotcach) na Wołyniu, 11 kilometrów od obecnej polskiej granicy. Już w roku 1919 został aresztowany przez bolszewików, w latach kolejnych był przetrzymywany w moskiewskich więzieniach Nowospaskie i Butryki, w roku 1924 w ramach wymiany z Polską wyszedł na wolność. 11 lipca 1943 roku wraz z Księdzem ukraińscy nacjonaliści zamordowali ponad 70 wiernych.

Władysław i Ewa Siemaszko w swojej monografii o ludobójstwie na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej piszą:

11 lipca 1943 r. uzbrojeni Ukraińcy ze zgrupowania UPA Martyniuka z udziałem miejscowych Ukraińców pod komendą Iwana Kici przystąpili do mordowania Polaków. Do kościoła, gdzie ksiądz odprawiał poranną mszę wtargnęli upowcy. Kilka osób uczestniczących we mszy uciekło, a oprawcy dopadli księdza i znęcając się, powiadali: „niech ciebie polski Bóg ratuje”. Przebieg wydarzeń we wsi i majątku był taki sam jak w koloniach Gurów, Nowiny, Wygranka. Po południu dokonano rabunku mienia po zamordowanych. Zamożny Ukrainiec- gospodarz z Zabłociec, mający 40 ha ziemi i murowane zabudowania, zabrał z wymordowanych polskich domów z Zabłociec i okolicy 15 maszyn do szycia. Zginęli: ksiądz proboszcz Józef Aleksandrowicz, lat 74 (były więzień bolszewików); służąca księdza (staruszka) o nie zapamiętanym nazwisku; bracia Zygmunt i Wincenty Górscy; Teresa Górska, c. Bolesława; rodzina Kalinowskich; rodzina Puszczałow- skich; rodzina Sadowskich; Karolina Serwatowska z d. Górska, jej dzieci: Zofia, Henryk (któremu rozerwano usta, ponieważ krzyczał „Niech żyje Polska”) oraz druga zamężna córka Eufrozyna Wójcik i jej troje dzieci: Wiesława, lat ok. 16, Bogusława, ok. lat 14, Zyta, lat ok. 6; około 30 osób służby folwarcznej z majątku (ich zwłoki znaleziono koło figury św. Jana w pobliżu majątku) oraz wiele innych osób o nie zapamiętanych nazwiskach. Łącznie zginęło 76 osób. Łucję Serwatowską uratował miejscowy Ukrainiec.

Barokowy kościół murowany pw. Św. Trójcy postawiony w latach 1760-1773 kosztem Michała Gurowskiego został później zniszczony, a plebania spalona — najprawdopodobniej w następnych po napadzie dniach lipca 1943 r. Po 11 lipca 1943 r. do cerkwi i stodół duchownego prawosławnego Ukraińcy zwozili zrabowane polskie mienie. We wsi pozostali Polacy spokrewnieni z Ukraińcami. Większość z nich przyjęła pod presją prawosławie, co miało gwarantować bezpieczeństwo. Nastał czas pozornego spokoju, w którym przeprowadzono żniwa. We wrześniu upowcy obchodzili Polaków, zapewniając, że nic nikomu się nie stanie i żeby nie uciekali, strasząc głodem, który ich czeka, gdy wyjadą do Generalnego Gubernatorstwa. 7 września 1943 r. upowcy z miejscowymi chłopami ukraińskimi obeszli wszystkie domy i wszystkich Polaków z rodzin mieszanych (łącznie we wsiach Zabłoćce i Żdżary — 116 osób) wymordowali. Mężczyzn, kobiety i dzieci mordowano na miejscu, dziewczęta w lesie po zgwałceniu. Przyjęto, że w Zabłoćcach zginęło 58 osób
.”

Z raportu Jana Cichockiego „Wołyniaka” – „Wypadki na Wołyniu w powiecie włodzimierskim” dla Komendy AK Lwów, z 21.09.1943 r.:

„Wrogie nastawienie ludności ukraińskiej do Polaków dało się wyczuć od pierwszych dni wojny, tj. od września 1939 r. We wrześniu 1939 r. młodzież ukraińska niechętnie szła do Wojska Polskiego, chłopcy często uciekali z bronią w ręku z wojska, rabowali, zabijali uciekinierów polskich z zachodu, rozbrajali żołnierzy polskich i policję, a także organizowali czerwoną milicję.

Podczas pobytu Sowietów na mitingach wykrzykiwali, że im wielka krzywda działa się za Polaków. Następstwa tego później były takie, że politruki i komandiry sowieckie w czasie wywożenia ludności polskiej na Syberię i do Archangielska wyrażali się tymi słowami: „My przecież do was nic nie mamy, bo was nie znamy, robimy to na życzenie i prośbę tutejszej ludności ukraińskiej, która zna was i wie dobrze, kto z was jest winien.” Osadnik polski, oficer, policjant lub działacz społeczny nie mógł się ukryć przed N. K. W. D., bo w każdej wsi było bardzo dużo aktywistów spośród miejscowej ludności obojga płci, którzy sami wyłapywali i wydawali w ręce N. K. W. D. Polaków, a za to dostawali nagrody pieniężne, lub też zajmowali dobre stanowiska w urzędach sowieckich.

Po krótkim czasie Sowieci dali się też poznać Ukraińcom (kołchozy, wywóz, aresztowania), to też zaczęli oni narzekać i na Sowietów. Wiele z młodzieży ukraińskiej uciekało za Bug do Niemców. Wstępowali do ukraińskiej milicji w G[eneralnym] G[ubernatorstwie], lub też w inny sposób pomagali Niemcom gnębić Polaków. Opowiadali oni, że tylko u Niemca jest prawdziwy raj, układali modlitwy i pieśni do Hitlera, by ten ich jak najprędzej wyzwolił od bolszewików. Wielu z nich pracowało na rzecz Niemców w tzw. podpolnej 1 robocie po stronie sowieckiej. Aż wreszcie nadszedł oczekiwany dzień 22 czerwca 1941 r. Ludność ukraińska witała Niemców z wielkim entuzjazmem. W każdej wsi były porobione bramy triumfalne, sypano kopce, stawiano krzyże z pamiątkowymi tablicami — radość była wielka nie do opisania, że wreszcie będą mieli „Wolną Ukrainę”. (…)

Władze niemieckie w roku 1942 w dniach od 11 do 16 czerwca dały pozwolenie milicji ukraińskiej strzelać [do] Polaków, którzy przychodzą z innych rejonów na Wołyń. W ciągu tych 4 dni ukraińska milicja z posterunku Poryck zastrzeliła tylko w jednej wiosce Samowola koło Porycka 12 Polaków, w tym 6 kolejarzy ze Lwowa, którzy w tym czasie przychodzili kupować chleb na Wołyń. Obdarto z nich odzież i zakopano w lesie, niedaleko leśniczówki. Na kolonii Wygranka [gm. Grzybowica, pow. Włodzimierz Wół.], Romanówka [gm. Poryck] i Korczunek [gm. Grzybowica] milicja ukraińska z posterunku Iwanicze [gm. Poryck] również zastrzeliła przeszło 20 Polaków z Galicji, którzy przychodzili na Wołyń za chlebem. Taż milicja po wymordowaniu Żydów na Wołyniu publicznie przechwalała się, a nawet śpiewała pieśni, że „skończyliśmy z Żydami, teraz będziemy to samo robić z Polakami”. (…)

W nocy z 18 na 19 marca 1943 r. prawie we wszystkich okolicznych wioskach i miasteczkach, pomordowano wiele osób rekrutujących się z inteligencji. (…) Wieś Zabłoćce [gm. Grzybowica] — zarządca majątku Jan Figel i organista parafii rzym[sko]kat[olickiej] Józef Łebkowski dostali po kilkanaście kłuć nożem, oczy im powyjmowano, paznokcie u rąk i członki poodrzynano, obaj związani drutem kolczastym. W tak okrutny sposób zmasakrowanych znaleziono ich po dziesięciu dniach. (…) W nocy [z 19] na 20 marca milicja ukraińska opuściła swe posterunki i wraz z całym ekwipunkiem i bronią, w którą zaopatrzyły ich władze niemieckie, wyjechała do lasów, werbując sobie do pomocy podobnych im chłopów. Od tegoż dnia ta milicja, która stanowiła organ bezpieczeństwa, zamieniła się w wielką bandę. Od tego czasu prawie w każdej wiosce pojawiały się ulotki podburzające ludność, by nie dawać Niemcom kontyngentu, nie odbywać różnych świadczeń, nie słuchać władz i zarządzeń niemieckich. Ulotki te były podpisane przez centralny Komitet O. U. N. z Banderą i jego zastępcami na czele. Od tego czasu powstały masowe rabunki ludności polskiej; gdzie polska ludność próbowała się bronić, palono ich mienia, mordowano całymi rodzinami.

Przez cały kwiecień [1943 r.] były tylko poszczególne morderstwa i rabunki. Podobnie było i w maju. Kiedy Polacy prosili bandytów, by ustali z rabowaniem, bo prawie każdy dom był całkiem zrabowany z odzieży i żywności, to bandyci uspokajali ludność, że to nie oni to robią, tylko przeróżne bandy na ich rachunek, by poderwać im wśród ludności autorytet, że sami partyzanci śledzą te bandy i pragną je zniszczyć, że ukraińska partia działa w porozumieniu z polską organizacją, by wspólnymi siłami wypędzić naszego wroga. Rozklejali oni i ulotki po wsiach i koloniach polskich, żeby Polacy szli do ich band do lasu i przynosili ze sobą broń, jaką kto posiada, żeby łączyli się z Ukraińcami, bo to się robi w porozumieniu z polskimi władzami organizacyjnymi. Na pytanie, dlaczego w okolicy Łucka mordują Ukraińcy Polaków, odpowiadali, że mordują tych tylko Polaków, a nawet i Ukraińców, którzy poszli na usługi Niemcom t. j. są volksdeutcherami, wstąpili do niemieckiej policji lub trudnią się szpiegostwem na rzecz Niemców.

W międzyczasie pojawiły się po wsiach odezwy władz niemieckich, by milicja, która samowolnie opuściła swe posterunki i poszła z bronią w lasy, powróciła w terminie do 1 czerwca na zajmowane poprzednio stanowiska, to kara im będzie darowana, po tym zaś terminie, kto nie wróci będzie uważany za bandytę. Mimo to nikt z milicjantów nie powrócił. Wtedy władze niemieckie ustawiły swoje posterunki na tych samych placówkach. Jednak policja niemiecka poza obręb swego obejścia wokół posterunku nigdzie w teren nie wyruszała, chociaż wokół nich palono zagrody, rabowano i mordowano. Po krótkim czasie zwerbowały władze niemieckie do pomocy znowu nowych milicjantów ukraińskich, uzbrojono ich i znowu ci po 2 tygodniach opuścili z bronią w ręku swe posterunki, udając się do lasu. Wypadek taki miał miejsce w miejscowości Poryck na I piętrze pałacu hr. Czackiego. Tam mieściła się niemiecka żandarmeria, zaś na parterze była nowo zorganizowana ukr[aińska] milicja. Milicja ta zaraz po zachodzie słońca wyjeżdżała furami do lasu, a Niemcy stali w otwartych oknach i zupełnie na to nie reagowali.

W nocy z 24 na 25 maja br. na terenie pow. włodzimierskiego ukraińskie bandy spaliły doszczętnie wszystkie dwory i folwarki, tłumacząc to tym, że dwory na Wołyniu od dawna były i są ostoją polskości, że tylko po dworach polskich wychowywali się patrioci polscy, dlatego też należy zniszczyć zupełnie te pamiątki polskości, by zatrzeć ślady Polaków na Wołyniu. (Nazwy spalonych dworów mogą być podane w razie potrzeby).

Czerwiec też upłynął w masowych rabunkach i pożarach, nawet mniejszych i biedniejszych zagród polskich. Charakterystycznym był fakt, że przed masowym morderstwem Polaków w pierwszych dniach lipca Niemcy opuścili swe posterunki po wsiach i miasteczkach. Obsadzili natomiast dworce kolejowe i miasta powiatowe, a wsie i miasteczka pozostawili na pastwę losu. Zaraz po tym fakcie już w biały dzień, otwarcie, milicja zwana ukraińskim wojskiem, robiła zebrania gromadnie pod gołym niebem lub w budynkach publicznych, nawołując ludność do mobilizacji i zbierania kontyngentów w postaci ubrań i żywności na rzecz partyzantów. Dnia 10 lipca milicjanci jeździli furmankami po wsiach i zbierali kontyngent w postaci tłuszczu, chleba, samogonu, uspakajając ludność polską i ukraińską, że oni już są tak silni, że się zupełnie Niemców nie boją.

Tegoż dnia wieczorem rozstawione były patrole po wszystkich drogach, każdego przytrzymywano i odsyłano do domu mówiąc, że nie wolno z domów się wydalać, bo będą strzelać. O godz. 9 wieczorem tegoż dnia byli rozesłani tajni gońcy do wszystkich ukraińskich domów, by wszyscy mężczyźni z wyjątkiem tych, którzy mają w rodzinie Polaków krewnych, stawili się o godzinie 12 w nocy: kto ma broń, to z bronią, a kto nie ma, to z tępym narzędziem, siekierami, kosami, widłami itp. w omówionym miejscu. Było to zrobione pod pozorem, że ma to być próbna mobilizacja albo napad na najbliższą stację kolejową, lub na graniczne posterunki niemieckie. Kobiety o tym nic nie miały wiedzieć, bo mogłyby zdradzić tajemnicę. Domy polskie i kolonie polskie były już strzeżone przez rozstawionych chłopów miejscowych i partyzantów, by nikt nigdzie nie wyruszał z domu przez całą noc. O godz. 11 w nocy przyjechali z lasów milicjanci, względnie partyzanci, uzbrojeni oni byli od stóp do głów, mieli ręczną broń. Po spożyciu kolacji w oznaczonych domach, zrobili zebranie, na którym oświadczyli, że chcąc mieć wolną Ukrainę, należy w pierwszym rzędzie wytępić wszystkich Polaków, bo ci stoją im na przeszkodzie i również muszą pomścić krew swoich braci, których Polacy mordują w Chełmszczyźnie, ta rezolucja była uchwalona po wszystkich wsiach o jednej i tej samej porze. Zaraz po zebraniu udały się hordy chłopów wraz z bandytami do polskich domów i na polskie kolonie. Na dwie polskie kolonie Gurów i Wygrankę [obie w gm. Grzybowica] położone w południowej części pow. włodzimierskiego szli chłopi ze Zdżar [gm. Grzybowica], Iwaniec [gm. Poryck] i Romanówki [gm. Poryck], z północy z Myszowa [gm. Grzybowica], z zachodu z Zabłociec i Bielicz [obie w gm. Grzybowica].

O godz. 2 min. 30 po północy w dniu 11 lipca 1943 r. rozpoczęła się rzeź. Każdy dom polski okrążało nie mniej jak 30-50 chłopów z tępym narzędziem i dwóch z bronią palną. Kazali otworzyć drzwi, albo w razie odmowy rąbali drzwi. Rzucali do wnętrza domów ręczne granaty, rąbali ludność siekierami, kłuli widłami, a kto uciekał strzelali doń z karabinów maszynowych. Niektórzy ranni męczyli się po 2 lub 3 dni zanim skonali, inni ranni zdołali resztkami sił dotrzeć do granicy powiatu sokalskiego. Od godz. 2 min. 30 w nocy do godz. 11 przed południem były doszczętnie wymordowane położone w pobliżu siebie następujące kolonie: Nowiny, Gurów Duży, Gurów Mały, Wygranka [wszystkie w gm. Grzybowica], Zygmuntówka i Witoldówka [obie w gm. Poryck]. Zginęło tam straszną śmiercią ponad 1000 osób. Po morderstwie, zaraz po południu tegoż dnia, nastąpił rabunek. Chłopi z sąsiednich wsi przychodzili i zabierali: konie, wozy, ubrania, pościel, krowy, świnie, kury — inwentarz żywy i martwy. Jeden bogaty chłop ze wsi Zabłoćce, mając 40 ha ziemi, zabudowania murowane, zabrał 15 maszyn do szycia. Po rabunku jedli obiad na tejże kolonii. Po spożyciu obiadu przeszli drogą przez kolonię i śpiewali, że Lachów wymordowali. Do kilku domów pozwlekali z drogi i podwórzy trupy i zapalili całe zagrody.

We wsi Zabłoćce został zamordowany o godz. 9 rano ksiądz proboszcz śp. Józef Aleksandrowicz. Zginął on śmiercią męczeńską. Prócz niego zginęli: służąca jego — staruszka, organista, około 30 osób służby folwarcznej, 8 osób rodziny Serwatowskich, rodziny — Kalinowskich, Puszczałowskich, Sadowskich i in., razem około 35 osób. Kolonia Zdżary 6 — w tym czasie zginęły rodziny Drozdów (8 osób), Skrzypaczów (8 os.), Bieleckich (5 osób) i wiele pojedynczych — razem około 30 osób. (…)

W miasteczku Poryck o godz. 10 [ludzie] zebrali się na nabożeństwo w kościele parafialnym, przeważnie kobiety i dzieci z Porycka i okolic, gdzie akcji jeszcze nie było. Mężczyzn było bardzo mało, bo już obawiali się pokazywać na ulicach. Po godz. 10 rozpoczęła się msza św. Po odśpiewaniu suplikacyj bandyci okrążyli kościół i część ich stanęła w głównych drzwiach, a inni w drzwiach do zakrystii. Nagle posypały się strzały w stronę ołtarza. Ksiądz proboszcz Szawłowski został ranny w lewą rękę, a jeden z ministrantów zabity na miejscu. W kościele zrobił się popłoch, ludność nagromadziła się u wyjścia. Bandyci zaczęli rzucać ręczne granaty między tłum zgromadzony w kościele. Padło wielu zabitych, zaś rannym ksiądz udzielił rozgrzeszenia. Kto został żywy, krył się po kątach, na chór, do podziemi kościelnych. Bandyci strzelali do kościoła z karabinów maszynowych. Ksiądz proboszcz po raz drugi został ranny i padł. Jedna z kobiet, nie tracąc przytomności umysłu, pomogła księdzu wydobyć się spod trupów i wysunąć z kościoła. Bandyci widząc męczącego się księdza śmieli się, zaś jeden z nich, mieszkaniec Starego Porycka podszedł do rannego i dobił go.

W kościele pozostali pobici i ranni. Wtedy bandyci nanieśli przed wielki ołtarz słomy, poznosili z zakrystii krzesła i szafy, złożyli na jeden stos, a do środka wstawili dwa pociski artyleryjskie i podpalili. Jeden z pocisków eksplodował, a od wybuchu tynk i okna z ramami wylatywały, padając na ciała pobitych. Dużo rannych spaliło się przy tym, konając w strasznych męczarniach. Później zbrodniarze wykopali duży dół obok dzwonnicy i zakopali tam przeszło 120 osób. Zaś około 30 osób, którym udało się ukryć w podziemiach kościelnych, po skończonej akcji, kiedy bandyci oddalili się, wyszli by poznać swoich krewnych. Widzieli tylko zwał trupów zbroczonych krwią i obsypanych tynkiem, częściowo popalonych. (…)”

za: E. W. Siemaszko – Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia. 1939-1945. Tom II

Władysław Filar:

„(…)W nocy z 18 na 19 marca 1943 r. w Zabłoćcach gmina Grzybowica bestialsko zostali zamęczeni zarządca majątku Jan Figiel oraz organista parafii rzymskokatolickiej Józef Łebkowski. Ich zwłoki odnaleziono dopiero po 10 dniach. Byli związani drutem kolczastym, mieli wykłute oczy i poobcinane członki. 19 marca w Żdżarach zastrzelono Kazimierza Maderskiego. Zanim zginął, dostał osiem kul. (…)”

za: M. Koprowski – Wołyń. Epopeja polskich losów

Ecce Homo - Andrea Mantegna, koniec XV w.
Lilianna Maria Lachowicz
Ukraińcy potrafili butami wbić niemowlę w ziemię...Znam to z wiecu , od świadków zdarzenia.
Lilianna Maria Lachowicz
Mamy pamiętać!