Nigdy jak w tych dniach nie było tak oczywiste, co znaczy pozostawać poza „dobrą walką” i ostatecznie poza Kościołem wojującym. Nie muszę mówić, że ciągłe, pełne nadziei i ufności wyciąganie rąk ku bratu Leonowi XIV Prevostowi, błagając o serdeczne uściski, może wydawać się – zanim jeszcze stanie się ckliwe – bezużyteczne i jedynie retoryczne. Ufam, że to czas i rzeczywistość uświadomią, podczas trudnej przeprawy przez pustynię, która czeka przyjaciół lefebrystów, iż epoka rozmów i wizyt kurtuazyjnych ad limina proditorum („do progów zdrajców”) skończyła się na zawsze. Po drugiej stronie mamy rozmówcę milczącego, rozproszonego i nieobecnego, który od ponad roku zasiada na Stolicy Piotrowej i który – niczym zwykły urzędnik katastru – niczego nie oczekiwał ani nie pragnął, poza „autorytatywnym” zamknięciem sprawy Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X (FSSPX), aby potem móc wyjechać na wakacje do Castel Gandolfo, między sportem, spacerami, pocałowaniem jakiegoś nieszczęsnego dziecka i wycieczkami po Castelli.
Prevost jako katolicki papież ma ciągłe wakacje, bo zdecydowanie nie głosi nauczania Kościoła Katolickiego tylko tylko globalizm i międzyludzkie zjednoczenie.
Przed tym kłania się FSSPX. Ale co teraz z tym ich „una cum"? Czy obłudnie nadal będą podczas Mszy tę bluźnierczą formułę wypowiadać, skoro sam antychryst Prevost, wyraźnie dał im do zrozumienia, że żadnego „una cum" nie ma? Tylko jedną drogę ma FSSPX - drogę Prawdy i odcięcia się od tego, co jest kościołem diabła. Powinni złączyć się z Prawdziwymi Katolikami, czyli na chwilę obecną z sedewakantystami, którzy z szacunku do papiestwa i Świętego Kościoła, nazywają Prevosta i poprzedników po imieniu.