V.R.S.

Piękny słoneczny dzień w Porycku

Stanisław Filipowicz
"Pamiętny dzień 11 lipca 1943 roku - była to niedziela. Piękny słoneczny dzień i z moją mamą Katarzyną i siostrami Józefą, Genowefą i siostrzenicą, lat pięć, udaliśmy się do kościoła na nabożeństwo, na godzinę 11. Nim rozpoczęło się nabożeństwo, wśród ludzi było jakieś takie poruszenie. Się później okazało że ktoś z obecnych w kościele dorosłych ludzi zauważył trzech Ukraińców, którzy przyszli, żeby rozpoznać sytuację wewnątrz kościoła. W wyniku tego zamieszania część ludzi zaczęła z kościoła wychodzić...

Ludzie zaczęli krzyczeć, zaczęli biegać i ksiądz Bolesław Szawłowski próbował uspokajać ludzi. I w pewnym momencie wkroczyli Ukraińcy z karabinami i stanęli w drzwiach obok ołtarza, i zaczęli oczywiście strzelać do zgromadzonych wiernych w kościele. Trudno to opisać, co się wówczas działo. To po prostu było piekło, ten krzyk, ten jęk, ten ból rannych - niekiedy mi się jeszcze śni po nocach. Młoda dziewczyna, lat około 17 - blondyna, pamiętam, że miała bardzo długie warkocze, sięgające gdzieś do kolan - w pewnym momencie zerwała się z posadzki i krzyknęła: „zabiliście moją matkę, zabiliście moją rodzinę, zabijcie i mnie!”. Oczywiście padły strzały i pamiętam, jak ona się tak powoli osuwała i upadła na posadzkę. Ja siedziałem za filarem w takiej wnęce z matką, mama mnie zasłaniała swoim ciałem i kątem oka widziałem dwóch, jak chodzili i dobijali, strzelali do nich. Moja mama już chyba wówczas była też ranną. Mój strach był ogromny. Oczywiście ludzie się modlili, ludzie błagali Pana Boga, żeby przeżyć. Błagałem Boga, żeby ta śmierć nastąpiła wtedy jak będę uciekał, żeby do mnie strzelili z tyłu, nie z przodu, żebym ja tego nie widział. O to cały czas prosiłem pana Boga...

Po tych strzałach ci bandyci zaczęli wnosić słomę. Tą słomę podpalili. Jak się później okazało to do tej słomy włożyli jakieś materiały wybuchowe, granaty czy pociski. Przerażenie moje było: spłoniemy żywcem. Nie było czym oddychać. Zacząłem błagać moją matkę, żeby uciekać. Mama usłuchała mojej prośby i wtedy zauważyłem, że chyba była ranna już. Zrobiliśmy kilka kroków, oczywiście gwizd kul, mama padła. Ja, przerażony, nie wiedziałem, co mam robić. Próbowałem mamę podnieść, nie dałem rady. Próbowałem przedostać się w kierunku drzwi, oczywiście gwizdy kul, padłem. Próbowałem się czołgać. Tuż za progiem usłyszałem swoją starszą siostrę, Józefę, ranną. Miała on wówczas 18 lat. Prosiła i błagała mnie o pomoc. Próbowałem sprowadzić pomoc i przedostać się dalej na zewnątrz. I próbowałem wraz z dwoma lub trzema osobami przedostać się na strych budynku, który przyległy był do kościoła. Tam przeleżałem kilka godzin, gdy tymczasem okazało się, że jakaś kobieta zaczęła wołać: „ludzie, ludzie, ludzie, ludzie czy jest tu kto żywy?! Jak jest, to wychodźcie, bo w tej chwili jest straszna ulewa i Ukraińcy odeszli od kościoła. Jest kto żywy?” Nie bardzo wiedziałem, czy to jest rzeczywiście autentyczna osoba, czy jest może wysłana przez Ukraińców. Oczywiście jak wychodziłem, to z chóru spojrzałem na posadzkę kościoła. To był taki obraz, jak, jakby całą posadzkę ktoś posypał mąką i tą mąkę wymieszał z jakąś czerwoną farbą. To był ten tynk z tych strzałów, z tych wybuchów z kościoła i oczywiście ludzka krew."

(z programu Wołyńskie Łuny A. Lisieckiej (PR 2))

"Miałem wtedy 15 lat. W niedzielę 11 lipca 1943 r. poszedłem z rodziną do kościoła. Mszę święta o godz. 11 prowadził ks. Bolesław Szawłowski. – Kościół był pełen ludzi zarówno z Porycka jak i okolicy. Nie służyłem do Mszy, choć byłem ministrantem. Podczas nabożeństwa kościół został otoczony przez uzbrojone bandy ukraińskie. Rozpoczęła się strzelanina...

Po jakimś czasie bandyci weszli do kościoła. Widziałem jak upadł ksiądz Szawłowski. Widziałem jak oprawcy stanęli przy ołtarzu i zaczęli strzelać do ludzi. Ci, których nie dosięgły kule bandytów, zaczęli się chronić, gdzie tylko kto mógł: we wnękach, za filarami. Ja z matką schroniłem się pod ścianą za filarem. W pewnym momencie bandyci zaczęli wnosić do kościoła słomę. Umieszczono w niej materiały wybuchowe. Byłem przekonany, że zginę tak jak inni. W gorącej modlitwie prosiłem Boga, bym zginął podczas ucieczki, trafiony w plecy....

Gdy znaleźliśmy się na korytarzu, który otaczał główną nawę kościoła, poczułem silny przeciąg i gwizd kul. W tym czasie matka upadła zastrzelona. Biegłem dalej do wyjścia. W pewnym momencie zobaczyłem starszą siostrę, 18-letnią Józefę. Była ranna, leżała we krwi, błagała o pomoc. Usiłowałem ją podnieść, lecz nie dałem rady. Powiedziałem, że sprowadzę pomoc. Wtedy na wprost głównego wyjścia zobaczyłem bandytów. Strzelano do mnie. Upadłem i zacząłem z powrotem czołgać się do kościoła...

Przeleżałem kilka godzin. Zaczął padać deszcz. Woda bębniła w dach tuż nad moją głową. Płakałem i dzwoniłem ze strachu zębami."


(za: To moja ostatnia misja - Dziennik Wschodni )

Kościół św. Trójcy i św. Michała Archanioła w Porycku

Jan Bławat
"... weszliśmy do kościoła. Dziadek udał się do czwartej ławki w prawym rzędzie, siadając na skraju od środkowej nawy. Siostry stanęły pod amboną bliżej balustrady i ołtarza. Brat został z tyłu za ławkami, a ojciec ze mną zatrzymał się obok znajdującego się nieopodal konfesjonału. Kościół zapełniał się powoli, ksiądz proboszcz Bolesław Szawłowski rozpoczął celebrować Mszę świętą. Wsłuchani w Introitus nie przeczuwaliśmy nawet, że kościół otoczyła już banda Ukraińców UPA.

Nagle usłyszałem odgłos strzałów z ciężkiego karabinu maszynowego dolatujący od strony głównego wejścia do kościoła. Tata błyskawicznie posadził mnie w niszy po zrabowanej w 1939 roku przez Sowietów figurze Matki Bożej. Padły pierwsze ofiary spośród wiernych stojących w środkowej nawie. Wówczas, aby zapobiec dalszej masakrze, a przy tym okupując to w większości własną śmiercią, stojący pod chórem ludzie zamknęli drzwi główne. Ksiądz Bolesław Szawłowski, widząc tylu rannych i zabitych, przerwał mszę świętą, wszedł na ambonę i udzielił ostatniego rozgrzeszenia zabitym, rannym oraz żywym klęczącym przed Bogiem w obliczu śmierci. Wypowiadając jeszcze ostatnie błogosławieństwo dodał słowa: Bracia Polacy, giniemy za wiarę..."


(za: wolyn.org/…ciele-parafialnym-w-porycku-- …)

Ryszard Jezierski

"My z tatą i Tośkiem Gąsiorowskim poszliśmy na sumę (to tak na 11-tą godzinę) do kościoła... W kościele jak spostrzegłem było dość dużo ludzi. Były tam całe rodziny, z małymi dziećmi na rękach. Wuj Palinko (kościelny) zadzwonił sygnaturką, a po chwili wszedł ksiądz Szawłowski z ministrantami, rozpoczęła się suma. Już nie pamiętam, w jakim momencie, ktoś wszedł do kościoła i krzyknął Ukraińcy- upowcy są przed kościołem. Zrobiło się ogromne poruszenie, ludzie zaczęli biegać, (do drzwi i z powrotem do ołtarza) dzieci płakały. Ale msza trwała nadal. Dopiero gdy otworzyły się główne drzwi i z nich zaczęto strzelać z karabinu maszynowego, zrobił się popłoch, ogromny krzyk i lament. Ludzie biegali tam i z powrotem, padali, klękali, modlili się i krzyczeli, a najwięcej było słychać krzyki małych dzieci...

Ojciec złapał mnie za rękę i pociągnął do wieży i schodami na chór. (Karabin maszynowy cały czas strzelał) i słychać było pojedyncze strzały karabinowe. Tam już był organista Zegarski i jeszcze parę osób (nie pamiętam już ich nazwisk).... Biegliśmy poddaszem aż do drugiej wieży w której (wiedzieliśmy) że nie było tam schodów. W szybkim biegu przeszkadzały nam grube belki, podtrzymujące zadaszenie. Ale dzięki tym belkom mieliśmy się potem za czym później schować.

Biegnąc słyszeliśmy cały czas, jak strzelał karabin maszynowy i wtórowały mu pojedyncze wystrzały oraz wybuchy granatów. Nie zdawałem sobie sprawy, co się tam dzieje, ojciec ani znajomi nie zabierali głosu, nie mniej byli wystraszeni jak ja. Schowaliśmy się za ostatnią belką rusztowania i siedzieliśmy jak myszy, cicho i z zapartym tchem. W okuł nas było ciemno, gdyż jak już wspominałem nie było schodów z tej wieży. Wejście do wieży było zamurowane. Po jakimś czasie zobaczyliśmy w poświacie okna nad zakrystią, dwie postacie idące w naszą stronę. Byli to mężczyźni z karabinami szli w naszym kierunku. Zrobiło się małe poruszenie, ale tata powiedział siedźcie cicho to może nas nie zauważą. Wszyscy myśleli to samo, że może nas już odkryli. Dreszcz przeszedł chyba wszystkim po plecach Jeszcze bardziej przylepiliśmy się do belek i czekaliśmy, co będzie dalej. Oni uszli jeszcze z parę metrów, przechodząc przez belki poddasza i stanęli nadsłuchując, a my wstrzymaliśmy oddech. Po paru minutach tak silnego napięcia odetchnęliśmy, zauważyliśmy że oni (a byli to najpewniej mordercy z kościoła) zawrócili i odchodzą, a my odetchnęliśmy z ulgi...

Gdy byliśmy zajęci ostatnimi przeżyciami i podsłuchiwaniem co dzieje się w kościele niespodziewanie zaczęło grzmieć i błyskać. Spadł spadł duży (ulewny) deszcz, słyszeliśmy jak dudnił o blachę dachu. Bardzo głośno grzmiało. Okazało się, że burza była gwałtowna i trwała krótko, ale to wystarczyłoby ,,upowcy’’ wynieśli się z kościoła. To już było około czwartej godziny po południu. Takie było nasze napięcie przez ten czas, że nie liczyliśmy ile to wszystko trwało. Ktoś wszedł od zakrystii i powiedział nam, że Ukraińców już nie ma w kościele...

Wychodząc z wieży do kościoła zobaczyliśmy, co się stało, ogarnęło nas przerażenie i strach. Na posadce kościoła leżała biała powłoka i ludzie byli cali biali. Okazało się, że jak upowcy zapalili słomę by zdetonować pocisk artyleryjski (pocisk miał zniszczyć ołtarz) to posypał się tynk wapienny z sufitu i ścian kościoła. Ten pył pokrył wszystko białym proszkiem i kawałkami tynku (posadzkę i ludzi). Wybuch nie zdołał zniszczyć ołtarza. Tylko nadpalone zostały stopnie przed ołtarzem i dywany.
Dużo ludzi leżało w kałużach krwi, inni klęczeli, jeszcze inni wołali o pomoc. Widziałem jak jedni pomagali drugim by się wydostać z pod innych nieżyjących ciał. Jeszcze inni wynosili na rękach swoich zmarłych lub rannych."


za: (Wspomnienia z powiatu włodzimierskiego na Wołyniu )

Julia Gruszczyńska

„W kościele zrobił się szum, zamieszanie, ludzie chcieli wychodzić z kościoła... W tym momencie rozległ się strzał i do kościoła weszła chwiejnym krokiem postrzelona kobieta. Wówczas nie wyszliśmy z kościoła, ale udaliśmy się na chór, a stamtąd z organistą Aleksandrem Zegarskim schowaliśmy się w wieży kościelnej, która była w tym czasie w remoncie. I tak, leżąc na deskach wśród rupieci i rusztowania, widziałam: wyszedł ksiądz [Bolesław] Szawłowski z zakrystii i stanął przed ołtarzem. Przemówił do ludzi, prosząc o spokój, stwierdzając, że smutny los nas spotkał, i zaczął się modlić. W tym momencie z zakrystii wszedł do kościoła jeden Ukrainiec i strzelił do księdza i kościelnego. Mimo to ksiądz nadal modlił się i udzielał wiernym rozgrzeszenia, aż drugi raz postrzelony, padł na posadzkę.
Jednocześnie dwoma bocznymi drzwiami kościoła weszło dwóch Ukraińców z karabinami i każdy z nich, idąc obok rzędów ławek, zaczęli strzelać osobno do każdego człowieka. Zabijali pomału, z dokładnością, aby trafić w każdą osobę.”


za:
(Zbrodnie przed ołtarzem)

---


"11 lipca 1943 r. rano razem z grupą UPA liczącą około 20 ludzi wszedłem w czasie mszy św. do kościoła w m. Pawłowka (Poryck) iwanickiego rejonu, gdzie w ciągu trzydziestu minut, wraz z innymi, zabiliśmy obywateli narodowości polskiej. W czasie tej akcji zabito 300 ludzi, wśród których były dzieci, kobiety i starcy. Po zabiciu ludzi w kościele w Pawłowce, udałem się z grupą do położonej w pobliżu wsi Radowicze oraz polskich kolonii Sadowa i Jeżyn, gdzie wziąłem udział w masowej likwidacji ludności polskiej. W wymienionych koloniach zabito 180 kobiet, dzieci i starców. Wszystkie domy spalono, a mienie i bydło rozgrabiono" (Mykoła Kwitkowskij za: Władysław Filar: Wołyń w latach 1939-44)

---

Pół roku po "krwawej niedzieli", 16 stycznia 1944 roku do Porycka przybyła grupa Polaków ewakuujących się z oddalonej o ok. 40 kilometrów na zachód osady Skurcze, w powiecie łuckim, ze swym proboszczem, 34-letnim księdzem Stanisławem Grzesiakiem. Ksiądz Grzesiak poszedł do poryckiego kościoła by pomodlić się za dusze ks. Szawłowskiego i inne ofiary lipcowego mordu. Tam dopadli go banderowcy i zastrzelili [por. W. E. Siemaszko: Ludobójstwo... Tom I]

----

podobne tematy:
80-ta rocznica Rzezi na Wołyniu i w Małopolsce …
Niedokończona Msza A gdy już Kyrie zabrzmiało …
Litania do Matki Bożej z Podkamienia

2 tys.
Geminiano Secundo udostępnia to
310
V.R.S. udostępnia to

Ludzie zaczęli krzyczeć, zaczęli biegać i ksiądz Bolesław Szawłowski próbował uspokajać ludzi. I w pewnym momencie wkroczyli Ukraińcy z karabinami i stanęli w drzwiach obok ołtarza, i zaczęli oczywiście strzelać do zgromadzonych wiernych w kościele. Trudno to opisać, co się wówczas działo. To po prostu było piekło, ten krzyk, ten jęk, ten ból rannych - niekiedy mi się jeszcze śni po nocach. Młoda dziewczyna, lat około 17 - blondyna, pamiętam, że miała bardzo długie warkocze, sięgające gdzieś do kolan - w pewnym momencie zerwała się z posadzki i krzyknęła: „zabiliście moją matkę, zabiliście moją rodzinę, zabijcie i mnie!”. Oczywiście padły strzały i pamiętam, jak ona się tak powoli osuwała i upadła na posadzkę. Ja siedziałem za filarem w takiej wnęce z matką, mama mnie zasłaniała swoim ciałem i kątem oka widziałem dwóch, jak chodzili i dobijali, strzelali do nich. Moja mama już chyba wówczas była też ranną. Mój strach był ogromny. Oczywiście ludzie się modlili, ludzie błagali Pana Boga, żeby przeżyć. Błagałem Boga, żeby ta śmierć nastąpiła wtedy jak będę uciekał, żeby do mnie strzelili z tyłu, nie z przodu, żebym ja tego nie widział. O to cały czas prosiłem pana Boga...

705