Clicks418
Beatus 1
1

Koń trojański w mieście Boga. Teza - antyteza.

Gdy wyrażamy głębokie zatroskanie z powodu poważnych błędów jakie rozpowszechniły się wśród postępowych katolików, słyszymy niekiedy odpowiedź: Cóż, to musiało przyjść. Jest to silna reakcja na wcześniejsze błędy, nadużycia i braki. Z czasem reakcja ta utraci swą jadowitość i zostanie wypracowane słuszne stanowisko.
Taka postawa wydaje się nader niezadowalająca, ponieważ opiera się ona na błędnym rozumieniu procesu, przez który człowiek powiększa obszar zdobytych przezeń podstawowych prawd metafizycznych i moralnych. I, co jeszcze poważniejsze, pociecha, jaką ta odpowiedź daje, zdradza kompletne niezrozumienie tego jedynego w swym rodzaju rozwoju, jaki zachodzi w zakresie szczegółowego formułowania Bożego objawienia przez nieomylny Kościół.
Najpierw zajmiemy się pierwszym błędem.

PRAWDA NIE JEST ŚRODKIEM MIĘDZY EKSTREMAMI

Błędne przekonanie, że do uchwycenia prawdy dochodzi wówczas, gdy wahadło przechodzi od jednej skrajności do drugiej i w końcu nieruchomieje w punkcie środkowym, opiera się na potocznej interpretacji heglowskiej dialektyki tezy, antytezy i syntezy. Jednakże dialektyka ta , nawet w swej postaci ezoterycznej (oraz we wszelkich jej zastosowaniach do opisu rytmu historii), nie zdaje sprawy z procesu dochodzenia do prawdy. Ostateczna synteza bynajmniej nie musi być choćby trochę bliższa prawdy, aniżeli teza i antyteza.
Oczywiście, nie mamy tu na myśli tezy w oczywisty sposób błędnej, której negacja – czyli antyteza – jest z konieczności prawdziwa. Dla przykładu, twierdzenie, że prawda obiektywna nie istnieje, jest całkowicie błędne. Stanowiąca jego negację antyteza, mianowicie: Istnieje prawda obiektywna – jest zdaniem prawdziwym. W tym przypadku synteza tezy i antytezy nie wchodzi w grę, ponieważ oba twierdzenia są wzajem sprzeczne. Jednakże przedmiotem naszych rozważań są przeciwieństwa: twierdzenia, które oba zarazem mogą być błędne.
Wedle potocznego rozumienia heglowskiej dialektyki, dla umysłu ludzkiego jest nieodzowne, aby podążał on do jednej skrajności, następnie – na zasadzie reakcji – do skrajności przeciwnej, aż w końcu osiągnie prawdę, która leży w połowie drogi między dwiema skrajnościami.
Trzeba koniecznie rozróżnić dwie tezy, które ta idea zakłada: po pierwsze, że historia obejmuje ruch dialektyczny, w którym jedna epoka przeciwstawia się diametralnie poprzedniej, przy czym wypadkową tego procesu jest dążenia do pozycji środkowej; po drugie, że ten moment końcowy ruchu wahadłowego, ten środek między dwiema skrajnościami, stanowi prawdę lub przynajmniej postęp w odkrywaniu prawdy. Nasze rozważania dotyczą przede wszystkim właśnie tej drugiej tezy.
Przyjmuje ona, na przykład, że gdy w jakiejś epoce istnieje nadmiar władzy, w epoce następnej będziemy mieć do czynienia z silną reakcją, która położy nacisk na wolność i przyniesie próbę zniesienia władzy. Gdy obie te skrajności ruchu wahadłowego przeminą, stanowisko wypadkowe będzie znajdować się pośrodku i dlatego zostanie oddana sprawiedliwość zarówno władzy, jak i wolności.
Otóż, idea pozycji pośredniej jako szczęśliwego środka ma zastosowanie do wielu przypadków racjonalnego wyboru. Dla przykładu: jedzenie nie powinno być ani zbyt słone, ani nie słone; temperatura powinna być ani zbyt wysoka, ani zbyt niska. Gdy chodzi jednak o badanie prawdy, o spory filozoficzne, o sprzeczne wzajem podejścia do świata, czy o przeciwstawne światopoglądy, teoria szczęśliwego środka nie ma zastosowania.

EKSTREMA NIE SĄ PRAWDAMI NIEZUPEŁNYMI

W tych sprawach prawda leży ponad dwiema skrajnościami, a nie między nimi. W każdej skrajności mamy do czynienia z odchodzeniem od prawdy w stronę błędu. Choć wzajemne skrajności zdają się pozostawać w relacji całkowicie antagonistycznej, dzielą one w rzeczywistości ten sam zasadniczy błąd. Stanowisko prawdziwe różni się od obu skrajności znacznie bardziej aniżeli one same różnią się wzajemnie od siebie.
Dla przykładu: w okresie liberalnego indywidualizmu rzeczywistość i wartość wspólnoty była w dużej mierze niedostrzegana. To pojęcie człowieka zostało później zastąpione przez koncepcję, która – kładąc nadmierny nacisk na wspólnotę – sprowadzała rolę jednostki do bycia jedynie częścią całości i uzależniała jej wartość od jej udziału we wspólnocie. W przeciwieństwie do wieku XIX, mentalność pierwszej połowy XX wieku podkreślała znaczenie wspólnoty z uszczerbkiem dla jednostki. Zwłaszcza po I wojnie światowej rozwinęły się ideały i idee kolektywizmu, zupełnie niezależnie od brutalnej siły, którą komunizm, faszyzm i narodowy socjalizm były utrzymywane w różnych częściach Europy.
Otóż celem, do którego zmierzamy, jest stwierdzenie, iż indywidualizm i kolektywizm nie są to dwa ekstrema, między którymi leży prawda. W rzeczywistości, jednostka i wspólnota są tak ze sobą związane, że nie podobna oddać sprawiedliwości prawdziwej naturze osoby lub wspólnoty, kiedy podkreśla się jedną kosztem drugiej. Gdy tracimy z oczu ich głęboką więź wzajemną, z konieczności sami uniemożliwiamy sobie dostrzeżenie istoty i rangi również tej rzeczywistości, którą pragniemy uwydatnić. Nie jest tak, że ekstrema są prawdami niezupełnymi. W przeciwieństwie do powszechnego przekonania, nie jest tak, że indywidualizm przecenia wartość i godność jednostki; nie jest też tak, że kolektywizm przecenia wspólnotę. Przeciwnie, oba stanowiska tracą z oczu prawdziwą istotę, wartość i godność zarówno jednostki, jak i wspólnoty.
Doktrynie indywidualizmu daleko do tego, by oddać sprawiedliwość przynajmniej człowiekowi jednostkowemu – jest ona raczej rezultatem odmówienia osobie ludzkiej jej istotnych właściwości. Odrzucono liczne prawdy: po pierwsze, zależność człowieka od Boga i jego przeznaczenie do wiecznej więzi z Nim; następnie, nieśmiertelność duszy; następnie, zdolność do uzyskania prawdziwej wiedzy o rzeczywistości; następnie, wolną wolę itd. Początkowi tego procesu towarzyszyła ambicja przetworzenia człowieka w Boga – skończyło się tym, że człowieka przekształcono w wyżej rozwinięte zwierzę lub nawet w wiązkę wrażeń. Nic dziwnego, że w toku tego dążenia zapomniano o istotnej dla człowieka zdolności do wchodzenia w głęboką więź z innymi i do budowania wspólnoty z nimi.
Podobnie niszczący skutek spowodowała reakcja na indywidualizm, jaką było ubóstwienie wspólnoty. Zagubiono wszelkie zrozumienie istoty prawdziwej wspólnoty i zastąpiono ją zwykłym kolektywem (pojętym na wzór substancji materialnych).
Ponieważ więc zarówno indywidualizm, jak i kolektywizm nie są jedynie jednostronnym uwydatnieniem bądź jednostki, bądź wspólnoty, lecz są raczej wypaczeniem samych tych rzeczywistości, które i jedna i druga doktryna podnoszą do rangi idoli, prawda nie może być nigdy czymś pośrednim między nimi, czymś, co zostaje osiągnięte, kiedy wahadło nieruchomieje w momencie środkowym, czyli gdy umiarkowany indywidualizm zostaje połączony z umiarkowanym kolektywizmem. Błąd, który tkwi u podstaw obu ideologii, można przezwyciężyć tylko przez wzniesienie się ponad poziom obu stanowisk w ich wzajemnym antagonizmie, i odkrycie prawdy ponad nimi, prawdy, której nie można uznać za syntezę uprzedniej tezy i antytezy.
Prawda ta będzie różnić się od niech obu znacznie bardziej aniżeli one same różnią się wzajem od siebie. Jeśli weźmiemy pod uwagę wnikliwą refleksję nad wyjątkową wartością jednostki ludzkiej w Augustynowych Wyznaniach i ukazanie – w jego Państwie Bożym – tej wspólnocie, zrozumiemy, że prawdziwy obraz jednostki i wspólnoty bynajmniej nie leży pośrodku między indywidualizmem a kolektywizmem.
Przykład ten, do którego można liczne inne przykłady dodać, dostatecznie jasno, jak się wydaje, pokazuje, ze wspomniane wyżej tezy i antytezy nie są niezupełnymi prawdami, lecz karykaturami i przejawami niezrozumienia istoty i wartości tych rzeczywistości, których rangę chciałyby one podnieść.

PRZESADNA REAKCJA NA BŁĄD NIE NIESIE Z SOBĄ PRAWDY

Jest więc poważnym nieporozumieniem bagatelizowanie groźnych błędów, jakie wkradły się do mentalności wielu katolików, i tłumaczenie ich jako naturalnych reakcji na błędy wcześniejsze. Jest również poważnym nieporozumieniem pocieszanie się tym, że rozkład sił akcji i reakcji osiągnie ostatecznie prawdę w punkcie środkowym.
Złudzenie katolików postępowych polega na jeszcze większym uproszczeniu. Sądzą oni, ze reakcja na wcześniejsze błędy i wady jest już osiągnięciem prawdy.
Jest najbardziej absurdalną formą naiwności ogłaszać aktualnie panującą antytezę wobec błędów poprzedniej epoki za zwycięstwo prawdy i oznakę wybitnego postępu. O ludziach, którzy żywią złudzenie co do swych reakcji na epokę poprzednią można powiedzieć – modyfikując uwagę, jaką Talleyrand miał wygłosić odnośnie do Bourbonów – że zapomnieli wszystko i nie nauczyli się niczego, Patrząc wstecz na poprzednie stulecia, mogliby oni bez trudu zauważyć, że rozmaite antytezy bynajmniej nie były lepsze od poprzedzających je tez. Tego jednak nie dostrzegają. Ulegają zazwyczaj złudzeniu, że obecna antytetyczna reakcja na coś, co zachodziło w epoce poprzedniej, jest wyłomem w stronę prawdy.

PRAWDA ZNAJDUJE SIĘ PONAD RYTMEM HISTORII

Nasi postępowcy mają skłonność do absolutyzacji poglądów obecnej epoki. Poniżej rozważymy zadanie prawdziwego filozofa każdej, w szczególności jednak naszej epoki, którym jest mianowicie wyzwolenie się z rytmu bardziej lub mniej automatycznych reakcji i wzniesienie się do prawdy – a prawda znajduje się ponad antagonizmami między epoką obecną a epokami poprzednimi. Niestety, niektórzy współcześni filozofowie rozumieją misję filozofii jako nadawanie pojęciowego kształtu trendom i tendencjom, które są niejako w powietrzu ich własnego czasu. Tak więc, wygrywają oni teraźniejszość przeciwko przeszłości (co pozwala im ze wzgardą odnosić się do epok poprzednich), zamiast – dochowując wierności własnemu powołaniu filozofa – szukać prawdy ponad rytmem historii.

KOŚCIÓŁ W SWEJ ISTOCIE NIE ZMIENIA SIĘ NIGDY

Jednakże, jak się wydaje, znacznie większy nieład duchowy i intelektualny jest powodowany dążeniem, by temu zmiennemu rytmowi podporządkować Kościół w jego nadprzyrodzonej istocie, Kościół jako Mistyczne Ciało Chrystusa, w jego nieomylnym magisterium, Kościół jako strumień łaski udzielanej człowiekowi poprzez sakramenty.
Odsłanianie pełni Bożego objawienia na przestrzeni wieków poprzez ruch, w którym to, co ukryte, uzyskuje wyrazistą jawność, jest właśnie przeciwieństwem rytmu tezy i antytezy, rytmu będącego huśtaniem się od jednej skrajności do drugiej. Jest ono raczej procesem organicznego wzrostu pod przewodnictwem Ducha Świętego. W tym procesie chwalebny depozyt wiary katolickiej uzyskuje coraz jaśniejszy wyraz, a jednocześnie jedno i to samo Boże objawienie otrzymuje ochronę przed wszelkim błędem i herezją.
Święci wszystkich wieków, bez względu na różnice osobowości i okoliczności historycznych, dają świadectwo tego samego wymiaru świętości, tej samej przemiany w Chrystusie. W różnych osobowościach takich jak św. Piotr, św. Augustyn, św. Franciszek z Asyżu, św. Katarzyna ze Sieny, św. Wincenty a` Paulo, święty proboszcz z Ars czy Jan Bosko, znajdujemy ten sam akcent świętości, to samo wspaniałe odzwierciedlenie świętego człowieczeństwa Chrystusa, ten sam majestat nadprzyrodzonej moralności, która przewyższa wszelką moralność tylko przyrodzoną, nawet tę najszlachetniejszą, jaką była moralność Sokratesa.

LUDZKI WYMIAR KOŚCIOŁA PODLEGA ODDZIAŁYWANIU HISTORII

Jednakże Kościół ma również aspekt ludzki, przyrodzony. W tej mierze, w jakiej jest on instytucją złożoną ze słabych ludzi, jest on również wystawiony na wpływ owego zmiennego rytmu historii. Dlatego Kościół ma nieustającą misję odrzucania wszelkich takich wpływów i przedstawiania człowiekowi na nowo nieskazitelnej pełni Bożego objawienia oraz autentycznego życia chrześcijańskiego. To znaczy; misję głoszenia wszystkim ludziom rzeczywistego orędzia Chrystusa.
Beatus 1
Ten rozdział książki pana Hildebranda może być uzupełnieniem wypowiedzi księdza Bańki dotyczącym Benedykta XVI i jego umiłowania heglowskich teorii. Mam nadzieję, że ten tekst przybliży Wam teorię i uświadomi niebezpieczeństwa wynikające z jej stosowania w życiu.