Clicks521
Radek33

"Palace" - miejsce kaźni-katownia Podhala

Nawet niektórzy zakopiańczycy nie mają pojęcia, czym było „Palace” w czasie okupacji niemieckiej i dlaczego zyskało przez to niechlubną nazwę „Katownia Podhala”. Zarówno ludzie, którzy trafiają do tego pensj

onatu na wypoczynek, jak i sami młodzi zakopiańczycy podkreślają, że w ogóle nie znają historii tego miejsca. Nic dziwnego. O tym, że w piwnicy mieści się minimuzeum, informuje stara, drewniana tablica. O stworzenie Muzeum Walki i Męczeństwa w piwnicach obecnego pensjonatu „Palace” usilnie zabiegali na początku lat dziewięćdziesiątych byli więźniowie hitlerowskich obozów na czele z doktorem Wincentym Galicą, który zmarł w 2010 roku. Wspierał go Adam Machowski, prezes Stowarzyszenia Muzeum Walki i Męczeństwa „Palace” - Katownia Podhala. Muzeum było oczkiem w głowie doktora Galicy. Gdy żył, często był na miejscu, oprowadzał po skromnej ekspozycji.

Przypominał, przez co przeszły tysiące uwięzionych, a i on sam. Katownię w 1999 roku kupił przedsiębiorca z Kraśnika. W trakcie remontu zniszczono oryginalne, nieliczne napisy na ścianach i ślady krwi. Dziś w murach przesiąkniętych krwią organizowane są obozy sportowe, a na dyskotekach bawi się młodzież.

W miejscu, gdzie obecnie mieści się pensjonat "Palace" przy ul. Chałubińskiego 7 w Zakopanem stała kiedyś willa "Pepita" należąca do doktora Chrostowskiego, sprzedana później rodzinie Żuławskich, którzy zmienili nazwę budynku na "Łada". Była to piękna, drewniana willa, zaprojektowana przez Stanisława Witkiewicza. Od Żuławskich willę kupiła Maria Sanokowska. Budynek spalił się w styczniu 1928 roku, a parcelę, na której stała willa, Maria Sanokowska sprzedała doktorowi Włodzimierzowi Schneiderowi z Krakowa, który przystąpił tutaj do budo

wy okazałego murowanego pensjonatu. W 1930 roku doktor Schneider zakończył budowę obiektu i nadał mu nazwę "Palace".
W czasie okupacji Niemcy urządzili tutaj siedzibę GESTAPO (GEHEIME STAATS POLIZEI), czyli Tajna Policja Państwowa. Najpierw Gestapo próbowało się ulokować w "Excelsiorze" (obecnie "Krokus") przy ul. Grunwaldzkiej, a później w "Splendidzie" (obecnie "Janosik")

przy ul. Tetmajera. Jednak żaden z tych budynków nie odpowiadał placówce Tajnej Policji, dlatego ulokowali się ostatecznie w "Palace", który okazał się dla nich najlepszy, a ulicę Chałubińskiego przemianowano na Tatra strasse (ul. Tatrzańska). Niemcy urządzili się tutaj w listopadzie 1939 roku. Placówka Gestapo, która istniała w Zakopanem, miała szyld z napisem w języku niemieckim, który w tłumaczeniu brzmiał: „Komendant Policji Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa w Dystrykcie Krakowskim. Komisariat Policji Granicznej w Zakopanem.

Gdy na początku okupacji jeszcze nie przystosowano piwnic gestapowskiego budynku na więzienie, do jesieni 1940 roku więźniów trzymano w areszcie Sądu Grodzkiego, przy ul. Nowotarskiej 37. Był to niewielki areszt przeznaczony w zasadzie tylko dla więźniów kryminalnych. Komisariat Gestapo ulokowano w Zakopanem ze względu na bliskość granicy i uniemożliwienie jej przejścia. W większych miejscowościach Podhala istniały delegatury Tajnej Policji, np. w Szczawnicy, Nowym Targu, Czarnym Dunajcu, Jordanowie, Makowie, Rabce.
Obsada zakopiańskiego Gestapo była bardzo liczna. Liczyła przeszło 40 osób. Cele więzienne "Palace" zostały zaadaptowane z piwnic pensjonatowych, zaopatrzone w kraty. B

yły stale pełne. Przez "Palace" przeszło wiele tysięcy Polaków. Niewielki ich procent wychodziło na wolność. Więzione tu osoby były zabijane i zakatowywane na miejscu, wielu kierowano do innych więzień, bądź do obozów koncentracyjnych. Było tutaj sześć cel więziennych. Była ciemnica, w której ręce i nogi zakuwano w stalowe obejmy - kajdany z łańcuchami, przymocowanymi do ścian. Również na I piętrze "Palace" znajdowała się cela, mająca takie kajdany z łańcuchami. Śledczy zakopiańskiego Gestapo, jak w całej Generalnej Guberni, nie przebierali w środkach, bijąc przesłuchiwanych po piętach, wbijając szpilki pod paznokcie, okładając po całym ciele nahajami, kijami. Nie gardzili też np. szufladami, wybijając zęby, łamiąc kości, miażdżąc genitalia. Co może wydać się paradoksalne, w „Palace” używano również łaskotania, które mogło być gorszą torturą niż bicie i również doprowadzić więźnia do osłabienia. ( zobacz film )
Nie można stwierdzić, ilu dokładnie więźniów było tu więzionych, ilu zamordowano, ale historycy określają, że w trakcie II wojny światowej hitlerowcy więzili tutaj pona

d 2 tysiące ludzi. Życie w Katowni Podhala straciło od 300 do 400 więźniów. Niemcy męczyli i mordowali tu Polaków, Czechów, Żydów i Romów. Mordowano i strzelano właściwie w całym budynku, a także na przyległym terenie. Mury „Palace” to świadek bohaterskiej postawy wielu górali. Mimo zadawanych im przez gestapowców cierpień nie wyparli się polskości. Dla wielu był to ostatni przystanek przed wywózką do Auschwitz. Przez katownię przeszli też kurierzy tatrzańscy, którzy przerzucali zagrożonych ludzi przez Tatry na Węgry.

Napisy wydrapane na ścianach cel, świadczyły, że oprócz Polaków, przez katownię tą przeszło także wielu cudzoziemców. Z końcem stycznia 1945 roku, gdy Niemcy opuszczali Zakopane, więzienie przestało istnieć. Już z końcem 1944 roku, gdy Niemcy przegrywali na wszystkich frontach, na balkonach i tarasach budynku umieszczono karabiny maszynowe za osłoną z worków z piaskiem.
Dziś turystów, którzy chcą poznać tę kartę historii Zakopanego, wita wielki baner reklamujący sauny, jacuzzi, sale ćwiczeń i wszelkie atrakcje związane z wypoczynkiem. Na balkonac

h suszą się ręczniki, wiszą ubrania, opalają się hotelowi goście. Przed budynkiem w sezonie bawi się młodzież, starsi palą grilla. A wizyta w murach dawnej katowni nie rozczarowuje, a wręcz szokuje: właściciel hotelu odremontował piwnice, tak jakby za chwilę i tu chciał wstawić łóżka i zrobić miejsca noclegowe. Udostępnione do zwiedzania są dwie dawne cele. Pozostałe cztery przebudowano i pełnią inną funkcję. Nie wiadomo, co się stało z łazienką, która w opowieściach więźniów była najgorszym miejscem kaźni.
Osobą najmocniej związaną z "Palace" był doktor Wincenty Galica, najpierw więzień, a po wojnie - twórca muzeum, bez którego tego śladu pamięci najprawdopodobniej by nie było. Więzienie "Palace" było dla G

alicy początkiem drogi przez mękę obozów. Przewieziono go do Tarnowa, dalej do Oświęcimia, Mauthausen - Gusen, Sachsenhausen. Po wojnie wrócił do Polski. Muzeum "Palace" to jego dzieło. Długa jest historia starań o jego utworzenie, a potem utrzymanie. Lekarz, działacz ruchu podhalańskiego, podczas II wojny światowej żołnierz Kampanii Wrześniowej, kurier tatrzański, więzień obozów koncentracyjnych, czterokrotnie uciekał z niewoli. Od stycznia 1940 do sierpnia 1941 działał w ruchu oporu, głównie na terenie Poronina i Zakopanego, przy organizowaniu przerzutów ludzi przez Tatry na Węgry oraz jako łącznik dla kurierów tatrzańskich. Sam również przeprowadzał kurierów przez Tatry. Został aresztowany przez gestapo w Poroninie i przewieziony do "Palace", gdzie był w

ięziony i torturowany.
Adam Machowski, społeczny kustosz muzeum, systematycznie 2 razy w tygodniu przychodzi tutaj, aby oprowadzać chętnych. Jeśli zwiedzającym odpowiada inny termin, dostosowuje się do niego, po wcześniejszym telefonicznym umówieniu się. Robi to społecznie. Jego matka była tutaj więziona. O doktorze Galicy tak wspomina: „Przez pierwsze dni był dotkliwie bity. Nie ominęła go też najczęściej stosowana tortura - wiszenie "na słupku" za ręce. Do tego dochodziło potworne pragnienie i głód. Kilkudniowe tortury fizyczne potęgowały się w nocy: więzień przetrzymywany był w ubikacji, przywiązany do kaloryfera. Dwa razy wprowadzono do pomieszczenia więźniów, którym przy Galicy gestapowiec strzelił w głowę. - Jeden z więźniów dostał, ale nie zmarł od razu, tylko długi czas przy Wincentym Galicy konał.” Doktor Wincenty Galica zmarł 21 maja 2010 roku. ( zobacz film )

Adam Machowski twierdzi, że młodzi ludzie często dopiero tutaj uczą się historii. Wychodzą z muzeum zszokowani. Rozpoczynając opowieść i oprowadzanie po dawnym więzieniu Pan Adam zaczyna od umywalni. W tym miejscu zginęło najwięcej ludzi. Umywalnia to największe z niewielkich pomieszczeń muzeum. Przesłuchania więźniów odbywały się na piętrze. Pracownikiem gospodarczym był Pędzimąż. Jeśli kazano mu wieczorem przygotować łopaty, wiedział, że w nocy będzie egzekucja. Egzekucje odbywały się na terenie całej posesji. Przechodząc do dalszych pomieszczeń na drzwiach wiodących do niewielkiej, ciemnej izby czytamy, że mieściła się tu suszarnia. W pomieszczeniu, które nagrza

ne było do 80 stopni Celsjusza, zamykano na kilka dni opornych więźniów, aby "zmiękli" przed przesłuchaniem. Do ściany w korytarzu przymocowane są łańcuchem kajdany, do których zakuwano ofiary. Adam Machowski przytacza wspomnienia świadka, który widział same ręce przykute do łańcucha z

wisającego z sufitu w ubikacji. Ciało leżało już na ziemi... Zwłoki chowano do trumien, czasem po kilka ciał do jednej. Dopychano nogami. ( zobacz film )
Przez sześć piwnicznych cel w „Palace” przewinęła się galeria cudownych postaci, Polaków z krwi i kości, zawsze wiernych Bogu i Rzeczypospolitej. Zniknęły niestety napisy ze ścian. Dziś oglądać możemy jedyne zdjęcia niektórych inskrypcji wyrytych przez więźniów. 18 - letnia Helena Błażusiak ze Szczawnicy wyryła napis: "O mamo, nie płacz, nie. Niebios przeczysta królowo Ty zawsze wspieraj mnie". Słowa te wiele lat później stały się inspiracją wybitnego kompozytora Henryka Mikołaja Góreckiego, który zawarł je w "Pieśniach Żałosnych" - utworze o światowej sławie.

Napis wyryty przez nią w zakopiańskiej katowni na ścianie celi nr 3 dokończył żywota pod młotkami robotników budowlanych w końcu lat 90. XX wieku. Helena zmarła w 1999 roku mając 73 lata.

Tu więziona była Helena Marusarzówna, siostra Stanisława Marusarza, 23 - letnia narciarska mistrzyni. Była piękną góralką i znakomitą narciarką. Jednak Niemcy nie dla jej wyjątkowej urody czy talentów sportowych urządzili jej krwawe „tournee” po więzieniach GG (Muszyna, Nowy Sącz, Zakopane, Kraków, Tarnów). Interesowała ich działalność Heleny, jako łączniczki w Komendzie Głównej ZWZ. Góralka w tej kwestii okazała się bardzo odporna na perswazje i zaproszenia do dialogu o podziemiu polskim. Za milczenie, które ocaliło życie jej znajomym z konspiracji, zapłaciła swoim życiem. Niemcy zakończyli próby dialogu rozstrzelaniem w 1941 roku 23 - letniej łączniczki. (według większości źródeł w Pogórskiej Woli koło Tarnowa). Była wielokrotnie torturowana przez gestapo, ale nie wydała powierzonych jej informacji. Dziś jej śliczna twarz o zamyślonym spojrzeniu spogląda na nas z fotografii, jednej z kilkudziesięciu umieszczonych w "Palace".
Stanisław Marusarz – najpierw ten wybitny skoczek (zm. 1993), kurier tatrzański i por. AK, ucieka ze słowackiej strażnicy w sposób filmowy: skacząc z pierwszego piętra „na tygrysa” przez okno. Potem, złapany, z wyrokiem śmi

erci trafia z „Palace” do więzienia na Montelupich w Krakowie. Ucieka śmierci i Niemcom wykonując kaskaderski skok życia z drugiego piętra na pleniący się na murze więzienia drut kolczasty. Mimo postrzału, jaki otrzymał od strażnika na „do widzenia”, drogę Kraków - Zakopane przebył pieszo. Po wojnie bezpieka tak chciała zadbać o jego bezpieczeństwo, że dzielny „król nart” dwa lata ukrywał się. Został odznaczony pośmiertnie 12. lutego 2010 roku przez Prezydenta Lecha Kaczyńskiego Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski za wybitne zasługi dla niepodległości Polski oraz osiągnięcia sportowe.
Obok widzimy uśmiechniętą twarz w narciarskiej opasce. To fotografia Bronisława Czecha. Wybitny i wszechstronny narciarz okresu międzywojennego, uczestnik igrzysk olimpijskich, wielokrotny mist

rz Polski, taternik, ratownik górski, pilot i instruktor szybowcowy, lekkoatleta, rzeźbiarz, a w czasie wojny działacz konspiracji i konspirator, został wywieziony z "Palace" do Oświęcimia, gdzie zginął w 1944 roku. Przez Tatry przechodził szlak kurierski, zapewniający stały kontakt polskiego podziemia z rządem w Londynie. Przemycano pieniądze, meldunki, ludzi. Niemcy mieli tego świadomość i prowadzili ciągłą obławę. Ci, których złapano, trafiali właśnie do „Palace”. Wśród nich Helena Marusarzówna i Bronisław Czech. Także Franciszek Gajowniczek - kurier na odcinku Warszawa – Podhale. Ten, za którego na śmierć w bunkrze głodowym w Auschwitz poszedł święty Maksymilian Kolbe. Oprócz kurierów do „Palace” trafiało duchowieństwo, partyzanci, konspiratorzy, alianccy lotnicy. Mógł się tam także znaleźć każdy mieszkaniec Podhala. Wystarczyło paść ofiarą podejrzenia rzuconego przez lokalnego volksdeutscha czy konfidenta. Podhalan zginęło w „Palace” najwięcej.
Z jednej z fotografii spogląda młodzieńcza twarz Władysława Szepelaka, przetrzymywanego w "Palace", a później w Auschwitz. Władysław Szepelak, ps. „Młody”, trafił tam, mając niespełna 19 lat. Po kilku próbach złamania go, gestapowcy odegrali „sztukę”

pt. „Wieszanie więźnia”, zakładając pętlę na szyję. Przy czym głównym „aktorem” był sam przesłuchiwany Polak. Niczym w dobrym koncercie Niemcy „bisowali” jeszcze dwa razy, zadając tym samym ponownie tortury psychiczne. Kiedy oprawcy zaprzestali tej symulacji, powieszono młodzieńca na drzwiach za ręce związane i wykręcone do tyłu. Władysław zaczyna z bólu przeklinać na głos oprawców. Po tym następuje uderzenie nahajem po genitaliach. Ofiara wyje z bólu, szarpie się, lecz to potęguje z kolei bóle wyłamanych stawów. Niemiec niby od niechcenia zaczyna „rysowanie” figur na udach odłamkami szyby z portretu Fuehrera „rasy panów”, który Polak niechcący strącił, a który w przypływie złości rozbito mu na głowie. W tym czasie Władysław stara się modlić, aby nie krzyczeć.

Po kolejnych omdleniach następuje regularnie – znane z filmów – wylewanie wiader wody na głowę. Wiszenie na wyłamanych rękach kończy się, ale „Młody” nie może nawet się ubrać, ręce są jak z ołowiu – nie może ruszyć choćby palcami. Nie „pomogło” w wydobyciu zeznań bicie pasem, bykowcem i sześciodniowa głodówka. „Młody” nie wydał nikogo. W „podziękowaniu” Niemcy wysłali go do obozów zagłady, gdzie „praca czyniła wolnym”.

Włodzimierz Szyc ps. „Biegacz”, członek tajnej struktury „Wachlarz”, kurier tatrzański. Na początku 1940 roku uciekł stamtąd z kajdankami na przegubach rąk. Wtedy zakuwano ręce z przodu. Korzystając z momentu nieuwagi strażnika, uderzył go jego karabinem w głowę (wg świadectwa Wincentego Galicy ten strażnik zmarł – ten fakt Niemcy ujawnili w czasie przesłuchania Galicy). Wyskoczył w tych kajdankach przez okno z drugiego piętra i w samej koszuli brnął w śniegu przez wiele kilometrów, gubiąc pościg wściekłych Niemców. Od tego czasu w całej Guberni zaczęło zakuwać więźniom kajdanki z tyłu. Niestety, porucz

nik Szyc zginął nagle w 1941 roku w niewyjaśnionych okolicznościach. Kajdanki, które całą wojnę spoczywały na dnie studni w Murzasichlu, można teraz obejrzeć w Muzeum „Palace”.
Ppor. Adam Bachleda – Curuś. Po ucieczce z sowieckiej niewoli w 1939 roku wpada w łapy zakopiańskiego Gestapo. Podczas przesłuchania okraszonego biciem nie puszcza pary z ust, więc Niemcy puszczają go wolno. Na jego szczęście interesował ich tylko jego brat. 19 - latek nie czeka na kolejne „wizyty” niemieckiej specpolicji, ucieka z końcem 1939 roku przez całą Europę jak wielu ówczesnych „polskich turystów”, trafia do Francji do WP, a potem do Anglii, gdzie dostaje się do polskiej jednostki komandosów.
Aleksander Dębiec: „(...) wsadzono mnie do pojedynczej celi w "Palace". Początkowo było tylko krzesło, ale i to zabrano, zostałem w czterech ścianach i podłodze betonowej. Codziennie brano mnie na wyższe piętra i tam wie

szano za ręce bijąc do nieprzytomności. Gdy już straciłem przytomność spuszczano mnie zawsze do kałuży krwi. Gestapowcom chodziło o to, żeby się przyznać i podać nazwiska swoich kolegów. Zawsze po takim biciu wleczono mnie po schodach do wspomnianej już celi, gdzie na gołym betonie siedziałem lub leżałem. Podczas takich bić, drewnianymi lub żelaznymi prętami, gestapowcy zadawali mi jedno pytanie: Czy się przyznajesz? Odpowiadałem zawsze, że nie mam się do czego przyznać, że nie należę do żadnej organizacji. Oni w dalszym ciągu bili mnie, nie zważając, czy to głowa czy żołądek.
Takie tortury trwały przez miesiąc. Później nie dostawałem ani jeść ani pić. Z muszli klozetowej ręką czerpałem wodę do ust. Po miesiącu takich tortur miałem zęby powybijane, głowę pokaleczoną, twarz poprzecinaną. Pewnego razu gestapowiec powiedział: Nie będziemy się z Tobą już więcej bawić. Tym o

to pistoletem jutro Cię zastrzelę jeśli się nie przyznasz. Masz czas do jutra. Odpowiedziałem, że może mnie zabić teraz. Było to popołudnie, pomyślałem sobie, że ostatni raz patrzę przez okno, na ludzi spacerujących, rano już oddam Bogu ducha. Rano wszedł gestapowiec do celi z pistoletem w ręku i pyta czy się przyznaje. Odpowiedziałem, że już tyle razy mówiłem, że nie mam się do czego przyznać. Kopnął mnie i zamknął celę.”(...)
Zygfryd Gizowski tak wspominał w 2009 roku "pobyt" w zakopiańskiej katowni: (..)„Przesłuchiwali mnie, zamknęli w celi z kilkoma więźniami. Spaliśmy na jednym sienniku, rzuconym na beton. Sparaliżowani strachem spaliśmy tuląc się do siebie

plecami, aby się wzajemnie ogrzać, bo sienniki przymarzały do betonu. Co dzień było bicie, przesłuchania, poniżenia. Bił nas kto chciał, najczęściej Niemiec, którego nazywali bokserem. Uderzał tylko raz, ale to wystarczało. Masakrowali nas Ukraińcy, którzy chcąc się przypodobać Niemcom wymyślali coraz to nowe tortury. W środku nocy zrywali nas ze snu, wyprowadzali na dziedziniec każąc robić różne ćwiczenia uwłaczające godność, po których pot lał się z czoła. Następnie była komenda i trzeba było spocone głowy chować w zaspy śnieżne. Kto nie zdążył był bity kolbami karabinów w plecy. Na koniec lali nas wiadrami lodowatej wody.
Na jednym przesłuchaniu wywieźli mnie do Poronina, abym rozpoznawał ludzi. Niektórych znałem, lecz powiedziałem, że nie znam nikogo. Wówczas zawieziono mnie na cmentarz w Poroninie, gdzie klęcząc nad wykopanym grobem miałem ostatnią szansę, aby powiedzieć nazwiska ludzi, z którymi kontaktował się mój o

jciec. Tłumacz mówił mi, że jeśli powiem, to przeżyję. Nie wierzyłem i nic nie powiedziałem. Prosiłem tylko, żeby ktoś powiedział mojej matce, gdzie będę pochowany. Esesman odbezpieczył pistolet i uderzył mnie lufą w tył głowy, ale nie wystrzelił. Zawieziono mnie z powrotem do celi w willi Palace - katowni Podhala. Utraciłem słuch na jedno ucho, miałem odbite nerki i połamane żebra”.(...)
Więźniów przetrzymywano w piwnicach, ale katowano ich i zabijano w całym budynku, a także na przyległym terenie. W jednej z piwnicznych cel znajdowało się pomieszczenie z odpływem wody i oknem bez szyby, w którym więźniów polewano wodą, bardzo gorącą w celu poparzenia, a zimą także zimną, powodując stopniową śmierć przez zamarznięcie. W innej, szczelnie zamkniętej klitce z grzejnikiem CO panowała temperatura kilkudziesięciu stopni. Więźniowie ginęli z przegrzania.
Po zakończeniu wojny „Palace” zajęło SB i NKWD, a w 1946 roku odbył się w nim proces przywódców Goralenvolku. Później urządzono tutaj sanatorium przeciwgruźlicze na 100 łóżek, powstałe w latach 1948 - 1949. Nosiło ono imię doktora Jerzego Gromkowskiego. Później było tu sanatorium przeciwgruźlicze Związku Bojowników o Wolność i Demokrację, aż do jego zlikwidowania w 1978 roku. Po nim budynek byt

użytkowany jako żłobek miejski. To wtedy zaczęły się pierwsze dewastacje. Piwnice zostały nieco przebudowane, a znaczniejsza liczba napisów, wydrapanych na ścianach cel, zamalowana. Grupa ocalałych więźniów katowni, z kurierem tatrzańskim Wincentym Galicą na czele, przez wiele lat bezskutecznie starała się o zabezpieczenie śladów niemieckich zbrodni i urządzenie muzeum męczeństwa. Udało się to dopiero w latach 1993 – 94 dzięki postawie dyrektora społecznego liceum, dzierżawiącego budynek od spadkobierców właściciela (władających nim od początku lat 90.). Byli więźniowie urządzili ekspozycję zawierającą zdjęcia i nazwiska ofiar „Palace” oraz ich gestapowskich oprawców, chronili ocalałe ślady zbrodni (kajdany, wydrapane przez więźniów na ścianach napisy, plamy krwi na podłogach), gromadzili dokumenty dotyczące katowni w „Palace” i losów więźniów przewiezionych do obozów koncentracyjnych.
Niestety, muzeum działało tylko przez kilka lat. Chociaż władze Zakopanego miały prawo pierwokupu i podjęły uchwałę o zakupie „Palace” od spadkobierców za ustaloną cenę ok. 1,4 mln zł, ci na wiosnę 1999 roku niespodziewanie sprzedali go prywatnemu przedsiębiorcy z Kraśnika, na warunkach tylko minimalnie l

epszych niż zaproponowane przez miasto. Wskutek ogromnych protestów społecznych oraz nacisków byłych więźniów, którzy gotowi byli zorganizować wśród Polonii zbiórkę na wykup „Palace”, nowy właściciel obiecał ochronę miejsc męczeństwa w piwnicach. Obietnicy tej dotrzymywał przez kilka tygodni. W lipcu 1999 roku dostęp do muzeum został zablokowany, a zamówieni przez właściciela robotnicy po zrzuceniu eksponatów w kąt jednego z pomieszczeń zaczęli burzyć cele, zerwali podłogę, na której wciąż były ślady krwi, zniszczyli napisy wydrapane przez więźniów.
Dewastacja wyszła na jaw i wywołała skandal. Żyjący jeszcze ostatni więźniowie katowni alarmowali, kogo się dało, sprawę opisywała prasa (m.in. „Dziennik Polski” i „Niedziela”). Wtedy dopiero wojewódzki konserwator wpisał „Palace” do rejestru zabytków. Jednak na skutek odwołania

właściciela jego decyzję uchylił główny konserwator w Warszawie i procedura trwała jeszcze kilkanaście miesięcy. Nacisk opinii publicznej nie ustawał i po ponad dwóch latach przepychanek, w 2001 roku właściciel podpisał z władzami Zakopanego umowę o nieodpłatnym użyczeniu niewielkiej części piwnic (60 m kw.) na izbę pamięci. Zwrócił także przetrzymywane przez dwa lata eksponaty. Niestety złe warunki przechowywania odbiły się na ich stanie. Opiekę nad izbą objęło Stowarzyszenie Muzeum Walki i Męczeństwa „Palace”, założone przez byłych więźnió

w i członków ich rodzin. Jego prezesem i kustoszem izby został Wincenty Galica, a po jego śmierci w 2010 roku — Adam Machowski, którego matka Janina była więźniarką „Palace” i obozu w Auschwitz.
Stowarzyszenie Muzeum Walki i Męczeństwa „Palace” działa społecznie i nie ma własnych źródeł finansowania. Tymczasem prawne i finansowe zabezpieczenie istnienia izby pamięci „Palace” jest dzisiaj konieczne. Zachowanie pamięci o katowni Gestapo „Palace” i jej ofiarach jest obowiązkiem nie tylko wobec tych, którzy tam ginęli i cierpieli, lecz także wobec całego narodu. Obecnie muzeum opiekuje się Stowarzyszenie Walki i Męczeństwa "Palace". Finansowo pomaga miasto, które opłaca media.
(...)„Ten dom Podhale oblewało płaczem
Gdy Czarne Orły pod Tatry wtargnęły
Willę „Palace” dla siebie zajęły.
Dom ten z tak piękną nazwą „Palace”,
Ten dom Podhale oblewało płaczem.
Przeszła już wojna, po niej lat dziesiątki
Gdzież się podziały kajdany, pamiątki,
Ślady znaczone krwią, paznokciami,
Cośmy przykuci do muru drapali.
Ta willa krwią naszą jest zroszona cała,
Co w czasie przesłuchań z ran naszych tryskała.
Kto będzie oglądał te kajdany w celi,
Niech odmówi pacierz za tych, co zginęli.(...)


Jacek Ptak

nazwa.pl/palace.katownia.podhala.html