V.R.S.
661

Krwawa niedziela w Kisielinie

Aniela Sławińska-Dębska:

„U progu wojny w Kisielinie mieszkało około 600 osób. Ponad połowę z nich stanowili Żydzi. Ukraińców i Polaków było mniej więcej po równo. Każda z tych społeczności skupiała po jednej czwartej obywateli. Współżycie między naszymi nacjami było poprawne, choć bywało, że Ukraińcy nie kryli swojej niechęci do państwa polskiego. Na święta państwowe 3 maja i 11 listopada Ukraińcy np. flag nie wywieszali. Żydzi wywieszali, choć zdarzało się, że niektórzy z nich flagi profanowali, wywieszając je brudne, potargane itp. (…) Komunistyczna Partia Zachodniej Ukrainy i żydowski Bund dawały o sobie znać przy okazji 1 maja. Wtedy organizacje te wywieszały czerwone flagi, ale zawsze poza zabudowaniami, na drzewach albo na cmentarzu w Kisielinie. W 1936 r. policja aresztowała kilku komunistów, którzy dostali duże wyroki. (…)

Gdy Armia Czerwona 17 września przekroczyła nasze granice, Polacy w Kisielinie przeżyli szok. Żydów i Ukraińców ogarnął natomiast szał radości. Zaczęli szykować się na wejście bolszewików. Wylegli na ulice, aby przywitać wyzwolicieli. Na widok Polaka szyderczo mówili: Skończyła się wasza pańska Polszcza! 17 września bolszewicy jednak do Kisielina nie przyszli. Następnego dnia najbardziej zniecierpliwieni ruszyli drogą do Zaturzec, licząc, że na przebiegającej przez nie szosie Łuck-Włodzimierz, zobaczą jednak „oswobodzicieli”. (…) Co to znaczy władza bolszewicka, dowiedzieliśmy się bardzo szybko, gdy zaczęły się u nas instalować ich organy. Żydzi, zwłaszcza bogatsi, nie czekając na jej umocnienie, zaczęli wynosić towary i cenne rzeczy i chować nocą w przygotowanych skrytkach. (…) Na każdym kroku wisiały plakaty prezentujące opasłych polskich panów, uciekających przed bagnetem sowieckiego żołnierza. Na innym sowiecki żołnierz przebijał bagnetem polskiego orła. Zapamiętałam jeszcze jeden, składający się z trzech obrazków. Na pierwszym, zatytułowanym „Tak było”, widniał chłop zakuty w dyby, na drugim podpisanym „Tak jest” — ten sam chłop gonił z widłami pana, a na trzecim z podpisem „Tak będzie” — znów ten sam chłop, odmłodzony i radosny siedział na traktorze. Wszystkich zaczęto też wzywać na mityngi i zebrania szkoleniowe. Na nich mieszkańcy Kisielina dowiedzieli się, że główną zasadą sowieckiego prawa jest: Kto nie pracuje, ten nie je. (…) Bolszewicy zaczęli też zakładać w Kisielinie kołchoz. Zwoływali zebrania, na których zachwalali zalety zespołowego gospodarowania. Bywało, że agitator przychodził do domu i na miejscu starał się przekonać gospodarzy, by wstępowali do kołchozu. W Kisielinie zajmował się tym niejaki Łysenko, bawiący się pistoletem podczas rozmowy z gospodarzami. By zmusić ludzi do wstępowania do kołchozu, wprowadzono drakoński system podatkowy, który stopniowo pozbawiał ludzi całego majątku. Każdy gospodarz musiał w ramach obowiązkowych dostaw niemal za darmo odstawiać do punktu skupu określone ilości różnych produktów, m.in.: chleba, masła, mięsa, mleka, wełny, ziemniaków itp. Dostawy te zależały od ilości ziemi posiadanej przez danego właściciela. Ci, którzy nie mieli np. mięsa czy zboża, musieli je kupić, a później oddać prawie za darmo. (…) Wszystkich zaczęto gnębić podatkami niemożliwymi do zapłacenia. Szczególnie uderzyły one w bogatszych gospodarzy. Nawet jeżeli sprzedaliby całą produkcję zbożową, to i tak nie byliby w stanie zapłacić nawet połowy podatku. Aby go uiszczać, musieli wyzbywać się stopniowo całego majątku. Jeżeli tego nie czynili, to przychodził urzędnik z rady wiejskiej i sam zabierał, co tylko znalazł wartościowego. Nasza rodzina też znalazła się na celowniku. Ojciec za żadne skarby do kołchozu iść nie chciał i wolał po kolei wszystko wyprzedawać niż podpisać deklarację o przystąpieniu do kolektywnego gospodarstwa. Tak czynili i inni Polacy mieszkający w Kisielinie i ostatecznie żaden z nich do kołchozu nie wstąpił. Zapisali się do niego wszyscy Ukraińcy.

Tworząc kołchoz, bolszewicy umieścili jego centrum u naszego sąsiada, czyli wujka Zalewskiego. (…) Wysiedlili go przymusowo i w tych zabudowaniach umieścili siedzibę kołchozu. Nam po pewnym czasie zabrali na rzecz kołchozu pół ogrodu i stodołę. Zabili wrota i od jej narożników postawili płot oddzielający ją od naszego podwórka. Mój ojciec usiłował protestować, podszedł do stojącego na naszym podwórku i nadzorującego całą operację owego Łysenki i zapytał, gdzie będzie teraz składał swoje zboże. Był bowiem czerwiec i żniwa tuż-tuż. Łysenko zaś rzucił przez zęby: A ty myślisz, że będziesz jeszcze sam zbierał zboże? I uśmiechnął się drwiąco. Wiedział już, że jest przygotowana kolejna wywózka i że jesteśmy wpisani na listę jako antysowiecki element. Uderzenie Niemców na ZSRR ocaliło nas jednak przed wywózką. W owym czasie prócz jednej krowy karmicielki nie mieliśmy już prawie nic. Ojciec sprzedał nawet meble, by mieć pieniądze na zapłacenie podatku. Wywózek baliśmy się wszyscy bardzo. W każdym polskim domu były przygotowane suchary, zapakowana odzież i różne rzeczy potrzebne na zesłaniu. Z wywózką liczył się każdy. Niektórych nie wywożono, tylko aresztowano pod byle jakim pretekstem. Wujka Zalewskiego, o którym wspominałam, pomimo iż pobawiono majątku i wyrzucono z domu, nie pozostawiono w spokoju. Po dziewięciu miesiącach od wysiedlenia w jego obejściu zrobiono rewizję. Na kupie złomu enkawudziści znaleźli nowiutki, nawazelinowany polski bagnet. Jest bardzo prawdopodobne, że wcześniej najzwyczajniej go podrzucili. Za posiadanie broni skazano go na pięć lat więzienia. Od odbycia kary uratowała go apelacja i wybuch wojny niemiecko-sowieckiej. NKWD pracowało także nad ojcem. Był stale wzywany na przesłuchania i ustawicznie ganiany na tzw. furmanki. Stale wyznaczano go do przywożenia z Oździutycz kochanki Petra Baziuka, głowy rady wiejskiej, i odwożenia jej z powrotem. Gdy wracał nocą do domu, natychmiast był wzywany na uświadamiającą rozmowę.

Generalnie wszystkim żyło się bardzo biednie. Nie można było nic kupić. Przed wojną w Kisielinie były 23 sklepy. Po kilku miesiącach pozostała tylko kooperatywa i gospoda. W kooperatywie były do kupienia głównie gipsowe popiersia Lenina i Stalina, gazety i wódka. Od czasu do czasu trafiały się w niej takie artykuły jak sól, nafta czy zapałki. Raz w miesiącu przywozili do niej papierosy i cukierki. (…) Polacy starali się jakoś trzymać. Nie pozwolili np. zamknąć kościoła. W styczniu 1940 r. szybko zebrali 8 tysięcy rubli i zapłacili nałożony na niego podatek. Władze bolszewickie bardzo się tym zdziwiły i natychmiast za dwa miesiące kazały zapłacić podatek wyrównawczy w wysokości 16 tysięcy rubli. Prawosławni Ukraińcy podatku nie chcieli zapłacić i bolszewicy cerkiew zamknęli. Otwarto ją ponownie na Wielkanoc 1941 r. (…)

Od wiosny 1941 r. coraz częściej mówiło się, że Niemcy lada dzień uderzą na ZSRR. Wielu ludzi z Kisielina pracowało przy budowie przygranicznych fortyfikacji. Informowali mieszkańców, że dzieją się tam dziwne rzeczy. Na okrągło latały niemieckie zwiadowcze samoloty, przez granice przenikali też różni dywersanci, szpiedzy i nacjonaliści ukraińscy współpracujący z Niemcami. NKWD wiedziało o tym doskonale. (…) Front niemiecki przez nasze tereny przewalał się szybko. Niemcy parli do przodu, a Sowieci szli w rozsypkę. Niektóre niemieckie oddziały zatrzymywały się w Kisielinie na biwaku. Golili się, czyścili mundury, gonili Żydów, zmuszając ich do przynoszenia jajek. Moja mama, obserwując ich, od razu orzekła, że nie są to ci sami Niemcy, co byli na Wołyniu w czasie I wojny światowej. Ci na każdym kroku demonstrowali butę, pewność siebie, pogardę dla otoczenia, jak gdyby wjechali do Azji. Mama ostrzegła, że niczego dobrego się po nich spodziewać nie można. Jej słowa sprawdziły się bardzo szybko.

Niemcy dogadali się z miejscowymi Ukraińcami, żeby dla Polaków wprowadzić godzinę policyjną. Rozpoczynała się ona już o godzinie 18 i obowiązywała także Żydów. Ukraińcy mogli swobodnie chodzić po ulicach do 21. Był to pierwszy zwiastun tego, że Ukraińcy będą przez Niemców faworyzowani. Pamiętam, że staliśmy całą rodziną przy furtce, a ulicą szedł Ukrainiec. Jak nas zobaczył, od razu warknął: Lachy spaty! [tj. spać] Ukraińców w Kisielinie, tak jak pewnie w większości miejscowości, ogarnął szał. Spodziewali się teraz, że Niemcy dadzą im samostijną Ukrainę. Samorzutnie utworzyli milicję, która chodziła w cywilnych ubraniach z opaskami żółto-niebieskimi. Jej członkowie chodzili grupą po ulicach Kisielina i śpiewali: Smert, smert Lacham, smert żydowsko-moskowskyj komuni. Sąsiedzi Ukraińcy przestali się kłaniać i odpowiadać na pozdrowienia Polaków. Demonstracyjnie udawali, że nie rozumieją po polsku itp. Zaczęli też kraść w polskich gospodarstwach. U mojego ojca ukradli z pola wszystkie mendle świeżo skoszonej pszenicy. (…)

Jednocześnie Ukraińcy zaczęli dokonywać skrytobójczych mordów Polaków. Stale się słyszało, że tu ktoś zginął, tam kogoś porwano, gdzieś znaleziono kogoś zmasakrowanego itp. Jeszcze zanim Niemcy ustanowili swoją administrację w Kisielinie, grupa kilku hitlerowców i kilkunastu Ukraińców rozstrzelała 35 osób, w tym dwóch Ukraińców. (…) W Kisielinie Niemcy ustanowili swoją cywilną władzę w końcu lipca 1941 r. Oparli ją oczywiście na Ukraińcach. Nie znaczy to jednak, że w pełni im ufali i oddali im całe zarządzanie terenem. Traktowali ich jak swoich pachołków. Na czele powiatu horochowskiego stanął Gebietskomissar Harter. W Kisielinie powstał rejon, na czele którego stanął niejaki Czornysz, który przed wojną nazywał się Czernysz. Przy rejonie powstał też posterunek milicji ukraińskiej, składający się z trzydziestu kilku ludzi. Jego komendantem został niejaki Labor, pochodzący z południowej części powiatu, tak jak wszyscy podlegli mu podwładni. Sołtysem został Jefrem Padlewskyj. Pierwsze polecenie, jakie dostał od Niemców, dotyczyło jego wąsów. Musiał je zgolić, bo z nimi wyglądał jak Stalin. Wszyscy, którzy nabyli popiersia Lenina i Stalina, szybko się ich pozbywali. Zastępowali je tryzubem i zdjęciami Hitlera z podpisem Hitler wyzwolitiel, dostarczanymi przez Niemców. (…)

Żydzi, których zamknięto za strzeżonym płotem z drutu kolczastego, mieli jeszcze gorzej niż Polacy. Hitlerowscy oprawcy stale zagęszczali getto w Kisielinie, spędzając do niego coraz więcej Żydów z okolicznych wsi. Z okien naszego domu widzieliśmy, jak ci nieszczęśnicy człapali w błocie z tobołami na plecach. Nocami Żydzi usiłowali się przekradać do lasu po chrust albo do pobliskich gospodarzy, najczęściej do Polaków, bo Ukraińcy ich mordowali. Ukraińscy policjanci za każdego zastrzelonego Żyda dostawali 60 karbowańców . W sierpniu 1942 r. Niemcy wspólnie z ukraińską milicją zlikwidowali getto i wymordowali większość jego mieszkańców. Niektórym Żydom udało się uciec, ale tych wyłapywali i rozstrzeliwali ukraińscy policjanci. Po eksterminacji Żydów Niemcy wymordowali Cyganów. Policjanci ukraińscy zamknęli ich w areszcie, a następnie dwoma furmankami wywieźli na cmentarz i wystrzelali obok mogił żydowskich. Szłam wtedy na pole pod Jasiniec i widziałam to niemal na własne oczy. Miałam wtedy 17 lat i byłam tym przerażona. Rodzice starali się mnie trzymać z daleka od tych wszystkich strasznych rzeczy i nie chcieli nawet o nich ze mną rozmawiać. (…)

W nocy z 14 na 15 marca 1943 r. policja ukraińska zdezerterowała do lasu. Przechodząc koło mieszkania niemieckich żandarmów., wrzucili im granat, ale ten nie wybuchł. Jak ustalił mój mąż, do UPA z Kisielina wstąpiło łącznie 22 Ukraińców (…) Wiosną 1943 r. atmosfera w Kisielinie uległa zagęszczeniu. W okolicy zaczęły się pierwsze mordy Polaków. Nocami oddziały UPA maszerowały przez osadę. Dokonywały również rekwizycji i zabierały ze sobą wybrane osoby. Kiedyś porwali dwóch polskich urzędników. Jeden z nich zdołał uciec, ale drugiego zamordowali. Którejś nocy, jak pamiętam, UPA spaliła trzy mosty na Stochodzie. Z ogniem puścili też budynek szkoły. Dochodziły do nas wiadomości, że we wschodnich powiatach Wołynia dochodzi do masowych mordów, ale ludzie albo w to nie wierzyli, albo sądzili, że do Kisielina fala zbrodni nie dotrze. Radia nie było i nikt na dobrą sprawę nie wiedział, co tak naprawdę się dzieje. Nagle przyjechał do nas krewny z Nieświeża, radziwiłłowskiej miejscowości, w której mieszkał stryj mojego przyszłego męża. Opowiedział, że banderowcy dokonali w niej potwornego mordu. Wtedy już nikt z nas nie miał wątpliwości, że zbrodniarze są coraz bliżej.

Na tydzień przed napadem Ukraińców na kościół [Niepokalanego Poczęcia NMP] w Kisielinie do lasu nie można było chodzić. Upowcy rozstawili czujki, które pilnowały, by nikt nie zobaczył, co się tam dzieje. Wszyscy zaczęli mówić, że w lesie szkoli się banda. Tuż przed ową straszną niedzielą 11 lipca do Kisielina przyjechał z Woronczyna mój przyszły mąż. Uciekł z tej miejscowości, gdzie zajmował się tworzeniem struktur konspiracyjnych. Jak zobaczył, że kilku Ukraińców idzie w stronę chałupy, w której mieszkał, wyskoczył przez okno i ruszył w pole. Nie wiedział, kim są, ale słusznie przypuszczał, że idą po niego. Nie pomylił się. Ci zaczęli za nim strzelać. Lekko go ranili w nogę i dlatego przyjechał do domu, żeby się wyleczyć. Jego ojciec był przecież lekarzem. Gdyby nie przyjechał i nie przyszedł do kościoła, to Ukraińcy wymordowaliby wszystkich Polaków, którzy byli na Mszy św. To on rzucił hasło, że trzeba się bronić i nie dać się Ukraińcom.

O tym, że mord jest przygotowywany, większość Ukraińców zapewne wiedziała. Nikt z nich Polaków jednak nie ostrzegł, że ich ziomkowie zamierzają dokonać mordu na swych sąsiadach. Mieliśmy taką znajomą sąsiadkę Ukrainkę. Mieszkała w ziemiance, która została jeszcze z lat dwudziestych. Wtedy, gdy po walkach frontowych Kisielin był bardzo zniszczony, wszyscy w takich mieszkali, zanim odbudowali domostwa. Ukrainka ta nie miała gospodarstwa i zarabiała na chleb, pracując u innych. Służyła m.in. u mojego ojca i z naszą rodziną byłą zaprzyjaźniona. Tylko w piątki chodziła do Żydów pomagać im w przygotowywaniu szabasu. Sprzątała dom, myła podłogi itp. Nawet jak ojciec nie miał dla niej nic do roboty, to, idąc na wieś, zawsze do nas zachodziła. Jak trafiła na obiad, to dostawała obiad. Jeśli zaszła w porze śniadania, to śniadanie itp. W ową niedzielę 11 lipca też przyszła do nas na śniadanie. Myśmy z siostrą lepiły wtedy pierogi. Teraz w Polsce nazywają je „ruskimi”, ale na Wołyniu nikt ich tak nie nazywał. Mówiło się o nich „warszawskie”. W naszym domu zawsze jedliśmy je na niedzielne śniadanie. Owa Ukrainka bardzo je lubiła i w niedzielę 11 lipca, jak mówiłam, też przyszła. Siadła przy stole i patrzyła, jak lepiłyśmy z siostrą pierogi. Ja wtedy miałam 18 lat, siostra 15 lat i, jak to dziewczęta, przy pracy zaczęłyśmy śpiewać. Ukrainka w pewnym momencie przerwała i kiwając głową, powiedziała: Dzieci! I wam się jeszcze chce śpiewać? Patrzyła na nas, jak na przyszłe ofiary, mające zginąć z rąk jej ziomków, ale nas nie ostrzegła, nie powiedziała: „Nie idźcie do kościoła, bo was tam zatłuką”. Zjadłyśmy te pierogi i poszłyśmy do kościoła.

Dzień 11 lipca 1943 r. był pochmurny. Około godziny 11 zaczął padać deszcz. Ludzie szybko wchodzili do kościoła. Nabożeństwo odbyło się bez przeszkód, normalnie. Ja jak zwykle poszłam na chór, należałam bowiem do kościelnego chóru, który zawsze śpiewał podczas nabożeństw. Na koniec jak zwykle wykonaliśmy „Żegnaj Królowo”. Po mszy św. jako jedna z pierwszych wyszłam z kościoła, razem z mężczyznami, którzy jak zwykle spieszyli się na papierosa. Gdy stanęłam przed świątynią i spojrzałam w stronę ogrodu księdza, zobaczyłam idącą tyralierę. Obróciłam się w drugą stronę, gdzie znajdował się park hrabiowski, i tam też dostrzegłam uzbrojonych Ukraińców. Jak zobaczyłam Ukraińców, idących w stronę kościoła, to nie miałam żadnych wątpliwości, że przyszli nas wymordować. Od razu, tak jak wszyscy, cofnęłam się do świątyni. Mój przyszły mąż, czyli Włodzimierz Sławosz Dębski, jako członek konspiracji też wiedział, co się święci i zaczął zamykać drzwi w kościele. Ludzie byli przerażeni. Niektórzy stali nieruchomo pod ścianami kościoła. Część pobiegła na chór, a nawet na strych. Po chwili rozległ się okrzyk: Otwórzcie drzwi, oni tylko kogoś szukają. Zabiorą go i pójdą sobie! Mnie wtedy zamroziło. Okazało się, że niektórzy Polacy, ratując swe życie, byli skłonni wydać na śmierć kogoś ze swoich sąsiadów. Jak zaobserwował to mój mąż, pierwszym człowiekiem, który wezwał do otwarcia drzwi, był Tadeusz Różański, ochotnik w wojnie z bolszewikami z 1920 r. Miał on złudzenia, że Ukraińcy mają wobec Polaków dobre zamiary. Zaraz potem córka organisty, Bronisława Janaszkówna, zwróciła się do swojej stryjecznej siostry: Chodź Tereska! Otwórzmy! I poszły obie otwierać. Część ludzi, w tym ja, na komendę mojego przyszłego męża ruszyło przejściem z kościoła na piętro plebanii. Tam się zabarykadowaliśmy. Ukraińcy już wtedy zaczęli do nas strzelać. Celowali w okna w przejściu. Idący przede mną wysoki mężczyzna, którego zapamiętałam, bo bardzo ładnie śpiewał, dostał kulę i padł ranny. Nie wiem, jak razem z siostrą zdołałyśmy go podnieść i zawlec na górę. Mój przyszły mąż wraz z innymi mężczyznami zabarykadował drzwi meblami, w rezultacie czego Ukraińcy nie mogli ich sforsować, mimo że kilkakrotnie ponawiali próby. Banderowcy w tym czasie wyprowadzali już z kościoła Polaków sądzących, że jak w nim zostaną, to ocalą życie. Wszyscy zostali później zamordowani.

Ludzie zgromadzeni w kilku pokojach na piętrze plebanii byli bardzo przerażeni. Dopiero zdecydowane komendy mojego męża postawiły ich na nogi. Obrona zaczęła samorzutnie ich porządkować. Przy każdym oknie stanęło po trzech, czterech mężczyzn. Napastnicy początkowo strzelali w okna bezładnie. Pociski trafiały w sufit. Ksiądz Kowalski, znajdujący się w jednym z pokoi, chciał zasłonić okno poduszką, wierząc, że kula nie przebije pierza, ale bandyta strzelił, gdy kładł poduszkę i dostał kulę. Pocisk przebił poduszkę i ranił księdza. Myślałam, że nie żyje, ale okazało się, że nie. Mój przyszły mąż kazał mi się nim zająć. To był nasz pierwszy ranny. Wcześniej, co trzeba podkreślić, ksiądz wszystkim udzielił ostatniego rozgrzeszenia i przygotował każdego z nas na śmierć! W którymś momencie zaczęły się ataki przez okna. Najpierw ostrzelali nas z broni palnej, aż tynk zaczął się sypać. Powstał wielki kurz, rozległo się dzikie Hurra! i jeden z napastników zaczął wchodzić po drabinie. Zaczęliśmy rzucać w niego cegłami, które wyjęliśmy z pieca. To poskutkowało, bandyta się cofnął. W kilka minut później ataki znowu się nasiliły. Nadal broniliśmy się, zrzucając na głowy napastników cegły i kafle z rozbieranych pieców. Powstało duże zagrożenie, gdy jeden z bandytów wlazł na dach obory stojącej o kilka metrów od narożnika plebanii. Usiadł okrakiem na kalenicy i zaczął nas ostrzeliwać. Widział nas bardzo dobrze. Gdyby jego ostrzał napastnicy skoordynowali z atakami z drabiny, to wdarliby się na górę. Na szczęście zaczęło lać i ten siedzący na dachu porzucił swoje stanowisko. Kolejny bandzior pojawił się nagle na daszku letniego ołtarza, przylegającego do plebanii. Strzelał z bliska wprost w nasze okna. Romuald Rodziewicz zaryzykował, wychylił się z okna i uderzył napastnika w tył głowy cegłówką. Ten runął w dół, machając rękami. Później upowcy wzmogli ataki od strony zabarykadowanych drzwi i zaczęli strzelać w drewniany sufit księżowskiej spiżarni kulami zapalającymi. Według mojego męża na pomysł ten wpadł pewnie Iwan Fediuk, który przed laty służył u księdza i dobrze znał ten budynek. Sufit się jednak nie zapalił.

Przy obronie zabarykadowanych drzwi zginął Janek Krupiński. Dostał ukraińską kulę przez otwór wyrąbany w drzwiach. Umarł na rękach zrozpaczonej matki. Mój przyszły mąż został ranny w nogę odłamkiem granatu. Zajęłam się nim, wykonując tampon z grubo złożonych gazet i ciasno owinęłam/ co zatamowało krwotok z przerwanej arterii. Ciężko ranny został też Władysław Kraszewski który zmarł z upływu krwi. Upowcy, kontynuując atak, wrzucali do nas przez okna granaty, które staraliśmy się im odrzucać. Nie byli biegli w sztuce żołnierskiej i odbezpieczali granaty nieprawidłowo, dzięki czemu mieliśmy czas, by je odrzucać. Czyniąc to, wiele osób spośród nas otrzymało rany postrzałowe. Późnym wieczorem Ukraińcy rozsierdzeni naszą obroną podpalili stodołę, oborę księdza, a także parter plebanii i wnętrze kościoła. Chcieli sobie oświetlić plac boju. Liczyli też, że ogień przeniesie się na dach plebanii. Nie był jednak na tyle intensywny, żeby go ogarnąć. Byliśmy okropnie zmęczeni i wyczerpani, ale walczyliśmy dalej. Wśród obrońców pałeczkę po moim mężu przejęli mój przyszły szwagier Jerzy Dębski, który mimo ran zachowywał się bardzo dzielnie, a także bracia Chmielniccy, Romuald Rodziewicz i Józef Bagnecki. Mężczyzn odpierających ataki wspierały też dziewczęta. Jedną z nich była moja siostra Tumiła, a także Adela Ziółkowska, Teresa Świderska, Elzamina Romanowska i Teresa Masłowska. Wszyscy rzucali cegłami i czym popadnie w napastników, którzy ponownie zaczęli po drabinach wspinać się na zajmowane przez nas piętro. Pamiętam łapy bandziora, który chwycił za parapet okna, a także reakcję Bronka Kraszewskiego, który złapał z Janaszkiem maszynę do szycia i rzucili nią w napastnika. Zleciał w dół i został odniesiony przez swych kompanów na punkt zborny w pobliżu cerkwi. Tam, jak się później okazało, w jednym z domów na strychu siedział Stanisław Janaszek, bratanek organisty, i przez szparę między deskami oglądał plac i rozpoznawał wszystkich Ukraińców, biorących udział w mordzie Polaków w kościele i w szturmie na piętro plebanii. Gdy zapadła noc, napór Ukraińców na kościół słabł. Strzelanina ustawała. W końcu około północy ktoś zauważył, że bandyci ustawiają się na rynku w kolumnę i zbierają się do odejścia. Nie wiedzieliśmy, czy to nie jest podstęp. Czterech mężczyzn spuściło się po linie na dół, żeby udać się do Rudni, Zaturzec i Mańkowa w celu ściągnięcia pomocy. Żaden z nich jednak nie wrócił. Rozpłynęli się we mgle. Po nich na dół po linach zjechały dwie kobiety, które rozpoznały sytuację i kazały wszystkim zjeżdżać na dół. Ja z moim przyszłym mężem, jego bratem i jeszcze jednym chłopakiem zostaliśmy do rana na plebanii. Przez całą noc co pewien czas musiałam luzować opaskę uciskową, żeby krew dopływała do nogi. Przyszły mąż miał uszkodzoną tętnicę pod kolanem, co powodowało, że przy każdym popuszczeniu opaski strasznie krwawił. Jakoś dotrwaliśmy do rana. Wtedy spuściliśmy Sławka na dół i ukryliśmy go w malinach.

Następnie ogrodami zaczęłam przekradać się do naszego domu po konie. Szłam wolno, uważając, czy nie kręcą się w pobliżu jacyś upowcy. Gdy dotarłam do naszego domostwa, nie zastałam nikogo. Rodzice nie byli w kościele. Grupa upowców szła ich zamordować, ale ojciec w porę ich zobaczył i wraz z mamą zdążyli wyskoczyć przez okno i schronić się w zbożu, a później na cmentarzu żydowskim. Przesiedzieli w nim całe niedzielne popołudnie, noc i wyszli z ukrycia dopiero, gdy zaczęłam się kręcić po podwórku. Zwierzęta nie były nakarmione, krowy niewydojone. Ja zaprzęgłam konie do wozu i z tatusiem pojechaliśmy pod kościół. Tam już było kilku Ukraińców, przeciwników mordów. Pomogli nam przenieść mojego przyszłego męża na wóz. Przywieźliśmy go do nas, do domu, a ja poszłam szukać Dębskich. Jak ich znalazłam, przyszli i zrobili synowi profesjonalny opatrunek. Na wieczór zawieźliśmy go do Ukraińca zaprzyjaźnionego z Dębskimi. Nazywał się Parfeniuk. Ukrył Sławka w swojej stodole. Tu był najbezpieczniejszy. Doglądali go tu razem ze mną ojciec i matka. Po dwóch dniach musiał zostać przewieziony do szpitala w Łokaczach. Mój ojciec dał konie, a Ukrainka Paraska Padlewska podjęła się zawiezienia go. Tu amputowano mu nogę. Później przetransportowano go do Włodzimierza i dzięki pomocy kolegów z konspiracji dostał się do szpitala.

Moja rodzina ukrywała się u Ukraińca Sawy Kowtoniuka, który przechowywał nas w stodole i w zbożu. Nocami widać było łuny płonących, mordowanych przez upowców kolejnych polskich wsi. W dzień przez Kisielin bandyci pędzili stada krów zrabowane u polskich gospodarzy, które czując, że idą na rzeź, strasznie ryczały. Na trzeci dzień Sawa przyszedł rano do ojca i powiedział, że upowcy chcą z nim rozmawiać. On poszedł. Gdy wrócił, poinformował nas, że przekonywali go, że atak na kościół był nieporozumieniem, że to się już nie powtórzy. Sugerowali też ojcu, by z rodziną wracał do domu, bo nic im nie grozi. Ojciec wahał się, ale Ukrainiec ostrzegł go, by nie wierzył w zapewnienia upowców. Jego zdaniem chcą oni wszystkich Polaków wymordować. 15 lipca (…) przeprowadził nas do Zaturzec. Najpierw wziął kosę na plecy, poszedł przez swoje pole i łąkę do lasu i sprawdził, czy droga jest wolna. Po godzinie wrócił i powiedział, że można iść. Szybko ruszyliśmy do Zaturzec. Nie mieliśmy co zabierać z domu, bo wszystko zostało zrabowane. Tak jak my postąpiła większość mieszkańców Kisielina i okolicy. Dębscy zostali w Kisielinie. Ojciec mojego przyszłego męża, Leopold, nie chciał się nigdzie ruszać. Wierzył, że jako lekarz jest niezbędny dla Ukraińców i ci go nie ruszą. Upowcy zabrali go z domu w końcu lipca i powieźli drogą do Twerdyń. Więcej go nikt nie widział. Jego żona zginęła wraz z nim. Według Ukrainek, Anny Parfeniuk i Ahniji Sidłowskiej, gdy Ukraińcy zabierali Dębskiego, jego żonie powiedzieli: A ty idź, gdzie chcesz. Miała bowiem wpisaną w dowodzie narodowość ukraińską. Wpisał ją szef rejonu. Ona odpowiedziała, że miejsce żony jest przy mężu i razem z nim dobrowolnie poszła na śmierć. Ukraińcy zamordowali jeszcze Wincentego i Józefa Biesiagów, Rudolfa Nowickiego i Salomeę Ziółkowską,

Jak po latach ustalił mój mąż, Ukraińcy zamordowali w kościele w Kisielinie 17 osób pochodzących z Kisielina, 2 osoby z Kisielina Zielonej, 9 z Adamówki, 1 z Jachimów-ki, 5 z Janowca, 3 z Dunaju, 2 z Leonówki, 1 z Niedźwiedziej jamy, 8 z Rudni, 2 z Trystaku, 2 z Twerdynii, 10 z Warszawki, 45 z Woronczyna, 8 z Zapustu, 7 z Zurawca. Łącznie zamordowali 82 osoby. 4 osoby poległy w obronie świątyni. Dzięki obronie uratowało się zaś 80 osób. Mord w kościele był oczywiście dopiero początkiem czystki etnicznej, przeprowadzonej przez UPA w całej okolicy. W Rudni zamordowali 75 osób. Praktycznie wszystkich Polaków, którzy nie zdołali wcześniej uciec. 12 lipca 1943 r. wieś przestała istnieć, bo jej zabudowania po obrabowaniu podpalono. W Zapuście upowcy zamordowali 11 osób, w Twerdyniach 30. W tej miejscowości mordami Polaków, jak ustalił mąż na podstawie relacji świadków, zajmowali się miejscowi Ukraińcy, kierowani przez niejakiego Sieńkę, przezywanego „Załupa” i „Makar”. (…) W sumie UPA wymordowała 624 osoby z okolic Kisielina i należących do kisielińskiej parafii. Lista ta nie jest pełna, obejmuje tylko nazwiska osób, które z całą pewnością udało się mężowi ustalić. Mordy Polaków trwały przez cały lipiec i przeciągnęły się do końca sierpnia. Ukraińcy wymordowali wszystkich Polaków, którzy nie uciekli. Robili to w ramach tzw. oczyszczuwalnoj akciji, w wyniku której Ukraina miała być „czysta jak łza” lub „szklanka wody bez żadnych domieszek” — Polaków i innych narodowości. Mieszkańcy Kisielina i okolic, którzy ocaleli z pogromu, chronili się tak jak my w samoobronach w Zaturcach, Lipniku, Chobułtowie, Wodzinowie, Bielinie, Zasmykach, Kopaczówce koło Rożyszcz i Aleksandrówce Torczyńskiej. Weszli w ich skład i bronili się, gdy zaistniała taka konieczność, a także robili „wycieczki” po żywność do swoich miejscowości.”

Roman Witwicki:

„Z dzieciństwa zapamiętałem zwłaszcza święta kościelne i ich otoczkę. Na drugi dzień świąt Bożego Narodzenia, czyli w św. Szczepana, był w kisielińskiej parafii zwyczaj obrzucania księdza owsem, gdy przechodził przez kościół i święcił. Podrostki dodawali do tego owsa groch i fasolę. Gdy do parafii przybył nowy ksiądz, też przygotowali fasolę i groch. Ten się jednak tego spodziewał i wyszedł na kościół z największym kropidłem. Za nim szedł kościelny z wiadrem wody święconej. Nie trzeba dodawać, że pojedynek z dzieciakami wygrał ksiądz. Największym świętem parafii był odpust w dniu 16 lipca na dzień Matki Boskiej Szkaplerznej. Wcześniej zjeżdżali kramarze, którzy ustawiali namioty z różnorakimi towarami. Można było w nich kupić książeczki do nabożeństwa, obrazki święte, medaliki i różańce. Dzieci interesowały najbardziej stoiska, na których mogły kupić rozmaite piszczałki, fujarki, kogutki blaszane z ogonami z blaszanych piór, rozmaite pukawki. Odpust był także okazją do integracji wszystkich rodzin. Po Mszy św. i zakończeniu uroczystości odpustowych wszyscy przybyli udawali się do swoich krewnych na przyjęcia. Ci bogatsi urządzali nawet minizabawy. Największe przyjęcie było u Kraszewskich. (…) Ukraińcy także ściągali na odpust na „Szkapirną”, jak oni mówili. Głównie po to, by tęgo popić wódki u Komarowej, a później szukać na ulicach zaczepki.

Gdy wybuchła wojna, miałem osiem lat. Ukończyłem właśnie pierwszą klasę. (…) Niewiele z tego okresu pamiętam. Rozwój wydarzeń przytłoczył takiego chłopaka jak ja. Jak sobie przypominam, to w ramach programu od razu zaczęto nas uczyć, że teraz najważniejsza jest sielrada itp. Gdy zdałem do drugiej klasy, to do szkoły przyszły trzy nowe nauczycielki — Sowietki. W 1940 r. z Zapustu do Reichu wyjechali wszyscy Niemcy. Zabrali cały swój dobytek, pozostawiając tylko domy i budynki gospodarcze. Na ich miejsce trafiły rodziny ukraińskie, przesiedlone ze strefy przygranicznej znad Bugu. Gdy wybuchła wojna niemiecko-rosyjska, miałem 10 lat i szybko dorastałem. Wydarzenia, których byłem świadkiem, biegły szybko. Sowieci niby uciekli przed Niemcami, ale wkrótce się na nowo zjawili. W 1942 r. zaczęli w okolicach Kisielina pojawiać się sowieccy spadochroniarze. Znam sprawę niejako osobiście, bo u mojego stryja Leona na Zielonej przechowywał się spadochroniarz z grupy Mikołaja Kuzniecowa. (…)

Od wiosny 1943 r. bezpośrednio w naszej okolicy zaczęły się mordy Polaków. Początkowo miały one charakter pojedynczy, ale wszyscy wiedzieli, że UPA w naszych stronach działa. Po drogach nocami zaczęły poruszać się kolumny wozów z ludźmi, a później słyszało się strzały i widziało łuny rozświetlające noce. Później nad ranem słyszało się porykiwanie bydła, zrabowanego przez upowców i pędzonego do miejsc ich zakwaterowania. Mieszkańcy Kisielina i okolicznych kolonii zaczęli się zastanawiać, co będzie dalej. Część obawiała się, że teraz przyjdzie kolej na nas. Większość, zwłaszcza starszych, łudziła się, że Ukraińcy nic im nie zrobią. Byli z nimi zżyci, a pytani o mordy mówili: U nas niciogo ne bude. Stale więc podpowiadali: Nie trza ich czypiać, nie bedo nas czypiali. Młodzi ukraińscy chłopcy i dziewczęta znikali natomiast z domów, udając się do punktów mobilizacyjnych UPA. Ci nie byli nastawieni pozytywnie do Polaków.

Moi rodzice też dyskutowali, co robić dalej. Niektórzy mówili, żeby uciekać. Nie bardzo jednak było wiadomo, gdzie. Brakowało polskiej samoobrony, jakiejś polskiej organizacji, która by tym wszystkim pokierowała. Poza tym ojciec był gospodarzem, człowiekiem związanym z ziemią. Jaki chłop porzuci swoją ziemię u progu żniw? U nas na „piaskach” zaczynały się one wcześniej i często już 10 lipca były na ukończeniu, gdy u gospodarzy na lepszych ziemiach dopiero się zaczynały.

Owego krytycznego dnia, w niedzielę 11 lipca 1943 r., kiedy to UPA napadła na kościół w Kisielinie, co było wstępem do etnicznej czystki w całym rejonie, mającej go całkowicie zdepolonizować, ja do kościoła nie poszedłem. Udała się do niego tylko moja siostra Czesława. Rodzice też zostali w domu. Mnie ojciec kazał na rowie paść krowę. Ludzie chyba coś czuli, bo niewielu z nich poszło na sumę. Normalnie kościół był zawsze nabity. Gdzieś w porze obiadu, gdy zacząłem wyglądać w stronę Kisielina, czy nie wraca siostra, usłyszałem strzały i zobaczyłem dymy idące z nieba w okolicy kościoła. Nie bardzo wiedziałem, co się dzieje. I wtedy przybiegła do nas córka sąsiadów, krzycząc, że Ukraińcy pod kościołem mordują Polaków. Wszystkich nas zmroziło! Jeszcze jednak łudziliśmy się, że siostra ocalała, ale wieczorem stało się jasne, że nie wróci… Ukraińcy odstąpili od kościoła, w którym pod dowództwem Włodzimierza Sławosza Dębskiego broniła się część wiernych. Ci opuścili go i stało się jasne, że Czesi wśród nich nie było. Znalazła się wśród tych, których Ukraińcy wyprowadzili ze świątyni i zamordowali. Nie stanowiła bynajmniej jedynej ofiary z Zapustu. W kościele kisielińskim zostali zamordowani: Stanisław Górak, Janina Kowalska, Bolesław Masłowski, Janina Omańska i Janina Onyszko. Z mojej rodziny bliższej i dalszej w kościele zamordowano w sumie 15 osób! Gdzie i jak została zamordowana, a także gdzie jest pochowana nasza 17-letnia Czesia, nigdy nie udało się nam ustalić. Bardzo prawdopodobne, że odstawili ją na bok, żeby zgwałcić. Była ładną i niedostępną dziewczyną i wielu młodych Ukraińców wodziło za nią oczami. Inne dziewczyny, które Ukraińcy zamordowali i złożyli w płytkim masowym grobie, też miały zdarte majtki, gdy je krewni potem odkopali. Świadczyłoby to o tym, że przed śmiercią były przez zwyrodnialców zgwałcone. Moja mama przeżywała prawdziwe katusze. Stan jej ducha najlepiej ilustruje wiersz, który ułożyła:

Cichuteńki wiatr powiewa. A w mym sercu burza tkwi. Poszła córka do kościoła. A z kościoła nie wróciła Został w nim jej trup.

Ukraińscy zbrodniarze zamordowali też dzieci stryjostwa, Emilię i Bogumiła Witwickich. Emilia urodziła się w 1926 r., a Bogumił w 1924 r. Emilia była piękną, wysoką brunetką. Uroku dodawały jej długie włosy, które myła w wywarze z orzecha włoskiego. Znakomicie uczyła się i wiele koleżanek jej zazdrościło. W dniu mordu, jak ustalił Włodzimierz Sławosz Dębski, Emilia i Bogumił wyszli wcześniej z kościoła zaraz po Ite, missa est. Uszli ze 200 m w stronę domu, gdy dopadł ich kolega szkolny Annanij Maciuk, zawrócił i doprowadził na miejsce zbrodni. Po mordzie w kościele kisielińskim Polacy, którzy nie poszli do kościoła, lub ci, którzy zdołali się w nim obronić, byli w rozterce i nie wiedzieli, co robić dalej. Część od razu wyjechała do Zaturzec. Niektórzy, zwłaszcza ci mieszkający na koloniach, pozostali, wydając na siebie wyrok. Na drugi dzień po mordzie w kościele upowcy napadli na Rudnię, a następnie trzy dni później dokonali potwornej zbrodni w Żurawcu, leżącym niedaleko Zapustu. U Zdeba w stodole spalili żywcem 25 osób, w tym 6 z rodziny Siutów. Widziałem na własne oczy, jak tych biedaków pędzili do stodoły. Jakie straszne jęki i wycie wydobywały się z tej stodoły! Do końca życia ich nie zapomnę.”

obie relacje za: M. Koprowski – Wołyń. Wspomnienia ocalałych. Tom II

Włodzimierz Dębski:

„U podnóża rozległego wzniesienia, ubarwionego wstęgami pól, po jego południowej stronie leżało miasteczko Kisielin. Obecnie wieś maleńka, rejonu Łokacze (Łokacziwskoho rajonu), o kilkunastu małych chatkach kołchoźników z cerkwią zasłoniętą drzewami i zniszczonym kościołem. (…) Ludność składała się z Polaków, Ukraińców, Żydów, dwu rodzin rosyjskich, rodziny niemiecko -czeskiej i niemiecko-polskiej. Oprócz zasiedziałych tu Polaków, najliczniejszą grupę stanowiła sprowadzona przez hrabiów Olizarów oprawa dworu — dworzanie. (…)

W przeddzień rozpoczęcia działań UPA [w Kisielinie] żyło 61 rodzin polskich — 247 osób. Ludność ukraińska liczyła również około 250 osób. Trudniła się wyłącznie rolnictwem. (…) Współżycie Polaków i Ukraińców ogólnie biorąc, układało się dobrze. Nawzajem udzielali sobie pomocy w pracach gospodarczych w polu, w młocce czy wykopkach. Pożyczano sobie żywność, a z okazji świąt lub uroczystości rodzinnych posyłano gościńce. Proszono na wesela i chrzciny. Byłem na weselu u Stepana Kaliszuka, a na chrzcinach u Iwana Padlewskiego. (…)

Gwałtownie zmieniło się wszystko po wkroczeniu Czerwonej Armii. Nastąpiło to 23 września [1939 r.]. (…) Od wiosny [1940 r.] krążyła pogłoska, że wszystkich Polaków wyrzucą za Bug. W silradi kazały, szczo wsich lachiw wykynut za Buh powiedziała Nastia Pałaczuk w domu Antoniego Sławińskiego. Byłem tam wtedy. (…) W miarę pogarszania się warunków materialnych, brak wszelkich dostaw [towarów] przemysłowych, odzieżowych (…), kolektywizacja, codzienne mityngi propagandowe, wywózki na Sybir także Ukraińców — powoli wygaszały animozje i obie strony chętnie słuchały wiadomości przynoszonych przez chodzących na budowę fortyfikacji na Bugu o incydentach granicznych, co wróżyło wojnę, a wraz z nią zmianę ciężkiej sytuacji. (…)

Po przewaleniu się frontu i wkroczeniu Niemców w czerwcu 1941 r. stosunki narodowościowe zmieniły się całkowicie. Dwa wydarzenia rozpoczęły tragiczny los Żydów. W trzecim dniu wojny w sąsiednim miasteczku Oździutycze Niemcy wymordowali około 250 Żydów, paląc zabudowania. W dwa tygodnie później grupa złożona z kilku Niemców i kilkunastu Ukraińców rozstrzelała około 35 osób, w tym dwóch Ukraińców — przewodniczącego kołchozu Parfeniuka i starego Kozaczuka, stróża magazynu zbożowego, znanego z tego, że zmieniał swe przekonania zależnie od sytuacji. W czasie przemarszu wojsk niemieckich, jeden z oficerów — kapitan, na pewno Ukrainiec, bo poprawnie mówił po ukraińsku, zatrzymał się na kilka godzin, zawezwał kilku młodych (była między nimi Walentyna Biliczuk, córka byłego wójta) i odbył z nimi naradę. Efektem tej narady było zarządzenie porządkowe, w którym prawa i obowiązki Żydów i Polaków zostały zrównane, przy tym znacznie ograniczone w porównaniu z Ukraińcami. Na przykład godzina policyjna dla Polaków i Żydów rozpoczynała się o 18, a dla Ukraińców od 21. Było to pierwsze wskazanie nacjonalistów OUN jak należy traktować Polaków. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Pojawiła się milicja z żółto-niebieskimi opaskami na rękawach, śpiewając Smert, smert, Lacham, smert, smert żydiwsko-moskowskij komuni. Rozpoczęły się indywidualne rabunki i kradzieże. (…)

Sąsiedzi i znajomi Ukraińcy przestali się kłaniać i odpowiadać na pozdrowienia Polaków. Czarnysz, dawny buchalter z gminy, zostawszy szefem rejonu, na dźwięk polskiej mowy tubalnym głosem wykrzykiwał: Ja cioho kaczoho jazyka ne rozumiju (Ja tego kaczego języka nie rozumiem). (…) W lecie 1942 r. rozpoczęły się wywózki na roboty do Niemiec. Kierował nimi Arbeitsamt, nawet były początkowo komisje lekarskie. Potem dokonywał tego sołtys Jefrem Padlewśkyj. W pierwszym rzędzie wysyłał Polaków. (…) W styczniu 1943 r. otrzymaliśmy pierwsze sygnały, że Ukraińcy przygotowują się do pójścia w „partyzany”. Pochwalił się tym przed moim ojcem pijany Arkadij Kaliszuk: Orhanizujtes lachy, bo my wże hotowi bitysia [Organizujcie się Lachy, bo my już jesteśmy gotowi bić się]. (…)

W dniu, w którym rozpocząłem konspirację, UPA przeprowadzała już koncentrację. Posterunek milicji w Kisielinie poszedł „do lasu” w nocy z 14 na 15 marca 1943 r. Żandarmi niemieccy wyjechali do Zaturzec [gm. Kisielin]. Ludność pozostała bez władzy. (…) Od tego momentu nastały czasy terroru. Następnej nocy zamordowani zostali: Stanisław Kwiatkowski, muzyk z wojskowej orkiestry 24 pp w Łucku, zamieszkały w Oździutyczach i Marian Różalski, nauczyciel z Mańkowa [gm. Kisielin] 4, Niewiadomski z Warszawki [gm. Kisielin] i jeszcze dwu, których nazwiska poszły w zapomnienie. Był to typowy akt terroru. Zamordowano ludzi, którzy nie prowadzili żadnej działalności ani przed wojną, ani w czasie wojny. Jednocześnie zaczęły nadchodzić wiadomości o masowych mordach w pow. kostopolskim, rówieńskim, a także w południowej części powiatu horochowskiego. Ludność polska czuwała po nocach, przygotowywała kryjówki i schrony. W niektórych wsiach czysto polskich, jak Rudni, Mańkowie, Warszawce [wszystkie w gm. Kisielin] mieli po kilka sztuk broni.

W kwietniu UPA zlikwidowała urząd gminy, zabierając wszystkich pracowników „do lasu”. Była to maskarada — chodziło o dwóch Polaków: Olichwera zamordowali, a Wacław Daczkowski uciekł i przedostał się za Bug. W maju miał miejsce skrytobójczy mord na wdowie Burczakowej i jej synu. Maleńka wnuczka chwilowo ocalała, zabrał ją Ukrainiec Galicjanin Fediuk, ale potem dziecko zabili. W maju również został porwany Stanisław Jończyk z Rudni i zamordowany. Po nocach upowcy stale jeździli wozami po całym terenie (…).

W czerwcu też jeździli upowcy (…) i namawiali Polaków do oddania broni, która ma posłużyć do walki z Niemcami, którą tylko oni teraz prowadzą, i do ochrony ludności polskiej. Udało im się to w Rudni, gdzie uzyskali dwa kb rosyjskie, a w Kisielinie otrzymali stary mannlicher austriacki. Próbowali też zabierania broni siłą. Chcieli tak uczynić z Janem Kraszewskim z Jachimówki [gm. Kisielin], ale ten ich wystrzelał, nim zdążyli wejść na podwórze. (…) Następnej nocy spalili mu zabudowania.

Teraz przystąpili do palenia dworów polskich, jak: Kasjanowskich w Beresku [gm. Kisielin] i [Olizarów] w Kisielinie. Popalili też wszystkie mosty na Stochodzie. Zabrali aptekę z Kisielina, warsztaty mechaniczne Zalewskiego i spółki Maciaszek-Sławiński. (…) Sytuacja stawała się coraz bardziej napięta. Przyszła wieść o mordach w powiecie łuckim, dubieńskim i horochow- skim z dnia 24 czerwca. Jednocześnie nasiliło się zapewnianie Polaków, że Tut w nas cioho ne budę [tutaj u nas tego nie będzie] i namawianie do pozostania na miejscu. Niektóre baby ukraińskie, chodząc po domach polskich, powoływały się na Biblię: Tam pysze, szczo naród napadytyme [tam jest napisane, że naród napadnie]. (…) 9 lipca [1943 r.] pojawił sie w lesie kisielińskim nowy oddział UPA. Widać ich było, jak chodzili na skraju lasu. Czasem wybiegali na łąki, jak gdyby były to ćwiczenia w natarciu.

W niedzielę 11 lipca rano wchodzili do wielu domów, by się umyć i napić czegoś ciepłego. Weszło też dwóch do Kraszewskich, tych z naprzeciwka Kaliszuków, i po skorzystaniu z usług, jeden z nich powiedział: Czoho dywytes na nas jak na banditiw? [Dlaczego patrzycie się na nas jak na bandytów?] Dzień był pochmurny. Koło godziny 11 zaczął padać deszcz. Ludzie jak zwykle ciągnęli na sumę z okolicznych wiosek, ale nielicznie. W czasie mszy św. czasem szeptali, że coś się stanie, bo w pobliżu domów okalających kościół od zachodu i północy kręcą się uzbrojeni Ukraińcy. Po nabożeństwie chór, jak zawsze, zaśpiewał „Zegnaj Królowo… ” i ludzie zaczęli wychodzić. Ze wszystkich stron nadbiegali upowcy. Ludzie cofnęli się z powrotem do kościoła. Kilkoro: Bohdan Mazecki, lat 40, Konstancja Kraszewska, lat 30, Stefan Janaszek, lat 56 i Wacław Laskownicki, lat 21 pobiegli na chór i, jak się później okazało, przez otwór w murze dostali się nad sklepienia nawy bocznej kaplicy. Od drzwi głównych, ale prowizorycznych i do tego zamykanych od zewnątrz, dobiegł rozkaz: Wychodte po czotyroch!

Pobiegłem przez kościół, byłem ostatni. Zamknąłem za sobą na haki drzwi prowadzące z kaplicy na dziedziniec kościelny. Niektórzy ludzie stali nieruchomo, inni pobiegli na piętro, a nawet na strych. Próbowałem ucieczki przez okno na ogród. Ale wszędzie stali bandyci z wymierzoną bronią w okna. Powracając na korytarz, natknąłem się na Różańskiego, był to dzielny człowiek, ochotnik z 1920 r. Teraz nerwowo skręcał papierosa i wołał: „Otwórzcie, oni tylko kogoś szukają! ”. Wtedy córka organisty Bronisława Janaszkówna zawołała swoją siostrę stryjeczną: „Chodź Tereska, otworzymy” i poszły. W tym momencie stoczył się ze schodów prowadzących na piętro gospodarz z Adamówki, potężne chłopisko o nazwisku Marek, był ranny i krzyczał: „Dobijcie! ”. Widocznie ustrzelił go przez okienko przy załamaniu-zakręcie schodów bandyta stojący na ogrodzie. Nie zważając na to, kilka osób pobiegło na piętro i ja za nimi. Zawołałem jeszcze: „Ludzie, na górę”, ale gdy nikt nie nadchodził, zamknąłem sztabę.

Na korytarzu piętra nie było nikogo. Pobiegłem po schodach wyżej na strych, tam w najbardziej ciasnych kątach i zakamarkach chowali się ludzie. Młodziutka dziewczynka, usiłowała wejść do komina. Kilku chowających się mężczyzn w kwiecie wieku na poddaszu spiżarni księżowskiej stojącej nad kaplicą wołało: „Przez ciebie nas tu znajdą”.

Zbiegłem przerażony na korytarz I piętra i spostrzegłem teraz dopiero, że w rękach mam cegły. Pojawił się mój brat Jerzy, razem z nim zaczęliśmy tarasować drzwi klatki schodowej stojącymi kuframi, skrzyniami wyładowanymi wartościowymi przedmiotami i odzieżą, złożonymi tu na przechowanie przez znamienitszych obywateli. W najbliższych kilku minutach krzątało się już wielu. Był tu Antoni (ojciec) i Stanisław (syn) Ziółkowscy, Władysław Kraszewski, Krupiński-ojciec i syn Jan, ich krewniak Romuald Rodziewicz oraz bracia Wacław i Edmund Chmielniccy. Ktoś przyniósł siekierę, inni znosili cegły, deski ze strychu. Było ich tam wiele. Zostały po zakończonej odbudowie kościoła. (…)

Na dole banderowcy zaczęli wyprowadzać tych, co się poddali. Na dziedziniec kościelny drzwiami z kaplicy wyszło kilkanaście osób, a obok nich eskorta. Szli za dzwonnicę, tą samą drogą, jak niegdyś chodzili w procesji. Była to ich ostatnia procesja. „Biedny Józwa”, odezwał się Wacław Chmielnicki. Odnosiło się [to] do Józwy Pawłowskiego z Zurawca. Szedł Józwa z czapką w garści w jasnoszarej kurtce cajgowej, w juchtowych butach, na ugiętych nogach. (…) Jedna z dziewcząt w różowej bluzce, nieco przydługiej niebieskiej spódnicy (…) odeszła w bok i wtedy jeden z młodszych oprawców w cywilnym brązowym, jak na niego za dużym, ubraniu, strzelił jej w krzyż, następnie ściągnął z niej bluzkę i tanecznym krokiem podbiegł za prowadzoną grupą. Innych na miejsce kaźni prowadzili przez kościół.

Po kilku dolatujących salwach karabinowych, któryś z nas krzyknął: „Teraz wezmą się za nas!”. I rzeczywiście, po chwili szczęknęła klamka, a następnie: Wychodte. Ustawiliśmy się pod ścianami po jednej i po drugiej stronie drzwi. Z tamtej strony zaczęli rąbać u góry, gdzie drzwi nie były zatarasowane. Patrzyłem przerażony, jak ta zapora dająca tyle nadziei, rozsypuje się pod razami siekiery. Nagle z naszej strony stary Krupiński z wściekłością zaczął też rąbać i gdy się siekiery spotkały, bandyta przestał. Dziura była już znaczna. Podałem cegłę. Krupiński rzucił, potem szybko następną — usłyszeliśmy tupot nóg po schodach — uciekali. Z dołu usłyszeliśmy: Cehłamy kydaju ne można wwejty. Odetchnęliśmy, cegieł się boją. (…)

Aby uspokoić lamentujące kobiety, które najczęściej powtarzały: „Nie brońcie się, bo będą się nad nami znęcać”, przeszedłem się po wszystkich pokojach, zawiadamiając podniosłym głosem: „Pierwszy atak odparty”. Pomogło, zrobiło się cicho. Ksiądz zaczął spowiadać na śmierć. Gdy wróciłem na miejsce, rozległa się seria z karabinu maszynowego, to bandyta rozstrzeliwał zamek. Drzwi nadal nie mogli otworzyć. Kufry i skrzynie podparte deskami trzymały się dobrze. Staliśmy nadal pod ścianami. Wtem przez wyrąbany otwór wpadł ręczny granat. Zakręcił się na podłodze, wpatrywaliśmy się zesztywnieli w niego… nie wypalił.

Było cicho, szum deszczu nasilał się, bębnił w rynnach. Wtem bandyta wołał zza drzwi: Wychodte, a to budemo pałyty. Niektórzy opuszczając bezwładnie ręce, jakby mówili „poddajmy się”. Wiedziałem, że oddziela nas od parteru sklepienie i ogień nam nie zaszkodzi. Zawołałem: Pały, job twoju mat’ i rzuciłem kilka kawałków cegieł jedne za drugimi. Stojący przy oknach z boku i ostrożnie obserwujący bandytów wołali: „Niosą słomę ze stodoły, podpalili”. Z otworu przy drzwiach zaczął wydobywać się dym. Jednych to przeraziło, drudzy z zadowoleniem mówili: „No, sami sobie zamknęli drogę, już przez schody nas nie dostaną”. No, ale ogień trzeba gasić, by nie przedostał się przez drzwi i próg i nie rozprzestrzenił się po piętrze. Wody było mało. W kuchni stało chyba z pół wiadra. Chwyciłem dwa wiadra, wszedłem do pokoju, gdzie ksiądz spowiadał, i wydałem polecenie: „Kobiety, siusiać tu zaraz”. Gdy wróciłem za chwilę, oba wiadra były pełne. Inni zajęli się zatykaniem otworu w drzwiach. Posłużyła do tego poduszka. Zahamowało to przewiew i naturalny dostęp powietrza i ogień na schodach zadusił się, ale tlił się nadal. Teraz co chwila pilnujący drzwi Jerzy Dębski i Józef Bagnecki, odchylali poduszkę i polewali drzwi… (…)

Obrona zaczęła się samorzutnie porządkować. Po dwóch trzech stawaliśmy pod oknami. Bandyci strzelali z rzadka, bezładnie, strzelali przez okna. Ostrzał szedł również od ogrodu, od strony południowej, obijając górne partie ścian z tynku. Aby temu zaradzić, ksiądz proboszcz Witold Kowalski zaczął zasłaniać okno poduszką, jako że niby przez poduszkę kula nie przejdzie. Bandyta strzelił, kula przebiła poduszkę i głowę, przechodząc przez kość policzkową, wychodząc uchem. Napchało też pierza w ranę, ale ksiądz żył, leżał na kanapie i raz po raz wstrząsały nim drgawki. Kobiety się nim zajęły. Z czasem się uspokoił i oprzytomniał. Był to pierwszy ranny.

Rozpoczęły się ataki przez okna, ale tylko od strony północnej, od dziedzińca. Od południa z ogrodów byli znacznie wyżej, bo tam dochodziła jeszcze wysokość piwnic. Przynieśli wysoką drabinę z kościoła, która pozostała z czasów odbudowy, przystawili do pierwszego okna od przyczółka zachodniego i zaczęli atakować. Najpierw strzelali z wszelkiej broni, tynk się sypał, kurz powstał wielki, potem dzikie „hurra” i jeden wchodził po drabinie. Otrzymawszy informację od kolegów znajdujących się przy nie atakowanych oknach, którzy mieli możność obserwowania, rzucaliśmy połówki cegieł na oślep, byle szybko. Ja, stojąc plecami do ściany — prawą ręką w tył, Suchodolski, stojąc przodem do ściany po lewej stronie okna — rzucał prawą w przód. Bandyta zawrócił, zeskakując z drabiny. Koniec ataku. Jakiś czas tam na dole naradzali się i rozpoczynali od początku. Ataki powtarzały się regularnie. (…)

Niespodziewanie pojawił się na daszku letniego ołtarza, przylegającego do plebanii, (…) bandzior i strzelał z bliska w okna. Nadzwyczaj dzielny Romuald Rodziewicz zaryzykował, wychylił się z okna i przyłożył półcegłówką w tył głowy bandyty. Ten zamachał rękami i runął w dół. Z tej drogi dojścia do nas zrezygnowali. Atakowali nas nadal „pierwszym sposobem”. W przerwach, siadając na podłodze paliliśmy, a oni wykrzykiwali pod naszym adresem propozycje po polsku: „Stachu, oddaj złoto, to ciebie wypuścimy”, albo „Józek, mamy twoju Andziu, wyjdzi, to ju oddamy”.

Aby nieco odpocząć od ataków do tego samego okna i utrudnić im, bo tu mieli najlepszy dostęp, postanowiliśmy zasłonić okno arkuszem grubej pofałdowanej blachy, pochodzącej z I wojny światowej. (…) Suchodolski z Warszawki (…) padł na podłogę i czołgając się po podłodze dopchał ją do okna. Patrzyłem z boku, jak blachę dziurawiły kule (…). Po ustaniu ataków do tego okna, szukali dojścia innymi drogami. Zaczęli ostrzeliwać drewniany sufit spiżarni księżowskiej kulami zapalającymi. Był to na pewno pomysł Iwana Fediuka (…). Przed laty służył on u księdza i dobrze znał budynek. Sufit się nie zapalił. (…) Nastąpiła dłuższa przerwa w walce. Zaczęły „puszczać” nerwy. Zrobiło się strasznie (…). Zdawało się, że za blachą przysłaniającą okno, czają się do skoku bandyci. Usunąłem blachę. Zabrali ją i założyli między drzwi a kufry, bo już drzwi zaczynały się smażyć. Smród dymu i moczu używanego do gaszenia powodował u pilnujących drzwi wymioty. (…) Janek Krupiński, dzielnie walczący na całej długości korytarza, wylazł na kufry i zaglądał przez otwór w drzwiach na schody. Dojrzał go bandyta w świetle dziury, strzelił, Janek stoczył się na podłogę — nie żył. (…) Ostrzeliwali nas nadal. Szyby były już powybijane i powystrzeliwane. To ułatwiło im rzucanie granatów.

Około godziny 17 na dziedzińcu rozległo się wołanie: „Marusiu, Marusiu!… ” — na korytarz wybiegła Marusia-Ukrainka, kochanka lekarza weterynarii i wołała: „Haniu, Haniu, ja tut”. Otworzyła resztki okna. Chciałem ją zatrzymać jako zakładniczkę, ale puściłem… Zlazła po drabinie i odeszła do domu w asyście upowca w czarnym mundurze, wymachującego szablą. Stałem nadal pod oknem. Usłyszałem krzyk: „Sławek, granat do ciebie” i w tej sekundzie stuknął o podłogę, zakręcił się ten sowiecki granat z rączką (…). Napchało we mnie żelaza, ale najgorsza była rana pod kolanem prawej nogi. Przerwana arteria — straszny krwotok. (…) Położyli mnie koło łóżka księżowskiego na podłodze. (…) Walka trwała nadal. Ataki przybierały na sile wzbogacone wrzuconymi granatami. Nie wszystkie wybuchały. (…) Obrońcy zaczęli odrzucać nie wybuchające z powrotem i te wybuchały za oknem. To powstrzymało napastników na chwilę. Aby się uchronić przed coraz to częściej padającymi granatami, obrońcy budowali sobie różne zasłony z desek, koszów, skrzynek i gdy rozlegało się „hurra” wyskakiwali jak koty przed okna, by cegłami spędzić napastników z drabiny. Jednakowoż niektórych poraziły odłamki, ale niegroźnie i nie eliminowały ich z walki.

Obserwacja nieprzyjaciela wymagała coraz śmielszego wychylania się przez okna. Coraz więcej było postrzałów. Ranny został w łokieć Władysław Kraszewski, były urzędnik z gminy, i po około pół godziny zmarł z upływu krwi, Garczyński z Zabary [gm. Kisielinj postrzelony w głowę, zmarł po kilku dniach nie odzyskawszy przytomności. Przestrzelony przez płuca Antoni Ziółkowski, opatrzony jako tako, siedział w kącie (…). Na miejsce zabitych i rannych przychodzili nowi (…). Zaczęło brakować cegieł. Obrońcy zaczęli rozbierać piece i ściany wewnętrzne. (…)

Około 22 podpalili stodołę, oborę, parter plebanii i wnętrze kościoła. Potrzebne im to było dla oświetlenia placu boju, oraz do ewentualnego przeniesienia się ognia na dach plebanii. Ze strychu donosili, że dachówka rozpala się, ale krokwie i łaty nie zapaliły się. Blask ognia rozświetlał korytarz i obrońcy byli widoczni od strony północnej, od strony obstrzału. (…) Gdy jeden z bandytów już chwytał za parapet okna, Bronisław Kraszewski z Janaszkiem rzucili na włażącego maszynę do szycia. Efekt był piorunujący. Ryczącego przeraźliwie upowca wynieśli z placu boju i odwieźli na furmance na punkt zborny koło cerkwi. (…) Nielicznych walczących zaczęły wspierać dziewczęta. (…) Powoli napór nieprzyjaciela słabł. Strzelanina ustawała. Wybuchł jeszcze gdzieś na dole granat i nastała cisza. Parter jeszcze się palił i płomienie docierały do okien na piętrze. Około północy szeptem podawano wiadomość, że bandyci ustawiają się w kolumnę na rynku i ze śpiewem odchodzą.

W sypialni księżowskiej zebrała się narada. Prowadził ją Wacław Chmielnicki, gospodarz księdza. Szybko podjęto plan działania. Najpierw spuścimy siennik na linie na dół, dla narobienia szumu. Potem pójdzie czterech mężczyzn cicho, co 15 minut, aby dotrzeć do Rudni, Zaturzec, Mańkowa, celem ściągnięcia pomocy. Nie dotarli pod wskazane adresy. (…) Po mężczyznach spuścić mieliśmy cztery kobiety. Akcja przebiegała bez zakłóceń. Pierwszą z kobiet, która zjechała na dół, była Krupińska, matka poległego Jana. Po chwili rozległa się jej wołanie „Nie ma nikogo, schodźcie”. Teraz nastąpiła pośpieszna ewakuacja przez wschodnie okno, bo tam było najniżej i po drodze nie było okna na parterze. Pierwszego spuszczono rannego proboszcza, jego najbliższych. Potem kobiety, dziewczęta, mężczyzn spieszących do żon i rodzin. W ostatniej czwórce zostałem ja. Przywiązany do miotły dla usztywnienia rannych nóg zjechałem na dół. Za mną zjechała Anielka Sławińska, potem Józek Bieriaga, lat 13, a na końcu zlazł mój brat. (…) Niektórzy z uratowanych zginęli w męczarniach w miesiąc później.

Następnego dnia rodziny pomordowanych zgromadziły się, by przenieść zwłoki z rowu do wspólnej mogiły koło dzwonnicy. Odkopywane zwłoki były nagie i obrzęknięte, trudno rozpoznawalne. Henryka Kraszewskiego rozpoznała Regina Jurkowska po skarpetce. Kobieta z rozprutym brzuchem, to była Markowska, będąca w zaawansowanej ciąży.”

za: W. E. Siemaszko: Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-1945. Tom II

Henryk Malinowski:

„Wśród mieszkańców wzrosła czujność. Nikt nie oddalał się ze wsi. Starsi tylko w niedzielę udawali się grupami do kościoła parafialnego w Kisielinie. 11 lipca odbywał się doroczny odpust Matki Boskiej Szkaplerznej. Moja mama razem z ciotką poszły nań, uczestniczyły w kolegiacie na sumie. Tuż po Mszy wraz z innymi przeżyły tragiczne chwile. Bojówki UPA obstawiły kościół i zabijały wychodzących. Moim najbliższym, wraz z nieliczną grupą, udało się ujść z tej rzezi z życiem. Wrócili do domu w poniedziałek nad ranem. Rodzina całą noc nie spała, tak jak i pozostali mieszkańcy wsi. Wszyscy czekaliśmy na ich powrót. Cały czas nasłuchiwaliśmy, dochodziły do nas pojedyncze strzały, widzieliśmy też łuny ognia. Zdenerwowani dziadkowie domyślali się, że stało się coś strasznego. Janusz, jako jeszcze małe dziecko, nie zdawał sobie sprawy z powagi sytuacji, ja chodziłem po domu i po podwórzu przerażony, wystraszony. Wyglądałem na drogę, licząc, że może ktoś będzie szedł i coś nam przekaże. Przez cały wieczór i znaczną część nocy zbierały się grupy sąsiadów, w rozmowach ciągle padały pytania „dlaczego, dlaczego nie wracają?”. Wszyscy już nie przypuszczali, ale wiedzieli, że stało się coś strasznego. W tych grupach ludzie się zmieniali, jedni odchodzili, inni przychodzili – i nawzajem zadawali sobie pytanie: co się tam stało? Jedni pocieszali też drugich. Ci, co zostali w domu i nie poszli na odpust, w większości byli starszymi ludźmi, mieli pod opieką pozostawione dzieci. To przecież ten parafialny kościół był dla mieszkańców Adamówki, oddalonej od Kisielina około 7 km, najświętszym miejscem. Tu byli chrzczeni, tu brali śluby, tu też chowano ich najbliższych.

Mama i ciotka Janina powróciły wraz z innymi uratowanymi mieszkańcami, jak już wcześniej wspomniałem, nad ranem. Były ledwo żywe, nic nie mówiły, tylko płakały. Wszystkich po kolei ściskały. Panowało milczenie, nikt nie szedł spać, nikt się nie ruszał. Kiedy padało jakieś pytanie, pozostawało bez odpowiedzi albo słyszało się zdawkowe „tak” lub „nie”. Trudno wydobywało się jakiekolwiek słowo zarówno od tych, co powrócili, jak i od tych, co czekali. Po tej tragicznej nocy, w następne dni, ciotka chowała się po kątach, mama patrzyła na nas nieruchomym wzrokiem, wzrokiem przepełnionym bólem. Ojca przecież nie było. Nie wiedziała, gdzie jest. Od wybuchu wojny przez cały czas, aż do mordu w Adamówce, pracował poza domem. Najpierw ukrywał się przed Niemcami, potem przed sowietami, a potem znowu przez Niemcami i ukraińskimi upowcami. Tylko co pewien czas pojawiał się w domu, przeważnie w nocy. Przynosił słoninę, mięso, mąkę i owcze skóry.”

za: Wołyń bez komentarza – praca zbiorowa

Jan Lipiński:

Lipiec dla nas był najtragiczniejszy. Doszło do mordu w Kisielinie. Banda z U PA urządziła tam prawdziwą „krwawą niedzielę”. Dowiedziałem się o niej następnego dnia, czyli 12 lipca, gdy na podwórku majątku w Zaturcach zobaczyłem uciekinierów na wozach z dobytkiem i pieszych z małymi tobołami, starych i młodych, zdrowych i rannych. Z każdą chwilą ich przybywało. Zapełnili oni całe obejście i na pierwszy rzut oka oceniałem ten tłum uchodźców na od 300 do 500 osób. Jako zastępca dowódcy placówki samoobrony ds. aprowizacyjnych i kierownik gospodarstwa przejętego przez Niemców, zająłem się sprawami bytowymi uciekinierów. Najbardziej poszkodowanych, głównie rannych, umieszczaliśmy w gorzelni, w tym okresie niepracującej, a posiadającej dużą liczbę pomieszczeń, zaś pomocy sanitarno-medycznej udzielali im pracownicy majątku.

Od świadków dowiedziałem się szczegółów tragedii, jaka zaszła w Kisielinie. Miałem do nich nawet trochę pretensji, że nie pchnęli jakiegoś gońca do Zaturzec, bo wtedy nasz oddział samoobrony szybko skoczyłby do Kisielina i przepędził napastników. W samym Kisielinie, jak mi opowiadali świadkowie, napad Ukraińców wyglądał tak: gdy Polacy zebrali się na Mszy św. w Kisielińskim kościele, Ukraińcy zaatakowali go i zaczęli strzelać do modlących się przez drzwi główne świątyni. Części Polaków udało się schronić na plebanii, która była murowana i połączona przejściem z kościołem. Wszystkich pozostałych Ukraińcy wymordowali. Kazali im się najpierw rozebrać do naga. Później rozstrzelali ich z karabinu maszynowego. Rannych dobijano przy pomocy różnych narzędzi. Ich zwłoki zawleczono następnie do rowu przy dworze i tam zakopano. Ukraińcy za wszelką cenę chcieli zdobyć także plebanię. Polacy zabarykadowali się w niej, chroniąc na piętrze. Ukraińcy, usiłując dostać się na piętro, wyrąbali dziurę w drzwiach zawalonych meblami i chcieli podpalić schody wiodące na piętro. Jednocześnie za pomocą drabin próbowali wedrzeć się na piętro. Polakom udało się jednak odpychać te drabiny. Bronili się też cegłami i kaflami z rozbieranych pieców oraz kawałkami mebli. Ukraińcy zaczęli wtedy strzelać z drzew. Ogień z dołu nie przynosił jednak efektów. Usiłowali też atakować plebanię granatami. Mieszkańcy Kisielina trzymali się jednak mocno i po 11 godzinach Ukraińcy odstąpili. Polacy, którzy ocaleli, ruszyli do swoich domostw, zabrali, co który mógł, i ruszyli do Zaturzec, alarmując po drodze okoliczne kolonie i wioski.

Po kilku tygodniach nasz oddział samoobrony postanowił wyruszyć do Kisielina, żeby dokonać czegoś w rodzaju wizji lokalnej, przekonując się na własne oczy, jak naprawdę wyglądały wypadki w Kisielinie. Wyjechaliśmy na dwóch furmankach dobrze uzbrojeni. Jechaliśmy przez las zaturzecki, który łączył się z kisielińskim. Po kilku godzinach zbliżyliśmy się do Kisielina. Ukraińcy pracujący na polach na nasz widok w popłochu uciekali. Myśleli pewnie, że jedziemy dokonać zemsty za mord dokonany na Polakach. Wjechaliśmy do zupełnie pustego Kisielina. Przejechaliśmy przez całe miasteczko wyglądające na wymarłe, bo kościół znajdował się po jego drugiej stronie. Dopiero po pewnym czasie podeszło do nas kilku Ukraińców i pokazało, gdzie jest grób ofiar. Od mogiły rozchodził się odór rozkładających się ciał. Były przysypane cienką warstwą piasku. Żadnej ekshumacji nie przeprowadzaliśmy, nie mieliśmy na to czasu. Weszliśmy też do kościoła. Cała jego podłoga była zawalona ubraniami ofiar. Wszędzie walały się jakieś płaszcze, spodnie, jakaś bielizna. Wszystkie sprzęty kościelne, m.in. lichtarze, były zrabowane. Wiedziałem, że w ołtarzu powinny być relikwie. Zabrałem je, by później przekazać proboszczowi w Zaturcach.”

za: M. Koprowski – Wołyń. Wspomnienia ocalałych. Tom I

Henryk Pałka:

“Henryk Pałkas. Bolesława urodził się w 1933 r. Jego dziadek Paweł i babcia Wiktoria przybyli z Powiśla (Słuszczyn, pow. iłżecki) na Wołyń w latach 20-tych XX wieku. Zakupili ok. 20 ha ziemi w Ośmigowiczach i rozpoczęli tworzenie gospodarstwa od podstaw. Ich syn Bolesław zamieszkał w Kolonii Adamówka, gdzie pełnił funkcję sołtysa. Dochował się czwórki dzieci: Marii, Edwarda, Henryka i Zygmunta. Wiosną 1943 r. fala przemocy zbliżyła się do Adamówki. W sąsiedztwie zamordowano rodzinę zamożnego gospodarza Wszoły. Powodem były zaloty jego syna do Ukrainki, która również została zabita wraz z całą swoją rodziną za przychylność Polakowi. Ludzie tłumaczyli sobie zabójstwa, jako zemstę na tzw. winowatych, czyli tych, którzy kiedyś narazili się w jakiś sposób Ukraińcom. Adamówka należała do parafii Kisielin. Z rodzinnego domu Henryka do kościoła w Kisielinie było ok. 7 km. W niedzielę 11 lipca 1943 r. na sumę na godzinę 11.00 od Pałków wybrali się ojciec Bolesław i córka Maria, która zresztą trochę się ociągała. Podczas śpiewu na wyjście, gdy przy ołtarzu był jeszcze celebrans otworzyły się drzwi i oddano starzał, który ranił p. Marka. Padł także rozkaz, aby wychodzić na zewnątrz czwórkami. Powstało zamieszanie, do Bolesława podbiegła córka z zapytaniem „ Tato co robimy?”

Na chwilę postanowiła podejść jeszcze do znajomych, aby poznać ich zamiary. Niestety Maria do ojca już nie wróciła. W atmosferze zastraszenia i niepewności jedni szukali kryjówek w zakamarkach kościoła, inni zdecydowali się na opuszczenie budynku. Dużej części uczestników Mszy udało się dostać na piętro plebani, która połączona była ze świątynią, gdzie zabarykadowali się i skutecznie bronili przez 11 godzin, aż do przerwania oblężenia i wycofania się Ukraińców. Wśród ocalonych był także Bolesław, który wrócił do Adamówki w poniedziałek rano i powiadomił rodzinę o śmierci Marii. Jej zabójstwo widział z ukrycia Władysław Czernienko. Maria otrzymała dwa ciosy nożem, jeden w mostek drugi w brzuch. Banderowcy przed wyprowadzeniem ofiar na miejsce kaźni przymuszali je do rozebrania się. Następnie ustawiali nad wykopem i zakłuwali lub podrzynali nożami. Wiele osób skonało po jakimś czasie, niektóre zadusiły się dopiero po zasypaniu dołu ziemią. Nazajutrz po zbrodni Ukraińcy oświadczyli, że zabicie ludzi w Kisielinie było pomyłką, a bliscy mogą wykopać ciała i pochować je osobno. Były to powszechnie stosowane działania dezinformujące mające na celu uspokojenie nastrojów i powrót ocalałych z pogromu do swoich domostw, aby w niedalekiej przyszłości spróbować ponownie ich unicestwić. W pobliżu kościoła znajdowały się dwa doły po wapnie. Oczyszczono je i złożono w nich najpierw ciała zalegające po miasteczku, następnie te z grobu w parku dworskim. Pochówki trwały do środy. “

za: Świadectwa rzezi wołyńskiej. Kisielin, Adamówka, Pisarzowa Wola ...


Barokowy kościół kisieliński w roku 1915 (częściowo zniszczony w roku 1916 podczas I wojny światowej w wyniku ostrzału artyleryjskiego, nigdy nie przywrócony do wcześniejszego stanu, zrujnowany po 1945)
Polka z Podkarpacia and one more user link to this post