Clicks802
Radek33
2

Nie chciał podeptać różańca,niemieccy zwyrodnialcy utopili go w beczce z fekaliami

Błogosławiony Ksiądz JÓZEF KOWALSKI
1911, Siedliska – ✟ 1942, Auschwitz

męczennik
patron: salezjanów

wspomnienie: 29 maj

Na świat przyszedł 13.iii.1911 r. we wsi Siedliska ok. 15 km na południe od Rzeszowa, ówcześnie należących do tzw. Królestwa Galicji i Lodomerii, w Monarchii Austro–Węgier (niem. Österreich–Ungarn), czyli w zaborze austriackim.

Sześć dni później, 19.iii.1911 r., w pochodzącym z 1745 r. modrzewiowym, parafialnym kościółku pw. św. Urszuli w oddalonej o ok. 4 km wsi Lubenia — służącym do dnia dzisiejszego wiernym w niedalekiej wsi Straszydle), gdzie został przeniesiony po wybudowaniu nowej świątyni w Lubeni — przyjęty został przez miejscowego wikariusza, niejakiego ks. Jana Konopkę, do grona członków Kościoła Powszechnego, w sakramencie chrztu św.

Był siódmym z dziewięciorga dzieci chłopskiej rodziny Wojciecha i Zofii z Borowców, z których tylko czworo przeżyło dzieciństwo…

Jako dziecko był ponoć chorowity i zdrowie zawdzięczał Matce Bożej w cudownym obrazie Dobrej Matki królującym w klasztorze Zakonu Kaznodziejskiego (łac. Ordo Prædicatorum – OP) — czyli dominikanów — i sanktuarium zwanym „Jasną Górą Różańcową” w Borku Starym, ok. 17 km od Rzeszowa, której ofiarowali go rodzice…

Pierwszy raz do sakramentu Komunii św. przystąpił 16.vi.1921 r. — już w niepodległej II Rzeczypospolitej — w rodzinnym kościele pw. św. Urszuli w Lubenii…

Rok później, po ukończeniu w 1922 r. podstawowej szkoły ludowej w Siedliskach, rozpoczął, za zgodą rodziców, naukę w Zakładzie im. św. Jana Bosko, prowadzonym przez Towarzystwo św. Franciszka Salezego (łac. Societas Sancti Francisci Salesii – SDB) — czyli salezjanów — w Oświęcimiu.

Ucząc się grał na skrzypcach i w orkiestrze dętej, śpiewał w chórze, występował jako aktor w teatrzyku szkolnym.

Należał do Towarzystwa Niepokalanej. Był przewodniczącym i najaktywniejszym organizatorem prac działającego na terenie szkoły Towarzystwa Misyjnego.

Przyszło powołanie i 15.vii.1927 r. w Czerwińsku nad Wisłą — w klasztorze, który salezjanie przejęli zaledwie 4 lata wcześniej — rozpoczął nowicjat, po ukończeniu którego, rok później, 24.vii.1928 r., złożył pierwszą profesję zakonną na ręce Prymasa Polski, współsalezjanina, ówczesnego abpa Augusta Hlonda (1881, Brzęczkowice – 1948, Warszawa).

Miał więc 17 lat, gdy przeniesiony został do Krakowa, gdzie w latach 1928‑31 kończył edukację klasyczną na poziomie gimnazjalnym i jednocześnie odbył dwuletni kurs filozoficzny. Kulminacją owej edukacji był egzamin dojrzałości, czyli matura, którą zdał 8.vi.1931 r.

Zaraz potem, bo 7.vii.1931 r., złożył ponownie czasowe zakonne śluby czasowe, potwierdzając tym samym moc swego powołania.

W latach 1931‑3 odbył, jako młody kleryk, praktykę pedagogiczną (tzw. asystencję) w Czerwińsku a następnie przez rok uczył się w założonej w 1916 r. salezjańskiej prywatnej organistowskiej szkole z uprawnieniami państwowymi w Przemyślu. Funkcjonująca do 1963 r., gdy komunaziści zmusili salezjanów — mimo protestów, które doprowadziły nawet do wznoszenia przez uczniów barykad na ulicach Przemyśla — do zamknięcia szkoły, zapewniała wykształcenie muzyczne, obejmujące śpiew wielogłosowy i gregoriański, grę na fortepianie i organach, teorię muzyki, harmonię, dyrygowanie i prowadzenie chórów, naukę gry na skrzypcach i instrumentach dętych. Szkoła gwarantowała uczniom zakwaterowanie w internacie i w nim zapewne mieszkał i Józef.

29.vi.1934 r. złożył, na ręce przełożonego — czyli inspektora — inspektorii krakowskiej pw. Jacka, o. Tomasza Kopy (1878–1838), śluby wieczyste. Miało to miejsce w ówczesnej stolicy inspektorii, czyli prowincji — powołanej w 1933 r. podziałem polskiej prowincji salezjańskiej — w Oświęcimiu.

W tym samym roku rozpoczął czteroletni okres przygotowań i formacji intelektualnej, prowadzących do święceń kapłańskich. Przeniósł się do Krakowa, gdzie przebywał i studiował w założonym w 1931 r. Studentacie Teologicznym przy salezjańskiej placówce pw. Najświętszej Maryi Panny Niepokalanie Poczętej przy ul. Tynieckiej 39 w Krakowie, zwanej „Łosiówką” (dziś Wyższe Seminarium Duchowne Towarzystwa Salezjańskiego w Krakowie),

Odbywał studia filozoficzne i teologiczne stopniowo otrzymując kolejno dystynkcję tonsury — jako znaku przynależności do stanu duchownego — oraz szereg obowiązujących wówczas święceń niższych, uprawniających do pełnienia coraz bardziej odpowiedzialnej posługi w zgromadzeniu i Kościele: ostiariatu, lektoratu, egzorcystatu, akolitatu i subidiakonatu. Następnie przyjął pierwsze ze święceń sakramentalnych — święcenie diakonatu — by w końcu 29.v.1938 r., w należącym do Zakonu Braci Mniejszych (łac. Ordo Fratrum Minorum – OFM), czyli oo. franciszkanów, kościele pw. św. Franciszka z Asyżu w Krakowie, z rąk bpa Stanisława Rosponda (1877, Liszki – 1958, Kraków), sufragana (łac. episcopus suffraganeus) archidiecezji krakowskiej, otrzymać święcenia prezbiteratu, czyli kapłańskie.

Prymicje (Primitiae, prima missa) odprawił 5.vi.1938 r. w rodzinnej parafii i kościele pw. św. Urszuli w Lubeni.

Następnie od 1938 r., poprzez tragiczny rok 1939 — w którym 1.ix.1939 r. Rzeczpospolita została zaatakowana przez Niemcy a 17 dni później przez Rosję, w którym nastąpił czwarty rozbiór Polski i rozpoczęła się II wojna światowa — do aresztowania był sekretarzem nowego inspektora krakowskiej inspektorii salezjańskiej, o. Adama Cieślara (1893, Gródek – 1978, Marszałki). Zajął się porządkowaniem Archiwum Inspektorialnego. Ukończył kurs handlowy i rozpoczął kurs księgowości. Angażował się w pracę duszpasterską w prowadzonej przez salezjanów parafii pw. św. Stanisława Kostki w krakowskiej dzielnicy Dębniki. Głosił kazania i konferencje, spowiadał, prowadził chór młodzieży męskiej, uczył kleryków śpiewu gregoriańskiego, organizował spotkania religijne i sportowe dla zaniedbanych chłopców.

Działo się to aliści w atmosferze okupacji niemieckiej. Trwały nieustanne represje wobec Polaków. Już w 1939 r. Niemcy aresztowali głównych przedstawicieli elity intelektualnej Krakowa.

I tak 6.xi.1939 r. niem. „Sonderaktion Krakau(pl. „Akcja specjalna Kraków”) objęła 183 profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego i innych krakowskich uczelni; trzy dni później natomiast, 9.xi.1939 r., w ramach niem. „Zweite Sonderaktion Krakau(pl. „Druga akcja specjalna Kraków”) Niemcy aresztowali 120 osób, w tym 32 profesorów czterech krakowskich liceów, prawników, posłów, urzędników, przedstawicieli mieszczaństwa i duchowieństwa. Obie „akcje” stanowiły część większego niemieckiego planu wobec Polaków, tzw. niem. „Inteligenzaktion(pl. „Akcja Inteligencja”), zwanej także niem. „Flurbereiningung(pl. „Akcja Oczyszczenia Gruntu”), czyli programu fizycznej eksterminacji polskiej inteligencji oraz polskich warstw kierowniczych, realizowanej zresztą głównie na terenach ziem polskich włączonych przez okupanta bezpośrednio do III Rzeszy, w ramach której Niemcy zamordowali ok. 50 tys. nauczycieli, księży, przedstawicieli ziemiaństwa, wolnych zawodów, działaczy społecznych i politycznych oraz emerytowanych wojskowych, a 50 tys. uwięziono w obozach koncentracyjnych, skąd niewielu wróciło.

Kraków stał się stolicą zarządzanego przez Niemcy pseudo tworu zwanego niem. Generalgouvernement für die besetzten polnischen Gebiete (pl. Generalnym Gubernatorstwem dla okupowanych ziem polskich) — w skrócie Generalnym Gubernatorstwem. Na ulicach Krakowa pojawiało się więc coraz więcej Niemców. Już w 1940 r. w mieście przebywało ok. 10,000 niemieckich agentów zbrodnicznych organizacji policyjnych niem. Geheime Staatspolizei (pl. Tajna Policja Państwowa) — czyli Gestapo — i militarnych niem. Die Schutzstaffel der NSDAP (pl. „oddział ochronny NSDAP”) — czyli SS — a w okolicach ok. 50 tys. żołnierzy Wehrmachtu (niem. siła zbrojna).

Od mniej więcej vi.1940 r. zaczęły krążyć po mieście coraz bardziej dramatyczne wieści o niemieckim obozie koncentracyjnym (niem. Konzentrationslager) KL Auschwitz, położonym już na terytorium Niemiec — na obszarze bezpośrednio po agresji w 1939 r. przyłączonym przez Niemców do niem. Deutsches Reich (pl. Rzesza Niemiecka), nieoficjalnie zwanej niem. Drittes Reich (pl. III Rzesza) — najpierw w niemieckiej niem. Provinz Schlesien (pl. Provinz Śląsk) ze stolicą we Wrocławiu, a od 1941 r. w niemieckiej prowincji niem. Provinz Oberschlesien (pl. Górny Śląsk) ze stolicą w Katowicach.

A w samym Krakowie rozpoczęły się łapanki uliczne, po których ludzie po prostu znikali — Niemcy wywozili ich w nieznanym kierunku — dopiero po jakimś czasie dowiadywano się, że ich drogi często wiodły właśnie do KL Auschwitz…

Wówczas, w nocy z 21 na 22.ix.1940 r., do obozu — dając się dobrowolnie, za wiedzą kierownictwa Tajnej Armii Polskiej (później części Polskiego Państwa Podziemnego), złapać w warszawskiej łapance — trafił rotmistrz Witold Pilecki (1901, Ołoniec – 1948, Warszawa). Jego pierwsze meldunki — acz nie raporty, które przygotowane zostały później — przesyłane tajnie, zaczęły docierać do Krakowa i Warszawy. Przekazywane z ust do ust pojawiły się też opowieści paru szczęśliwców, których z KL Auschwitz wypuszczono — m.in. Władysława Bartoszewskiego (1922, Warszawa – 2015, Warszawa), zwolnionego 8.iv.1941 r.

W 1941 r. rozpoczęły się aresztowania zakonników, nie tylko zresztą w Krakowie, ale i całym Generalnym Gubernatorstwie. Prawd. były próbą neutralizacji rodzącego się polskiego ruchu oporu, w szczególności Związku Walki Zbrojnej ZWZ (późniejszej Armii Krajowej AK), stanowiącej część powstającego Polskiego Państwa Podziemnego. Niemcy podejrzewali — nie bez uzasadnienia — o udział zakonów i zakonników w rodzącym się ruchu oporu, co było dla nich szczególnie groźne wobec planowanej wojny z uprzednim sojusznikiem i okupantem drugiej połowy Polski, Rosją, która rozpoczęła się 22.vi.1941 r.

Niemcy podejrzewali również zakonników o udzielanie pomocy byłym żołnierzom Wojska Polskiego, ukrywającym się od początku wojny, oraz o udzielanie pomocy Żydom zamkniętych w gettach. I także tu nie bez racji…

23.v.1941 r. Niemcy, pod dowództwem SS‑Oberscharführera Pawła (niem. Paul) Sieberta, i agenta Gestapo, niejakiego Procnera, wtargnęli do klasztoru oo. salezjanów w Krakowie. Aresztowano 10 zakonników, wśród nich o. Józefa. Dwóch aresztowano kilka dni wcześniej. Dwóch innych aresztowano kilka dni później w Kielcach.

Zatrzymanych zawieziono do osławionego więzienia przy ul. Montelupich w Krakowie.

Po miesięcznym pobycie, przesłuchaniach połączonych z torturami, 26.vi.1941 r. Józef został wywieziony z Krakowa. Transport pojechał na zachód, niedaleko Wadowic przekraczając granicę między Generalnym Gubernatorstwem a niem. Provinz Schlesien. Stamtąd skierowany został do KL Auschwitz…

Mimo krążących po Krakowie niepokojących informacji nikt z transportowanych nieszczęśliwców chyba naprawdę nie spodziewał się tego, co czekało ich po przekroczeniu opłotowania KL Auschwitz, ówcześnie obozu tylko dla Polaków — obóz zagłady KL Auschwitz II (Birkenau), w którym zamordowano setki tysięcy, a może i miliony Żydów, zaczął bowiem funkcjonować dopiero na wiosnę 1942 r.

W swym pierwszym raporcie Witold Pilecki tak opisał pierwsze chwile w KL Auschwitz — nie ma żadnych podstaw by sądzić, że w przypadku o. Józefa i jego współbraci było inaczej (wersyfikacja raportu — własna):

Zgiełk i jazgot głosów zbliżał się stopniowo. Nareszcie gwałtownie otwarto drzwi naszego wagonu. Oślepiły nas reflektory skierowane we wnętrze.

— Heraus! rrraus! rrraus! — padały wrzaski, a kolby esesmanów spadały na ramiona, plecy i głowy kolegów.

Należało szybko znaleźć się na zewnątrz […]

Zgraja esesmanów biła, kopała i robiła niesamowity wrzask — 'zu Fünfe!' (pl. 'w piątki!').

Na stojących na skrzydłach piątek, rzucały się psy, szczute przez żołdaków. Oślepieni reflektorami, pchani, bici, kopani, szczuci psami, raptownie znaleźliśmy się w warunkach, w jakich wątpię, by ktoś z nas był kiedykolwiek. Słabsi byli oszołomieni do tego stopnia, że naprawdę tworzyli bezmyślną grupę.

Pędzono nas przed siebie, ku większej ilości skupionych świateł. W drodze kazano jednemu z nas biec do słupa w bok od drogi i zaraz w ślad za nim puszczono serię z peema. Zabito. Wyciągnięto z szeregu dziesięciu przygodnych kolegów i zastrzelono w marszu z pistoletów, w ramach 'odpowiedzialności solidarnej' za 'ucieczkę', którą zaaranżowali sami esesmani. Wszystkich jedenastu ciągnięto na rzemieniach uwiązanych do jednej nogi. Drażniono psy skrwawionymi trupami i szczuto je na nich. Wszystko to robiono przy akompaniamencie śmiechu i kpin.

Zbliżaliśmy się do bramy, umieszczonej w ogrodzeniu z drutów, na której widniał napis: 'Arbeit macht frei' (pl. 'Praca czyni wolnym'). Później dopiero nauczyliśmy się go dobrze rozumieć.

Za ogrodzeniem, rzędami ustawione były murowane budynki, wśród których widniał rozległy plac. Stojąc wśród szpaleru esesmanów, przed samą bramą, doznaliśmy na moment większego spokoju. Odpędzono psy, kazano nam wyrównać piątki. Tutaj liczono nas skrupulatnie — na końcu doliczając ciągnione trupy […]

Za drutami, na wielkim placu, uderzył nas inny widok. W nieco fantastycznym, pełzającym po nas ze wszystkich stron świetle reflektorów, widoczni byli jacyś niby–ludzie. Z zachowania podobni raczej do dzikich zwierząt (bezwzględnie obrażam tu zwierzęta — nie ma jeszcze w naszym języku określenia na takie stwory). W dziwnych ubraniach w pasy, jakie się widziało na filmach o Sing–Sing, z orderami na kolorowych wstążkach (tak mi się wtedy w migającym świetle wydawało), z drągami w ręku, rzucili się z dzikim śmiechem na pojedynczych naszych kolegów. Bijąc ich po głowach, kopiąc leżących już na ziemi w nerki i w inne czułe miejsca, wskakując butami na piersi, brzuch — zadawali śmierć z niesamowitym jakimś entuzjazmem.

'Ach! Więc zamknęli nas w zakładzie dla obłąkanych!…' — przemknęła mi myśl. — 'Co za podłość!' — rozumowałem jeszcze kategoriami ziemi. […] Tu nie potrzeba było mieć żadnej sprawy politycznej, żeby zginąć. Zabijano pierwszego lepszego z brzegu.

Zaczynało się od pytania rzuconego przez pasiastego człeka z drągiem:

— 'Was bist du von zivil?' (pl. 'Kim byłeś/byłaś w cywilu?').

Odpowiedź: ksiądz, sędzia, adwokat wówczas powodowała bicie i śmierć.

Przede mną w piątce stał jakiś kolega, który na to pytanie, rzucone mu z równoczesnym ujęciem go garścią za ubranie pod gardłem, odpowiedział:

— 'Richter' (pl. 'Prawnik').

Fatalny pomysł! Po chwili był na ziemi bity i kopany.

Więc wykańczano specjalnie inteligencję. Po tym spostrzeżeniu zmieniłem nieco zdanie. To nie obłąkańcy, to jakieś potworne narzędzie do wymordowania Polaków, rozpoczynające swe dzieło od inteligencji […]

Dowiedzieliśmy się, że stanowimy 'zugang' bandytów polskich, którzy rzucali się na spokojną ludność niemiecką, a których za to spotyka tu odpowiednia kara. 'Zugangiem' nazywano wszystko, co do obozu przyszło, każdy nowy transport.


A potem witał ich zastępca komendanta, Karol (niem. Karl) Fritzsch (1903, Nassengrub – 1945?), tłumacząc pojęcie „kary”:

Przybyliście tutaj nie do sanatorium, tylko do niemieckiego obozu koncentracyjnego, z którego nie ma innego wyjścia, jak przez komin […] Z prawdziwą przyjemnością przepędzimy was wszystkich przez ruszty pieców krematoryjnych. Dla nas wszyscy razem nie jesteście ludźmi, tylko kupą gnoju […] Jeśli się to komuś nie podoba, to może iść zaraz na druty.

Jeśli są w transporcie Żydzi to mają prawo żyć nie dłużej, niż dwa tygodnie, księża miesiąc, reszta trzy miesiące…


Później słowa te wyjaśniali i przybliżali — jak to opisał Pilecki — podwładni Fritscha:

Z ciemności, gdzieś z góry (z nad kuchni), odezwał się kat, Seidler:

— 'Niech nikt z was nie sądzi, że kiedykolwiek wyjdzie stąd żywy… porcja jest tak obliczona, że żyć tu będziecie 6 tygodni; kto będzie żył dłużej… znaczy, że kradnie, kto kradnie — znajdzie się w SK (niem. 'Strafkompanie', pl. 'oddział karny') — gdzie żyje się krótko!'
”.

Józef otrzymał numer obozowy 17350, który prawd. wytatuowano mu — KL Auschwitz był jedynym obozem, gdzie Niemcy tatuowali więźniów — albo na lewym przedramieniu, albo na lewej piersi, za pomocą zamoczonego w tuszu metalowego stempla, do którego wkładano wymienne płytki z igłami, tworzące oddzielne cyfry. Otrzymał też obozowy pasiak z naszytym czerwonym trójkątem, tzw. winklem, z literą „P” — więzień polityczny, Polak…

Już następnego dnia po przyjeździe, 27.vi.1941 r., na żwirowisku przed budującym się teatrem, na oczach więźniów Niemcy zamordowali kilkoro Żydów i czterech dopiero co przywiezionych salezjanów: Jana Świerca (1877, Królewska Huta – 1941, Auschwitz), Ignacego Dobiasza (1880, Ciochowice – 1941, Auschwitz), Franciszka Harazima (1885, Osiny – 1941, Auschwitz) i Kazimierza Wojciechowskiego (1904, Jasło – 1941, Auschwitz). Wszystkich czterech zakatowali w sadystyczny sposób kapo obozowi (szefowie komand roboczych, wybierani przez Niemców, często spośród pospolitych kryminalistów i sadystów). Z ostatniego z wymienionych męczenników, przed zamordowaniem, naigrywali się i szydzili: „Tak, ogłupiać ludzi umiecie… Pracować wam się nie chce… Twierdzicie, że jest Bóg. Pokażcie mi Go, chcę Go widzieć! Bogiem jestem ja! Ja teraz jestem panem waszego życia!”…

Bądźcie o mnie spokojni, jestem w ręku Boga”, Józef napisał trzy dni później w zachowanym liście (jednym z 19 zachowanych listów obozowych) do rodziców…

Naoczny świadek, współwięzień KL Auschwitz, ks. Konrad Szweda (1912, Rybnicka Kuźnia – 1988, Łaziska Górne), późniejszy prałat, wspominał, że ks. Józef zachował w obozie godność człowieka i kapłana, pomagał innym — choć był za to bity. Jako sumienny kapłan, mimo surowego zakazu, rozgrzeszał konających, dodawał otuchy zrezygnowanym, pocieszał załamanych.

W tajemnicy przed obozowymi władzami, na strychach lub w piwnicy bloku nr 25, odprawiał Msze św. i przewodniczył modlitwom. Roznosił po blokach Komunię świętą dla tych więźniów, którzy nie mogli osobiście uczestniczyć. Spowiadał. Organizował, m.in. z o. Maksymilianem Kolbe, nabożeństwa maryjne.

Inny współwięzień, ks. Stanisław Garecki (1907, Zagnańsk – 1990, Kraków), ofiara zbrodniczych niemieckich eksperymentów medycznych, wspominał: „Ksiądz Józef Kowalski do obozu śmierci, w którym (jak mówili kapo) nie ma Boga, potrafił współwięźniom przynosić Boga

W grypsie z 10.xi.1941 r. do salezjanów Józef pisał: „Najmocniej prosimy […] o [największą przysługę], trochę wina mszalnego i kilkanaście komunikantów z wielką Hostią. Czujemy bowiem ogromny głód eucharystyczny!”… Natomiast 8.xii.1941 r., wraz z innymi towarzyszami niedoli, w piwnicy bloku nr 5 odmówił „Akt oddania się więźniów oświęcimskich Matce Najświętszej Niepokalanie Poczętej”…

Na samym dnie człowieczeństwa nie załamał się, obronił swoją i nas wszystkich godność ludzką — do końca.

31.v.1942 r. część księży (58 duchownych) wywieziono z KL Auschwitz do innego niemieckiego obozu koncentracyjnego KL Dachau (wyjechał m.in. ks. Szweda i ks. Garecki). Józefa z tej grupy wykluczono — podobnie jak ks. Józefa Paciorka (1903 Leszczyna – 1942, Auschwitz). Oficer raportowy, sadystyczny niemiecki oficer SS Gerhard Arno Max Palitzsch (1913, Großopitz – 1944, Jobbabyi–Ape), zatrzymał Józefa ponieważ nie odrzucił i nie podeptał — mimo rozkazu — Różańca Świętego, który podczas kąpieli przed transportem trzymał w dłoni. Wszak to do Swej Matki modlił się ongiś: „O Maryjo, […] uproś mi łaskę, bym coraz więcej postępował po drodze świętości. O Matko moja, ja muszę zostać świętym, wszak to mój cel, to moje przeznaczenie”.

Odtąd dla więźniów był „Męczennikiem Różańca Świętego”…

Za karę wcielono go do karnej kompanii, gdzie doznał kolejnych szykan i upokorzeń.

Grupę skierowano do pracy w podobozie Auschwitz II Birkenau, jeszcze w fazie budowy — zanim nie stał się największym obozem zagłady w historii — choć już zaczęła funkcjonować pierwsza na terenie tego obozu komora gazowa, zwana Czerwonym Domkiem. Polscy więźniowie zmuszani byli do kopania rowu odwadniającego, zwanego niem. Königsgraben (pl. rów królewski). I właśnie część z nich 10.vi.1942 r. podjęła próbę ucieczki z miejsca pracy. Próbę nieudaną, w rezultacie której Niemcy na miejscu zastrzelili kilkudziesięciu więźniów, a następnego dnia ponad 300 zamordowali we wspomnianej komorze gazowej.

Józef przeżył. W ostaniej chwili wycofano go z grupy więźniów kierowanej na śmierć w komorze gazowej…

Uniknął też rozstrzelania 17.vi.1942 r. grupy więźniów w bloku 11 pod sławetną „Ścianą Śmierci” — wśród zamordowanych był natomiast wspomniany ks. Paciorek

3.vii.1942, ostatniego dnia w karnej kompanii, podczas kopania rowu kapo znęcali się nad Józefem. Dla rozrywki zrzucili go z nasypu do głębokiego, bagnistego dołu. Po chwili wyciągnęli go, od stóp do głowy ubrudzonego lepkim błotem i bijąc kijami zagnali pod dużą beczkę, na którą jeden z kapo, niejaki Karol Langenhagen, nakazał mu wejść i wygłosić z niej kazanie. Józef na beczce uklęknął, uczynił znak krzyża i zaczął po kolei odmawiać modlitwy, jak zaświadczył jeden ze współwięźniów tak, „jak świat ich nigdy przedtem nie słyszał”: Ojcze nasz, Zdrowaś Maryjo, Pod Twoją Obronę i Salve Regina (Witaj Królowo)…

Zbito go straszliwie, ale nie złamano. Pozostał wierny hasłu życia: „Cierpieć i być wzgardzony”, które zapisał wiele lat wcześniej w „Pamiętniku” — skatowany wrócił na swój blok…

Jak wspominał Zygmunt Kolankowski (1913–1998), po zakończeniu działań wojennych wieloletni dyrektor Archiwum Polskiej Akademii Nauk i tajny współpracownik komunazistowskiego UB/SB, po wieczornym apelu Józef modlił się na obozowej pryczy. W pewnym momencie spojrzał na towarzysza i rzekł: „Klęknij i módl się ze mną za tych, którzy nas prześladują”.

Akurat gdy skończył modlitwy na salę wszedł kapo i rozkazał Józefowi pójść za sobą. Wiedząc, że to jego ostatnia droga, oddał koledze z pryczy swoją kromkę chleba, mówiąc: „Zygmuś, weź ten chleb, bo mnie już nie będzie potrzebny”. I w ostatnim słowie dorzucił: „Módlcie się za mnie i moich prześladowców”…

Po wyjściu z bloku został jeszcze raz, przez wspomnianego Gerharda Palitzscha oraz sztubowego (niem. Stubendienst — czyli pomocnik blokowego — niem. Blockältester), niejakiego Józefa Mitasa, sadystę i zbrodniarza, skatowany, a potem utopiony w beczce z fekaliami.

Było to 4.vii.1942 r. …

Następnego dnia Mitas pokazał ciało Józefa, oblepione nieczystościami, jednemu z więźniów, po czym spalono je w krematorium…

Wśród aresztowanych 23.v.1941 r. w Krakowie i Kielcach oo. salezjanów, oprócz o. Józefa, byli:

o. Ignacy Tadeusz Antonowicz (1890, Więsławice – 1941, Auschwitz)

o. Józef Czaderna (1889, Kozy – 1941, Auschwitz)

o. Ignacy Dobiasz (1880, Ciochowice – 1941, Auschwitz)

o. Franciszek Ludwik Harazim (1885, Osiny – 1941, Auschwitz)

o. Ludwik Mroczek (1905, Kęty – 1942, Auschwitz)

o. Władysław Niemir (1891, Czmoń – 1941, Auschwitz)

o. Jan Podkul (1893, Nowosiółki Dydyńskie – 1942, Dachau)

o. Jan Świerc (1877, Królewska Huta – 1941, Auschwitz)

o. Kazimierz Wojciechowski (1904, Jasło – 1941, Auschwitz)

o. Józef Wybraniec (1892, Krasowy – 1941, Auschwitz)

Żaden z wymienionych nie wrócił już do swego domu zakonnego — wszyscy zginęli w obozach koncentracyjnych, głównie KL Auschwitz. Spośród aresztowanych owego dnia przeżyło tylko trzech…

Na terenie salezjańskiej parafii św. Stanisława Kostki na Dębnikach przez pewien czas mieszkał Karol Wojtyła (1920, Wadowice – 2005, Watykan). Znał o. Józefa. I to on miał sprawić, że 13.vi.1999 r. ziściło się, na oczach świata, życzenie Józefa, wyrażone jeszcze w 1930 r. w jego „Pamiętniku”: „O mój Drogi Jezu, daj mi wolę wytrwałą, stanowczą, silną, bym zdołał wytrwać przy swoich świętych postanowieniach i zdołał dopiąć szczytnego ideału świętości, jaki sobie zakreśliłem. Ja mam i muszę być świętym”. Beatyfikował go wówczas, jako jednego ze 108 błogosławionych męczenników Kościoła Katolickiego z czasów II wojny światowej, w Warszawie, już jako papież z Polski — św. Jan Paweł II.

Tego dnia przypominał:

Ci błogosławieni męczennicy i męczennice wpisują się w dzieje świętości Ludu Bożego pielgrzymującego od ponad tysiąca lat po polskiej ziemi […] Są oni świadectwem zwycięstwa Chrystusa — darem przywracającym nadzieję […]

Błogosławieni męczennicy wołają do naszych serc:

Uwierzcie, że Bóg jest miłością! Uwierzcie na dobre i na złe! Obudźcie w sobie nadzieję!

Niech ta nadzieja wyda w was owoc wierności Bogu we wszelkiej próbie!


Gdy po powrocie do Rzymu pokazano mu obraz bł. Józefa, św. Jan Paweł II rzekł do jego siostrzenicy, Zofii Kołwy: „Ja go znałem, to był wspaniały człowiek”…

www.swzygmunt.knc.pl/…/0704blJOSEFKOWA…
franciszek44
Ci błogosławieni męczennicy i męczennice wpisują się w dzieje świętości Ludu Bożego pielgrzymującego od ponad tysiąca lat po polskiej ziemi […] Są oni świadectwem zwycięstwa Chrystusa — darem przywracającym nadzieję […]Błogosławieni męczennicy wołają do naszych serc:
Uwierzcie, że Bóg jest miłością! Uwierzcie na dobre i na złe! Obudźcie w sobie nadzieję!
Niech ta nadzieja wyda w was owoc …
More
Ci błogosławieni męczennicy i męczennice wpisują się w dzieje świętości Ludu Bożego pielgrzymującego od ponad tysiąca lat po polskiej ziemi […] Są oni świadectwem zwycięstwa Chrystusa — darem przywracającym nadzieję […]Błogosławieni męczennicy wołają do naszych serc:
Uwierzcie, że Bóg jest miłością! Uwierzcie na dobre i na złe! Obudźcie w sobie nadzieję!
Niech ta nadzieja wyda w was owoc wierności Bogu we wszelkiej próbie!


takze i dzisiejszej probie, roku Panskim 2020,
jakiej Kosciol swiety, Oblubienica Chrystusa zostaje poddana.
Niech Bog bedzie UWIELBIONY !

Panie ! Modlimy sie za MASONERIE SWIATOWA,
ktora jako BESTIA,
dazy do ostatecznej rozprawy z Toba i Maryja Niepokalana !

JEZUS i MARYJA
Radek33
Z ostatniego z wymienionych męczenników, przed zamordowaniem, naigrywali się i szydzili: „Tak, ogłupiać ludzi umiecie… Pracować wam się nie chce… Twierdzicie, że jest Bóg. Pokażcie mi Go, chcę Go widzieć! Bogiem jestem ja! Ja teraz jestem panem waszego życia!(...)
Przybyliście tutaj nie do sanatorium, tylko do niemieckiego obozu koncentracyjnego, z którego nie ma innego wyjścia, jak przez …More
Z ostatniego z wymienionych męczenników, przed zamordowaniem, naigrywali się i szydzili: „Tak, ogłupiać ludzi umiecie… Pracować wam się nie chce… Twierdzicie, że jest Bóg. Pokażcie mi Go, chcę Go widzieć! Bogiem jestem ja! Ja teraz jestem panem waszego życia!(...)
Przybyliście tutaj nie do sanatorium, tylko do niemieckiego obozu koncentracyjnego, z którego nie ma innego wyjścia, jak przez komin […] Z prawdziwą przyjemnością przepędzimy was wszystkich przez ruszty pieców krematoryjnych. Dla nas wszyscy razem nie jesteście ludźmi, tylko kupą gnoju […] Jeśli się to komuś nie podoba, to może iść zaraz na druty."