Inga Wolna Świat

🚨 W Polsce rozrasta się klasa miliarderów. I rosną nierówności.

Mamy stosunkowo niewielki kapitał, bo nie bardzo mieliśmy go jak akumulować. Najważniejsze miejsca w polskiej gospodarce zajmują od lat wielkie ponadnarodowe korporacje, często kontrolowane przez amerykańskie fundusze inwestycyjne. Istnieje jednak niewielka nisza, w której pojawiają się miliarderzy. To albo ludzie, którzy odziedziczyli fortuny po swoich rodzicach biorących udział w transformacji i prywatyzacji lat 1990., albo osoby powiązane z kapitałem zewnętrznym.

Firma analityczna zajmująca się rynkiem najdroższych nieruchomości, Knight Frank, oszacowała ostatnio, ze w 2031 roku będziemy mieli w Polsce 31 osób posiadających majątki o wartości powyżej 1 mld dolarów. Prognoza wzrostu jest całkiem spora, bo obecnie mamy takich osób 12 (według Forbesa, to kolejno: Michał Sołowow, Tomasz Biernacki, Jerzy Starak, Zygmunt Solorz, Paweł Marchewka, Dominika Kulczyk, Zbigniew Juroszek, Piotr Dąbkowski, Sebastian Kulczyk, Mati Staniszewski, Rafał Brzoska i Dariusz Miłek). Do większego tempa przyrostu milionerów i miliarderów w pewnym stopniu przyczynia się inflacja: dziś posiadacz kilku mieszkań może się już uznawać za milionera.

Nie jest to jednak wiadomość do końca dobra. Jak twierdzi Paweł Bukowski z Uniwersytetu College w Londynie,

„przyrost liczby miliarderów może też oznaczać, że mamy np. rosnące monopole. A to znaczy, że nie mamy zdrowej konkurencji na rynku i zyski skupiają się w jednych rękach. To może być więc bardziej objaw choroby rynku, niż sukcesu”.

Faktycznie, wiele osób z listy polskich miliarderów znanych jest z nieuczciwych praktyk rynkowych, nie mówiąc już o traktowaniu przez nich pracowników, których zatrudniają (ostatnie opisywane przez nas przypadki to Sołowow i Biernacki).

Rosną nam też coraz bardziej nierówności społeczne i majątkowe, jak pokazują dane GUS. Wskaźnik ilustrujący poziom rozwarstwienia majątkowego, tzw. współczynnik Giniego, tylko w 2025 roku wzrósł o 2,3%; w 2024 roku wynosił 0,300, a rok później 0,307 (poziom „0” to absolutna równość, a poziom „1” absolutna nierówność i skupienie całego majątku w rękach jednej osoby). Dramatyczny wzrost nierówności to coraz mniejsza spójność społeczna i coraz więcej potencjalnych konfliktów. Dlatego ekonomiści, np. prof. Łukasz Rachel, proponują, by naszych miliarderów nieco bardziej opodatkować.

„Przy przyroście liczby najbogatszych, dobrze by też było pamiętać o proporcjonalnym opodatkowaniu tego kapitału. Tak, żeby zamożni płacili co najmniej tak wysokie podatki, jak reszta populacji. A tak niestety nie jest. Mamy bardzo już dobrze udokumentowany fenomen, że to właśnie ci najbogatsi płacą najniższe podatki procentowo. Biorąc pod uwagę ich rzeczywisty dochód ekonomiczny” - przypomina. A Bukowski dodaje:
„to de facto oznacza dużą akumulację zysków i z punktu widzenia społeczeństwa niekoniecznie jest dobrą wiadomością. No, chyba że dla producentów Ferarri”.

Późny kapitalizm jest kulawy sam w sobie. Wysepki bogactwa powstające w Polsce wyglądają jeszcze bardziej pretensjonalnie i pokracznie, przez co podkreślają neokolonialny charakter i mentalność naszej klasy miliarderów.
1833
Lucym1961

TO ZDRAJCY I OSZUSCI