Gloria.tv And Coronavirus: Huge Amount Of Traffic, Standstill in Donations
Clicks2.3K
Radek33
7

POWRÓT DO JEDWABNEGO:"Niebezpieczne kłamstwa Grossa!"-Co naprawdę znaleziono w Jedwabnem?

Wojciech Sumliński:

Jak zbudowane zostało kłamstwo o Jedwabnem?

Część odpowiedzi - poniżej - we fragmencie książki "Powrót do Jedwabnego"! Po pełną treść odsyłam na stronę sumlinski.com.pl

Zachęcam do rozpowszechniania!

ROZDZIAŁ II
NIEBEZPIECZNE KŁAMSTWA GROSSA

W marcu 2001 Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa w Warszawie zleciła profesorowi Andrzejowi Koli, archeologowi z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, zbadanie miejsca, w którym mógł znajdować się relikt stodoły Śleszyńskiego – miejsce spalenia Żydów z Jedwabnego oraz zbiorowa mogiła.

Podstawą badań były zdjęcia lotnicze z lat pięćdziesiątych, na których uwidoczniono szczątki stodoły i duży grób zewnętrzny. Planowano przebadać także pozostałość cmentarza żydowskiego, ale na to nie zgodziła się już strona żydowska, którą reprezentował między innymi rabin Ekstein. Za merytoryczną stronę prac ze strony polskiej odpowiadała Małgorzata Grupa, uznana archeolog, która zdobywała doświadczenie między innymi podczas prac na miejscach kaźni polskich oficerów w Katyniu i Charkowie. Archeologowie przyjechali na miejsce i – pod specjalnym nadzorem Żydów, bo do tego to sprowadzono – krok po kroku odnajdywali dowody przeczące wersji Grossa.

W obrębie reliktu stodoły badacze odnaleźli cztery łuski karabinowe typu Mauer i jedną typu Mosin, a w kolejnych dniach jeszcze piętnaście łusek, dwa naboje, zapalnik oraz spłonkę z napisami w języku niemieckim. Kolejnym krokiem miała być już ekshumacja, po której spodziewano się uzyskać odpowiedź na dwa kluczowe pytania. Ilu ich było? I jak zginęli?

24 i 25 maja rozpoczęto prace przygotowawcze do ekshumacji, w trakcie których znaleziono między innymi złote obrączki, łańcuszki i srebrny zegarek kieszonkowy, a nazajutrz ujawniono kolejnych kilkadziesiąt łusek karabinowych Mauser 7,92 mm. Rozmawiałem z ludźmi, którzy byli wtedy na miejscu ekshumacji – doświadczeni archeolodzy, którzy to, co się tam wtedy działo, nawet po latach wspominają jako pandemonium – istne piekło. Następnego dnia prace zaczęto i natychmiast, na wiele godzin, przerwano. Wrzaski i awantury, non stop nieuzasadnione pretensje o wszystko i zawieszone w powietrzu groźby – warunki, jakich nie spotkali nigdy i nigdzie wcześniej. Naczelny rabin Warszawy i Łodzi Michael Schudrich, który, nieformalnie, kręcił tym wszystkim, dwoił się i troił, i bez przerwy coś z kimś konsultował, to z Warszawą, to znów z kimś za granicą. Wielu ludzi decydowało o tym, co może się wydarzyć, a co nie – i wiele wskazuje, że nie byli to Polacy.

A potem zaczęło się na dobre.

30 maja 2001 na terenie stodoły odnaleziono szczątki pomnika Lenina, którego według żydowskich świadków żadną miarą nie powinno tu być, ponieważ według „naocznych świadków” – jak przedstawiał Gross ludzi, których tragicznego dnia w ogóle w Jedwabnem nie było – pomnik został zakopany na cmentarzu. Jakim więc cudem ważący setki kilogramów monument Lenina teleportował się do stodoły? I co widzieli „świadkowie”, na których powołuje się Gross, a którzy w rzeczywistości tragicznego dnia znajdowali się o setki kilometrów od Jedwabnego? I znów: dużo pytań – mało odpowiedzi.
Interesujące, że w obronę wersji Żydów kłamców wpisał się także Instytut Pamięci Narodowej, a konkretnie prokurator Radosław Ignatiew, któremu zabrakło odwagi, aby pewne rzeczy nazwać po imieniu. Przykładem są łuski po nabojach odnalezione na terenie stodoły i grób odnaleziony na zewnątrz stodoły Śleszyńskiego. Zastanawiający jest zwłaszcza fragment uzasadnienia postanowienia o umorzeniu śledztwa zaciemniający obraz żydowskiej manipulacji:

„Nowo ujawniony grób wewnątrz obrysu kamiennego fundamentu stodoły jest miejscem pochówku kilkudziesięciu mężczyzn, w tym rabina i rzezaka (w grobie znaleziono ostrze rytualnego noża rzezaka). Mężczyźni ci zostali zmuszeni do przyniesienia z miasta dwóch części rozbitego popiersia Lenina. Następnie zostali zabici, a ich zwłoki wrzucono do dołu wcześniej wykopanego wewnątrz stodoły. Na zwłoki wrzucono betonowe fragmenty pomnika. Zapewne zabójstw dokonano w stodole, a więc w ukryciu przed osobami postronnymi. Potwierdzają to dane w dotychczasowych przekazach historycznych i zeznaniach świadków, gdzie typowano cmentarz żydowski jako miejsce egzekucji i pochowania osób z grupy niosącej fragmenty pomnika Lenina. Ustalenia w czasie czynności ekshumacyjnych pozwoliły więc na weryfikację prawdziwości niektórych danych historycznych i zeznań świadków”.

Prokurator stwierdził, że odnalezienie nowego grobu ze szczątkami mężczyzn i postumentu Lenina na terenie stodoły jest zgodne z danymi zawartymi w przekazach historycznych, czyli, mówiąc wprost, z zeznaniami świadków żydowskich, w których jako miejsce pochówku i egzekucji osób z grupy niosącej fragmenty pomnika Lenina wskazano cmentarz żydowski. Kiedy czytałem uzasadnienie, przypomniałem sobie stare porzekadło: jeśli myślisz – nie mów, jeśli mówisz – nie pisz, jeśli piszesz – nie podpisuj – i zastanawiałem się, czy prokurator Ignatiew też je zna. A jeśli nie, to warto, by je poznał i dobrze sobie przyswoił. Bo kto w końcu ma rację: świadkowie żydowscy, którzy mówili o pomniku Lenina zakopanym na cmentarzu czy polscy archeologowie, którzy znaleźli ten pomnik zakopany w stodole?

Aby dokładnie zrozumieć dylematy prokuratora Ignatiewa, najlepiej oddać głos kolejnemu „wiarygodnemu” świadkowi, na relację którego wielokrotnie powoływał się autor „Sąsiadów”. Avigdor Kochav vel Wiktor Nieławicki: „na środku rynku stała statua Lenina. Goje zmusili starego rabina do noszenia posągu i recytowania: »My, Żydzi, jesteśmy odpowiedzialni za wojnę i chcemy, aby wojna trwała«. Następnie zarządzili pochówek posągu na cmentarzu żydowskim”. Przywołany tekst to fragment relacji złożonej w Yad Vashem przez Nieławickiego vel Avigdora Kochava, który zapewnił, że był naocznym świadkiem wydarzeń w Jedwabnem. Ciekawe, czy po ekshumacji 30 maja 2001 zmienił kłamliwe zeznania, całkowicie podważone odkryciem archeologów.

Generalnie ten dzień – z punktu widzenia ludzi poszukujących prawdy o zbrodni w Jedwabnem – to niezwykły i pamiętny dzień. W nowo odkrytym grobie poza stodołą, w obrębie ludzkich szczątków znaleziono kolejną łuskę karabinową, a zaraz potem, w grobie, następną łuskę. Zabezpieczono też liczne odnajdywane w mogiłach przedmioty, kolejne złote obrączki, łańcuszki, monety. Wszystko to miało znaczenie, bo przecież żydowscy „świadkowie” twierdzili, że tabunom polskich zbrodniarzy nie dość było Żydów zabić – potem pracowali wytrwale, by już po śmierci swoje ofiary okraść. Polscy archeolodzy na pewno nie dotarli do wszystkiego, ale im głębiej „kopali”, tym gorzej wyglądało to dla wersji Jana Tomasza Grossa, na której zbudowano mit o polskiej zbrodni i wręcz quasi-nazizmie.

Najważniejsze miało jednak dopiero nastąpić – pozornie drobne odkrycie, które na pierwszy rzut oka mogło nie znaczyć nic, w rzeczywistości jednak zmieniało wszystko.

30 maja archeolodzy pracujący przy ekshumacji w Jedwabnem znaleźli łuskę typu Mauser kaliber 7,92. Bardzo to było interesujące, bo okazało się, że pocisk, którego pozostałość stanowiła łuska, został wystrzelony z karabinu maszynowego MG 42. Karabinu, który co prawda wszedł do seryjnej produkcji na przełomie 1941/1942 – a więc już po zbrodni w Jedwabnem – ale którego prototyp powstał latem 1939, a więc przed agresją niemiecką na Polskę i który na początku 1941 w liczbie tysiąca siedmiuset egzemplarzy znalazł się w rękach niemieckich żołnierzy jako broń testowana w warunkach bojowych. Potem, na żądanie Wehrmachtu, dopracowano konstrukcję karabinu, zwiększając jego szybkostrzelność i nadano mu oznaczenie MG 39/41. Najciekawsze było jednak nawet nie to, że taką łuskę znaleziono, ale to, gdzie ją znaleziono – poniżej sześćdziesięciu centymetrów od powierzchni ziemi, na terenie grobu w stodole Śleszyńskiego, pod resztkami betonowego postumentu Lenina.

Zapyta ktoś – ktoś nie do końca w sprawie zorientowany – dlaczego znalezienie tej właśnie łuski w tym właśnie miejscu było tak doniosłym wydarzeniem, skoro w okolicach stodoły i grobu w Jedwabnem znaleziono kilkadziesiąt innych łusek różnego typu?

Nie jest to pytanie, na które liczba potencjalnych wariantów odpowiedzi zmierzałaby do nieskończoności, a przeciwnie, jest tu tylko jedna sensowna odpowiedź – bo ta łuska to cała prawda o tym, kto zabijał Żydów w Jedwabnem. Znalezienie wszystkich innych łusek i nabojów w Jedwabnem teoretycznie można wytłumaczyć tym, że pochodzą z późniejszego bądź wcześniejszego okresu. Jak jednak wytłumaczyć znalezienie łuski z broni, którą żołnierze niemieccy otrzymali niedługo przed realizacją planu „Barbarossa” – agresji na sojuszniczy Związek Radziecki – i która to łuska znalazła się pod zakopanym pod ziemią 10 lipca 1941 monumentalnym obeliskiem Lenina?

Z punktu widzenia twórców mitu o polskiej zbrodni w Jedwabnem na to pytanie nie było dobrej odpowiedzi. Więcej – nie było żadnej odpowiedzi, więc w takiej sytuacji ktoś postanowił zamknąć to wszystko. Kto mógł to zrobić, pokazały dalsze wydarzenia, które od tego momentu potoczyły się już błyskawicznie. Rabin Schudrich już nawet nie próbował ukrywać, że to nieoficjalnie nadzorujący w imieniu Żydów pracę w Jedwabnem rabin Ekstein gra tu pierwsze skrzypce, tak jednak czy inaczej, obaj, zgodnie, zażądali przerwania ekshumacji. Powód? Bo zbliża się szabas. Cóż można powiedzieć? Pretekst mało wyszukany i górnolotny, za to dobry jak każdy inny – ale fakt: nie posłużyli się inwencją. Mówiąc szczerze nie musieli.

Przyparci do muru przedstawiciele najwyższych polskich władz z ministrem sprawiedliwości Lechem Kaczyńskim i prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim na czele uznali żądanie Schudricha za wiążące. Polecenie było jasne: eksploracja grobu i terenu stodoły tylko do momentu ujawnienia zwartych zespołów kości ludzkich w układzie anatomicznym. Zabroniono podnoszenia kości – a taki sposób prowadzania badań, to była ślepa uliczka po prostu. Prowadzący ekshumację polscy naukowcy, z odpowiedzialną za pracę na miejscu Małgorzatą Grupą na czele, zaprotestowali – nie po raz pierwszy, ale, jak się okazało, po raz ostatni.

4 czerwca minister sprawiedliwości Lech Kaczyński podjął decyzję o zakończeniu prac ekshumacyjnych prowadzonych przez Instytut Pamięci Narodowej, jak to określono, z powodu wyczerpania możliwości badawczych. Szczątki ludzkie po ich zbadaniu złożono w obu grobach – i groby zasypano. Decyzja ministra o zakończeniu ekshumacji była niezrozumiała, bo powoływanie się na zasady religii żydowskiej było w tym wypadku jedynie łatwym do sprawdzenia wybiegiem. Zgodnie z halachą, wykładnią prawa mojżeszowego, ekshumacji można dokonać w celu przeprowadzenia ponownego pochówku, przeniesienia zmarłego do innej mogiły – gdy pierwszy grób miał być w założeniu tymczasowy – jeśli grób znajduje się w miejscu bez nadzoru lub w miejscu nietypowym, poza cmentarzem. W przypadku pochowanych w Jedwabnem zachodziły i nadal zachodzą wszystkie wskazane tu przesłanki jednocześnie!

Inną, a wielce wymowną kwestią jest to, że w tym wypadku przedłożono żydowskie prawo religijne ponad prawo państwa polskiego – fakt, który więcej mówi o tym, kto naprawdę podejmował decyzję w sprawie przerwania ekshumacji w Jedwabnem, niż jakiekolwiek słowa.

Jaka była prawdziwa przyczyna przerwania ekshumacji?

Odpowiedź nie jest trudna.

Rabini rozumieli dobrze, że z każdą zdejmowaną z miejsca pochówku warstwą ziemi, odkrywana jest prawda o oszustwie Jana Tomasza Grossa. Rzecz w tym, że w tamtym momencie nie był to już problem tylko Jana Tomasza Grossa, ale szeroko rozumianego Przedsiębiorstwa Holokaust, które od roku prowadziło już gigantyczną kampanię oszczerstw pod adresem Polski i Polaków.

Oszczerstw, dla których brednie Grossa stały się fundamentem z widokami na przyszłe wielomiliardowe roszczenia i których broniono już na zasadzie obrony twierdzy, z której uciekli ostatni mieszkańcy – bo na logikę rzecz biorąc wydawało się, że tu już nie ma czego bronić. A jednak robiono to nadal i rzecz najbardziej szokująca – robiono skutecznie.
Pokazało to dwie rzeczy: z jednej strony potęgę Przedsiębiorstwa Holokaust, czyli Żydów po prostu, z drugiej – słabość polskiego państwa. Rabin Michael Schudrich i inni rozegrali rzecz całą po prostu koncertowo, dokładnie tak, jak chcieli.

KSIĄŻKA "POWRÓT DO JEDWABNEGO" - NIEZMIENNIE - DOSTĘPNA JEST W CENIE PROMOCYJNEJ POD LINKIEM:
l.facebook.com

www.facebook.com/search/top/
Prawda broni się sama...
To szkopy dokonały zbrodni w Jedwabnem...

Widzę, że mało tu takich co widzą treść, i do niej się odnoszą...
w większości komentatorzy na Glorii plotkują - kto powiedział, jak powiedział...

Gross to kłamca i manipulator historii, pracujący na zlecenie, za kasę,
robiąc nam, Polakom wielką krzywdę...
Jak komuś to nie przeszkadza, to...
guard
To,że dokonali tej zbrodni Niemcy wie każdy,kto choćby minimalnie zorientowany jest w tym temacie. Kim jest Gross i co z sobą reprezentuje też wiadomo. Chodzi o treść książki, a raczej o jej brak. Autor skupił się tutaj jak i w innych swoich dziełach przede wszystkim na sobie i własnych przeżyciach. Sprawa Jedwabnego jest tylko muśnięta i nie odkrywa tu Sumliński żadnych rewelacji. Swego czasu …More
To,że dokonali tej zbrodni Niemcy wie każdy,kto choćby minimalnie zorientowany jest w tym temacie. Kim jest Gross i co z sobą reprezentuje też wiadomo. Chodzi o treść książki, a raczej o jej brak. Autor skupił się tutaj jak i w innych swoich dziełach przede wszystkim na sobie i własnych przeżyciach. Sprawa Jedwabnego jest tylko muśnięta i nie odkrywa tu Sumliński żadnych rewelacji. Swego czasu bardzo dobrą i rzetelną recenzję dał Pan Dr. Zbigniew Kękuś na swoim kanale YouTube z serii Po Pierwsze Polak. Można w łatwy sposób odszukać. Ja natomiast proponuję samemu przeczytać książkę i ją ocenić.
Trzeba było to wcześniej napisać...
If ju noł łod aj min...
guard
@Anieobecny ju rajt jes of kors 😉
guard
Książka z gatunku słabych. Czytałem nie polecam. Tylko dla fanów Sumlińskiego.
Mark0S
By zbytnio nie rozsierdzić braci starszych.