gregory56
55.7K
34:48
POdobieństwa PRL-u z Polską Tuska w/g J.Pietrzaka. Jan Pietrzak w swoim występie satyryczno - patriotycznym wspomina lata 70te i 80te w PRL oraz obserwuje dzisiejsze wydarzenia. Przypomina wspólny …More
POdobieństwa PRL-u z Polską Tuska w/g J.Pietrzaka.
Jan Pietrzak w swoim występie satyryczno - patriotycznym wspomina lata 70te i 80te w PRL oraz obserwuje dzisiejsze wydarzenia. Przypomina wspólny wysiłek milionów Polaków, ich walkę z komunistyczną władzą, wylicza podobieństwa Polski Ludowej z Polską Platformy O.
Jolinar
👍
Jolinar
👍
jerzy1
Tak głupie że aż nie spójne.Na portalu katolickim gdzie miłój drugiego jak siebie samego ma mieć priorytet .....
Arka
👍
edi5150
Młodzi na świecie buntują się. Nie jest to nic nowego – młodzież zawsze się buntowała, a najgłośniej ta o przekonaniach lewicowych i skrajnie lewicowych. W Polsce młodzież się nie buntuje – część pracuje, część ma to wszystko w nosie, a część zakuwa na wyższych uczelniach. Cokolwiek by robiła, po raz pierwszy od końca II wojny światowej poziom życia ludzi młodych będzie gorszy niż ich rodziców …More
Młodzi na świecie buntują się. Nie jest to nic nowego – młodzież zawsze się buntowała, a najgłośniej ta o przekonaniach lewicowych i skrajnie lewicowych. W Polsce młodzież się nie buntuje – część pracuje, część ma to wszystko w nosie, a część zakuwa na wyższych uczelniach. Cokolwiek by robiła, po raz pierwszy od końca II wojny światowej poziom życia ludzi młodych będzie gorszy niż ich rodziców. Gdy część młodzieży zaatakowała obrońców krzyża na Krakowskim Przedmieściu, do języka polskiego wszedł nowy zwrot – Młodzi, Wykształceni z Wielkich Miast (w skrócie MWWM). Przez wielu prawicowych publicystów używany do dziś jest dość pogardliwie. Dodatkowym synonimem jest leming idący zbiorowo ku przepaści (czego dowodem jest głosowanie na partię polityczną wciągającą kraj w spiralę zadłużenia znamionującą niechybne bankructwo). Jest w tym wiele prawdy, ale wynika to głównie z ogromnych aspiracji konsumpcyjnych – nieważne, że na kredyt – oraz dość pobieżnego wykształcenia, za którym ani nie idzie wiedza, ani żadne umiejętności. Każda generacja starcza ma to do siebie, że lubi narzekać na młodzież i jej zepsucie. Wynika to głównie z żalu za straconymi latami, z zazdroszczenia młodym zdrowia oraz nowych możliwości. Już Arystoteles narzekał na zepsucie młodzieży. Nie ma więc nic dziwnego w tym, że starsze pokolenie marudzi na młodsze, które jest rzekomo gorzej wychowane czy mniej kulturalne, podczas gdy po prostu jest inne, ma inny system wartości, ukształtowany przez rówieśników oraz pop kulturę, swój język oraz swój kod zachowań. Naturalnym etapem ewolucji jest, że każde następne pokolenie powinno mieć łatwiej niż pokolenie rodziców. Wynika to nawet z postępu technologicznego i wiedzy o świecie. Poza tym raczej każdy rozsądny ojciec czy matka stara się przekazać dziecku wskazówki życiowe na tyle mądre, by chociaż dziecko uniknęło błędów popełnionych przez rodziców. To wszystko spowodowało, że w Polsce mamy ogromny boom edukacyjny. Gdy na początku lat 90. ubiegłego wieku, przy przemianie ustrojowej, wyższe wykształcenie było bardzo cenne, dodatkowo zdobyte jeszcze w dość elitarnym gronie (to znaczy, że na roku było mniej niż kilkuset studentów dziennych plus drugie tyle na studiach zaocznych i wieczorowych), wielu rodziców wybrało dla swoich dzieci drogę edukacji. Dziś nawet czytając lub oglądając w telewizji reportaże o patologicznych rodzinach, można zauważyć, jak zapita i bezzębna matka martwi się o kształcenie swoich dzieci. Jest to wręcz rewolucja. Ale rynek nie znosi próżni. Można się obrażać na pracodawców, na państwo zachęcające do studiów wyższych, ale polska gospodarka nie jest i jeszcze długo nie będzie w stanie wchłonąć takiej masy ludzi z wyższym wykształceniem. Polski rząd nawet przyjął za cel, że w 2020 roku 40% spośród osób w wieku 30-34 lat będzie posiadało dyplom wyższej uczelni (obecnie dla tej grupy wiekowej współczynnik wynosi ok. 33%). A to oznacza nacisk na ułatwienie zdobycia tegoż dla dzisiejszych 21-25 latków. Pytanie jest jednak zasadnicze: PO CO? To, że rośnie nam pokolenie Młodych, Wykształconych z Wielkich Miast, jest faktem bezspornym. Rząd robi wszystko, żeby ta grupa powiększała się coraz bardziej. Nie wiadomo jednak czemu. Poza tym, że można pochwalić się na jakiś konferencjach międzynarodowych współczynnikiem osób z wyższym wykształceniem, pożytku z tego nie ma żadnego. Daleki jestem od twierdzenia, że studia powinno kończyć 5 czy też może 15 procent młodzieży. O tym powinien decydować rynek. W tym przypadku rynek pracy. Gdy takich osób będzie brakować, pracodawcy będą walczyć o takie osoby poprzez oferowane wyższe płace. W tym momencie mamy nadpodaż młodych osób z dyplomem, co powoduje, że płace dla absolwentów wyższych uczelni są na bardzo niskim poziomie (dość powiedzieć, że pracując jako piekarz czy kurier można zarobić znacznie więcej niż na stanowisku wymagającym dyplomu). Dzieje się tak dlatego, że nastąpiła zmiana kulturowa w zakresie podejścia do pracy. Dziś nie szanuje się już naturalnych zawodów, takich właśnie jak rzemieślnik, budowlaniec, malarz, kierowca, spawacz. Młodzież do nich nie lgnie, co z jednej strony powoduje, że brakuje specjalistów z tak zwanym fachem w ręku, a z drugiej ci fachowcy bardzo się cenią. Najgorszy w tym wszystkim jest fakt, że państwo przyłożyło do tego rękę. Moi nauczyciele już od szkoły podstawowej pogardliwie wypowiadali się o szkołach zawodowych i niektórych profesjach (po dziś dzień dzwoni mi w uszach, jak pani zwracała się do słabiej uczącego się kolegi: „jak nie będziesz się uczył, to przy drogach będziesz robił” – ciekawe, co by dziś powiedziała, wiedząc, że kolega właśnie buduje drogi, a jego wynagrodzenie to ok. 4 tysięcy zł na rękę). Reforma edukacyjna przeprowadzona jeszcze przez rząd Akcji Wyborczej „Solidarność” i Unii Wolności praktycznie zaorała szkolnictwo zawodowe. Przypominam sobie, jak jacyś doradcy zawodowi przysyłani z kuratoriów zachęcali do nauki w liceach, a później do studiów na uniwersytetach (bo polski przemysł miał całkowicie zbankrutować). Efektem tych działań jest niesamowita nadpodaż osób z dyplomem wyższej uczelni i brak specjalistów od zawodów technicznych. Rośnie pokolenie nie Młodych, Wykształconych z Wielkich Miast, ale Młodych, Wyedukowanych Frustratów (MWF). Na świecie już się oburzają, w Polsce na razie siedzą cicho. Ale ich frustracja będzie narastać wraz ze znikaniem z ich niskich pensji coraz wyższych danin na „sprawiedliwe społecznie” państwo. Jan Vincent-Rostowski właśnie zapowiedział, że rozważa trzy warianty na 2012 rok. W jednym z nich (najbardziej dramatycznym) nastąpi podwyżka podatków. I bardzo dobrze. Niech MWWM, zwani lemingami, wiedzą że kiedyś długi trzeba zacząć spłacać, a skoro ich guru w ciągu jednej czterolatki zaciągnął sobie kredytów na ok. 300 miliardów złotych (co gorsze, ponad połowę zaciągnął za granicą, uzależniając nas od chwiejnego kursu dolara i euro do złotówki) na tzw. budowę, to teraz trzeba już płacić od tej budowy raty (niezależnie od tego, czy budowa się skończyła, czy nie). Gorzej dla tych wszystkich, którzy kwestionowali życie na kredyt, a oczywiście też będą płacić. Ale taki to już urok demokracji, że większość decyduje, a płacą wszyscy. Żeby było śmieszniej, najbardziej po kieszeni dostaną właśnie MWWM, co spowoduje że szybko zamienią się Młodych, Wyedukowanych Frustratów. Państwo zachęciło ich do edukacji (między innymi poprzez systemy stypendialne dla kształcących się inżynierów i specjalistów od nauk matematyczno-przyrodniczych, dziś znajomy inżynier skarży się, że coraz więcej absolwentów studiów technicznych jest całkowicie nieprzygotowanych do wykonywania choćby podstawowych obowiązków). A aspiracje MWWM są wielkie. Zgodnie z przygotowanym na zlecenie rządu raportem „Młodzi 2011”, dla 19-latków w 2007 roku interesująca praca jest wyżej na liście priorytetów niż udane życie rodzinne (str. 40 wspomnianego raportu). Jeżeli dodamy do tego fakt (str. 43), że blisko 60% młodzieży woli dążyć do przyjemności życiowych niż żyć skromnie i oszczędnie (28%, pozostali są niezdecydowani), to mamy idealną platformę do narastania frustracji. Młody człowiek, zachęcony różnymi sposobami do pięcioletniej edukacji na uczelni, traci czas, pieniądze oraz potencjał (mógłby w tym czasie już się ustatkować, założyć rodzinę, zdobyć doświadczenie i ustabilizować swoją drogę zawodową). Gdy wreszcie uda mu się ją ukończyć, okazuje się że rynek pracy nie jest gotowy na przyjęcie jego umiejętności i zapłacenie ceny, jaką ów człowiek sobie wymarzył, a oczekiwania młodych ludzi są naprawdę ogromne (znajoma specjalistka od rekrutacji, która przeprowadza ok. 300- 400 postępowań rekrutacyjnych rocznie, opowiada, że oczekiwania absolwentów po studiach zaczynają się, oczywiście z wyjątkami, od 3 tysięcy netto, a najczęstszą podawaną wartością są oczekiwania 5 tysięcy złotych po pierwszym roku pracy). Zderzenie z rzeczywistością jest brutalne. Polska została zaprogramowana jako kraj dostarczający średnio przetworzone towary na rynek niemiecki oraz montownia (z powodów celnych) sprzętu AGD. Dzięki doskonałym warunkom naturalnym (lasy) ewentualnie jeszcze mebli. Trudno, by polska gospodarka była przygotowana do tego, żeby prawie co druga nowa osoba wchodząca na rynek pracy znalazła zatrudnienie zgodne ze swoimi oczekiwaniami. To powoduje, że gdzie nie spojrzeć, tam pracują osoby wykształcone. Już nie tylko kasjerki przyjmujące pieniądze w bankach (czy naprawdę średnie nie wystarczy?), ale kurierzy, listonosze, magazynierzy, sprzedawcy w sklepach. Pełno jest osób pracujących na stanowiskach, które nawet nie wymagają matury. A rząd dalej próbuje zachęcić młode osoby do kontynuowania edukacji na studiach. Niszczy się w ten sposób tych ludzi, potęgując u nich frustrację. Wytworzyła się nawet pewna kultura: po gimnazjum obowiązkowo liceum, a później studia, jakiekolwiek, byle pochwalić się tytułem magistra. I później jest już zderzenie z rzeczywistością. Nikt tego magistra nie potrzebuje, a jeśli już, to na pewno nie za 4-5 tysięcy złotych plus 80% jeszcze do zapłacenia w podatkach za takiego ceniącego się absolwenta wyższej uczelni. Rząd wie, że wyższe uczelnie nie przygotowują do zawodu, dlatego stworzył coś takiego jak program „Pierwsza praca”, gdzie absolwent może przez rok douczać się, za co płaci mu Urząd Pracy. Trudno zresztą powiedzieć, że płaci. Bo oto pojawiła się w polskim ustawodawstwie furtka do ominięcia płacy minimalnej. Urząd pracy wypłaca stażyście stypendium w wysokości 913,70 zł, za co ten świadczy pracę u wskazanego przez UP pracodawcy. Przypomnijmy, że płaca minimalna ciągle jeszcze wynosi 1386 zł (a od przyszłego roku rośnie do 1500 zł). Gdyby ktokolwiek chciał zatrudnić młodego absolwenta za niższą płacę, to grozi mu kryminał, ale… państwo może. I w ten sposób posyła całą masę ludzi na staże, najczęściej do innych urzędów, gdzie ludzie ci dokształcają się tak naprawdę, jak nie pracować (znajomy przedsiębiorca mówił mi, że nigdy więcej nie zatrudni nikogo po stażu odbytym w urzędzie, bo kilku takich pracowników już testował i są oni od początku zarażeni złymi nawykami). Mało kto zwraca na to uwagę, ale tutaj należy również szukać przyczyny powiększającej się biurokracji. Dziesiątki tysięcy młodych ludzi po studiach szuka pracy – już nie tyle za wysokie stawki, ale jakiejkolwiek. A mają przecież rodziny, które nierzadko pracują właśnie w państwowych urzędach. Najpierw bierze się taką młodą osobę na staż, a później tworzy jakieś stanowisko. Nieważne, że niepotrzebne. Czy ktokolwiek zwróci uwagę na jeszcze jedną osobę w dużym urzędzie? A że w skali kraju jest to wzrost o 100 tysięcy w cztery lata? Nacisk ze strony absolwentów prawa oraz administracji jest bardzo duży i nadal będzie istniał. Nic tu nie pomoże ten słaby rząd, bojący się urzędniczej sitwy jak ognia. O wiele ważniejsze dla urzędnika jest zapewnienie córce czy synowi jakiejkolwiek posady niż jakieś tam utyskiwania premiera, że trzeba obniżyć zatrudnienie o 10%. Kilkadziesiąt uczelni w skali kraju dalej kształci magistrów administracji. Frustracja wśród młodych będzie narastać wraz ze starzeniem się społeczeństwa. Dziś Tusk zabrał im półdarmowe przedszkola, zaraz zabierze jeszcze więcej z pensji, bo potrzeby budżetu są ogromne. W ciągu najbliższych czterech lat tylko na wypłatę rent, emerytur i świadczeń socjalnych potrzeba będzie ok. 750 miliardów zł. Dla porównania: zaplanowane na 2011 rok wpływy do budżetu z tytułu różnych podatków dochodowych wynoszą 63 miliardy złotych. Gdyby zatem opłacać emerytów tylko z podatków dochodowych, to trzeba by je podwyższyć prawie trzykrotnie. To spowoduje, że osoby pracujące będą jeszcze bardziej karane podatkami. Swoje dołożą potrzeby inwestycyjne rozkopanej Polski w budowie. Nie jest to dobry okres dla młodych ludzi. Mając i tak już mizerne pensje, będą musieli jeszcze bardziej dzielić się z fiskusem. Obserwujemy zjawisko wręcz niewyobrażalne. Starsze pokolenie będzie żyć na koszt młodszego. Polska, zamiast stosować niskie podatki pobudzające naszą konkurencyjność oraz możliwość wzbogacenia się i awansu społecznego, będzie karać jakąkolwiek aktywność. Jeśli doliczymy do tego obsługę długu publicznego (jeżeli premier się nie powstrzyma z zaciąganiem pożyczek, to w ciągu kadencji obsługa długu publicznego wzrośnie z 40 do 60 miliardów złotych rocznie), który kiedyś trzeba będzie spłacić, okaże się, że Polska to nie kraj dla młodych ludzi. A dużą część odpowiedzialności za to powinni wziąć na siebie między innymi Młodzi, Wykształceni z Wielkich Miast. Gdy frustracja będzie w nich narastać coraz bardziej, niech pamiętają, że sami właśnie tego chcieli. Głosując za Palikotem i jego libertyńskim systemem wartości, chcą dalej kraju, w którym środki antykoncepcyjne są opodatkowane 8-procentowym VAT-em, a ubranka dla dzieci – stawką 23%. Głosując za Tuskiem, chcą wyższych podatków i większego jeszcze kredytu do spłacenia… Marek Langalis