Tak krótka historia, swego czasu, bardzo wzmocniła moją wiarę, więc może komuś z Was Kochani również pomoże... .
Pielgrzymka Jana Pawła II w Stanach Zjednoczonych, Baltimore.
Rok 1997, ostatni dzień przed odlotem do Watykanu i grafik spotkań wypełniony do pełna.
Każda minuta zaplanowana, każdy wizyta zabezpieczona, aby jak najlepiej ochronić papieża w tym tłumie ludzi.
Rano Msza Święta, potem parada ulicami, wizyta w Bazylice Wniebowzięcia i obiad.
Następnie Jan Paweł II miał w planie przywitanie się z seminarzystami Najświętszej Maryi Panny.
Tylko na schodach, bo nie było czasu nawet na wejście do seminarium.
Papież jednak powiedział, że chce również wejść do kaplicy seminarium, aby spotkać się z Panem Jezusem.
Ochrona zaskoczona, ale nie miała wyjścia i musiała działać błyskawicznie.
Informacja do seminarium..., tam panika, czyszczenie kaplicy, korytarzy, a Jan Paweł II już w drodze.
Ochroniarze musieli być pewni, że nikogo w kaplicy nie ma.
Wpuszczają więc tam szybko specjalnie wyszkolone psy ratownicze, które odnajdują żywe osoby w różnych kataklizmach.
Pod gruzami, pod ziemią, zawalone budynki..., i te psy są wtedy bezcenne.
Uratowały wiele istnień ludzkich.
Teraz biegają po całej kaplicy seminarium, między ławkami, wchodzą też do prezbiterium. Ochrona pewna, że jest czysto, woła psy i wychodzi z kaplicy.
Psy jednak nie reagują, wołają głośniej, papież już jest blisko, a psy nic.
W końcu jakiś treser wpada do kaplicy i jest lekko zdezorientowany.
Psy zachowują się tak, jak w momencie znalezienia żywego człowieka.
Piszczą, siadają i kierują swój wzrok na miejsce gdzie ktoś jeszcze żyje.
Treser biegnie tam, ale nikogo nie widzi..., o co chodzi ?
Nagle doznaje olśnienia, jak dostrzega jednego psa.
Pies centralnie..., nieruchomo, uszy położone poddańczo, jak zahipnotyzowany siedzi naprzeciwko tabernakulum.
Robi to zdjęcie poniżej...