Czy Katolik może wybierać ,,mniejsze zło''?
Skoro jednak piszę o tym w czasie przeszłym, to znaczy, że jednak znalazłem jakieś lepsze wyjście z tej etycznej pułapki. Kiedy brniemy w tego typu dylematy, pojawia się zaraz następny, zawierający się w pytaniu: jaka jest różnica między zabiciem kogoś a pozwoleniem na to, by umarł? Przyznam, że akurat przy tym dylemacie etyczne ciarki całkiem wyraźnie chodzą mi po plecach. Stąd bowiem już tylko krok do tzw. rzeczowej dyskusji nad eutanazją.
Gdzie zatem leży pułapka takiego myślenia? Pozornie są to bowiem ciągi logiczne bez wyjścia na bok, zmierzające – jak nieszczęsny wagonik – tylko w jednym, z góry wiadomym kierunku, celu – skutku.
Pewnego dnia uderzyło mnie nagłe, acz bardzo radosne olśnienie. Przecież grywając w takie gry, z góry skazujemy się na porażkę, tzw. częściowe ubrudzenie, zszarzenie. Jakie zatem jest wyjście? Dla człowieka wierzącego nie ma takich dylematów. On zawsze będzie działał tak, aby osiągnąć to, na co go stać. Zrobić najlepiej, nie oglądając się na okoliczności. Uratować wszystkich!
Co więc z tym cholernym wagonikiem? Człowiek wierzący i etycznie sprawny po prostu zrobi wszystko, co w jego mocy, aby jednak zatrzymać wagonik. Ucieknie się tu też do modlitwy, dzięki której dzieją się czasem rzeczy niemożliwe. Katolik, człek wierzący i radosny z tego powodu, po prostu odda się zatrzymywaniu wagonika, wzywając na pomoc całą swoją moc – wiarę.
Praktycznie rzecz w tym, aby wywrócić taki stolik do gry, ktoś bowiem tak go skonstruował, aby wszyscy przegrywali... poza konstruktorem. Stając w narożniku tak sformułowanych pułapek, dajemy się wcisnąć w świat absolutnie mechanistyczny, pozbawiony Boga. Zapominamy, że to nie człowiek jest powołany ku temu, aby owładnąć ostatecznością. Ostateczność jest bowiem własnością Boga i tylko On ją przeniknął i włada jej naturą. Jeśli sami siebie stawiamy wobec ostateczności, to stajemy przed diabelską pokusą ustanowienia granic świata, tylko po to, aby poddać go swojej woli.
„Dylemat wagonika” ma jedno tylko satysfakcjonujące rozwiązanie: uczynię wszystko, aby zatrzymać wagonik, aby uratować każde życie. Życie bowiem nie podlega statystyce.
Dając się wpuścić w dylematy pani Foot, mimowolnie stajemy się uczestnikami gry w „mniejsze zło”. Uczynimy coś złego, ale przecież mogliśmy uczynić coś znacznie gorszego, zatem w ostatecznym rachunku należy nam się medal. A że ten medal będzie nam wręczał zły... Hmmm... A kto tu zakłada istnienie złego?
Tak więc pani Foot godzi się na istnienie logiki „mniejszego zła”, konstruuje nawet optymistyczne rozwiązanie. Wybieramy mniejsze zło, ale przecież właśnie wybór mniejszego zła – w pewnych sytuacjach – jest dobrem...
Diabeł kusi: zaufaj swojemu rozumowi, postaraj się w ramach jego potencji rozstrzygnąć zagadnienia życia i śmierci. Kusi dalej: uwierz, że w pewnych sytuacjach nie da się być etycznym maksymalistą. Musisz z czegoś zrezygnować. Prawda nie zawsze jest taka niewzruszona, czasem leży pośrodku...
Stop, ta racjonalność cię zgubi! Bóg ma ostateczną miarę rzeczy. Oddając się jego potencji, wykraczamy poza pozorne pułapki.
Życie jest darem Pana i nie my będziemy decydować o jego odbieraniu. Jeśli pozostaniesz maksymalistą, okrzykną cię szaleńcem. Bo w istocie my – z ich punktu widzenia – jesteśmy szaleńcami. Ale to przecież na tym właśnie polega istota naszej radości. Nie dajmy jej sobie odebrać.
Szaleniec Boży nie raz dokonywał rzeczy, o których pani Foot i jej wagonikowi nigdy się nawet nie przyśniło. Można wykroczyć poza samego siebie. Ważne, aby nie robić tego dla samego siebie, dla napasienia własnej próżności. Nie raz udało się już ten wagonik zatrzymać bez „poświęcania” czyjegoś życia.
„Mniejsze zło” jest takim samym złem jak to najmniejsze. Wybór strony świata zależy od wewnętrznego napędu. Chcesz być po stronie dobra? To nie daj sobie wmówić, że istnieje „mniejsze zło”. Nikt cię nie zwolnił od bycia maksymalistą.
Tak księżowsko dziś zabrzmiałem, ale przecież mogą sobie Państwo te rozważania nałożyć na mapę codziennych doświadczeń i tego, co słyszycie w telewizji. Zapewniam, przeżyjecie to samo, co ja. Po prostu pewne „zagmatwane z pozoru sprawy” staną się zupełnie czytelne. W polityce także nie ma zasady „mniejszego zła”. Przynajmniej dla nas... nienasyconych.
źródło: Niedziela.pl 15/2017 str. 21
Czy Katolik może wybierać ,,mniejsze zło''?