Bos016

Boże Narodzenie, a nie Chanuka.

Boże Narodzenie, a nie Chanuka.

Boże Narodzenie jest świętem, które na pierwszy rzut oka wydaje się ciepłe, rodzinne i miękkie w przekazie, a jednak jego symbolika jest niezwykle wymagająca i surowa. Pod warstwą kolęd, świateł i zapachu igliwia kryje się opowieść o końcu i początku, o sądzie i nadziei, o rozdzieleniu i wyborze.
To nie jest sentymentalna bajka o Dziecku, ale zapowiedź Mesjasza, który przychodzi po to, aby oddzielić światło od ciemności.


Choinka, która dziś kojarzy się z ozdobą salonu, ma w sobie wyraźny rys apokaliptyczny. Jest drzewem hierarchicznym, szerokim u dołu i zwężającym się ku górze. Cała jej konstrukcja prowadzi wzrok w jednym kierunku, ku szczytowi, ku gwieździe, ku niebu. To nie jest przypadek.
To obraz drogi człowieka, który zaczyna nisko, w gęstwinie spraw codziennych, a jeśli chce ocaleć, musi piąć się ku górze.
Światełka na choince nie są jedynie dekoracją. Przypominają świętych, którzy świecą nie swoim blaskiem, ale odbitym światłem Boga. Każde światełko jest inne, ma inną barwę i intensywność, a jednak wszystkie są zasilane tą samą energią. To czytelny znak jedności w różnorodności, Kościoła, który nie jest jednolity, ale zjednoczony jednym źródłem światła.

Łańcuch oplatający drzewo nie jest ozdobą przypadkową. Jego ruch zawsze prowadzi ku górze, nigdy w dół. To obraz wysiłku, drogi, wspinania się, czasem mozolnego i powtarzalnego.
Człowiek nie krąży bez sensu, lecz zmierza do celu, nawet jeśli robi to po spirali. Na dole choinki leżą prezenty, które w tradycji miały bardzo konkretne znaczenie.

Był to jedyny moment w roku, kiedy następowało symboliczne rozliczenie z życia. Czy dostanę rózgę, czy prawdziwy dar. To nie była pedagogiczna groźba, ale przypomnienie o rzeczywistości sądu. Piekło i niebo nie są abstrakcją.

Cały rok życia prowadzi do momentu konfrontacji z prawdą o sobie. Boże Narodzenie przypomina, że historia nie jest chaosem, ale adwentem, czasem oczekiwania na ostateczne rozstrzygnięcie.

Równie wymagająca jest symbolika wołu i osła obecnych w szopce. Wół w tradycji biblijnej jest symbolem Izraela, ludu pracującego pod jarzmem prawa, zapracowanego w wypełnianiu przepisów, skupionego na literze. Osioł natomiast symbolizuje pogan, prostych, nieuczonych, często pogardzanych. W tradycji Izraela tych dwóch zwierząt nie wolno było hodować razem. Prawo jasno oddzielało to, co czyste, od tego, co uznane za nieczyste.
A jednak w noc narodzenia Mesjasza wół i osioł stoją obok siebie. Nie dlatego, że różnice przestają istnieć, ale dlatego, że zostają przekroczone w Chrystusie. Zapracowany wół i prosty osiołek spotykają się przy jednym żłobie.

Ten obraz jest także czytelnym symbolem rozdzielenia, które trwa do dziś. Nie obchodzimy chanuki, lecz Boże Narodzenie.
Nie obchodzimy żydowskiej paschy, bo świętujemy zmartwychwstanie Pańskie.

To nie jest kwestia kalendarza, ale wyboru wiary. Izrael nie obchodzi Bożego Narodzenia, ponieważ widzi w nim bluźnierstwo. Obchodzi paschę, ale nie obchodzi Wielkanocy, ponieważ śmierć Chrystusa uważa za zgorszenie, a zmartwychwstanie za kłamstwo. Wół i osioł nie mogą być hodowane razem, bo oznaczają dwa różne sposoby odpowiedzi na Boga.

Boże Narodzenie nie znosi napięć, ale je ujawnia. Pokazuje, że Mesjasz przychodzi nie po to, aby wszystkich pogodzić tanim gestem, lecz aby postawić każdego wobec prawdy.

Albo żłób stanie się początkiem drogi ku krzyżowi i pustemu grobowi, albo pozostanie jedynie dekoracją. Symbolika tych świąt jest twarda i jednoznaczna. Przypomina, że historia zmierza ku spełnieniu, że światło przyszło na świat, a człowiek musi zdecydować, czy chce do tego światła iść, czy pozostać w cieniu.

Cały świat czekał na Mesjasza. Nie tylko Izrael, nie tylko prorocy i psalmiści. Także poganie, ludzie spoza Przymierza, wyczuwali, że historia jest w stanie oczekiwania, że czas dojrzewa do czegoś, co przekracza zwykły bieg wydarzeń.

Ten niepokój serca, to przeczucie sensu, pojawia się w tekstach, które powstały jeszcze przed narodzeniem Chrystusa. Jakby ludzkość wstrzymała oddech.

Jednym z najbardziej poruszających świadectw jest tekst pogańskiego poety Wergiliusz, napisany około czterdziestu lat przed narodzeniem Jezusa.

W czwartej Eklodze pojawia się wizja nowego początku dziejów. Poeta pisze o końcu starego porządku i o rozpoczęciu nowego cyklu historii. Zapowiada powrót sprawiedliwości, czystości i pokoju, jakby złoty wiek miał powrócić na ziemię.

Pisze o Dziewicy, o nowym pokoleniu zstępującym z nieba, o dziecku, którego narodziny odmienią los świata. Nie jest to proroctwo w sensie biblijnym, ale intuicja, która zadziwia swoją bliskością do Ewangelii.

W tej samej pieśni pojawia się obraz dziecka i matki. Poeta wzywa niemowlę, aby uśmiechnęło się do swojej matki, która wiele wycierpiała przez długie miesiące.

Ten, kto nie odpowie na jej miłość, nie wejdzie na ucztę bogów i nie zazna ich bliskości. W tych słowach pobrzmiewa echo tajemnicy Wcielenia, choć autor nie zna jeszcze imienia Dziecka. To dowód, że adwent historii nie był wyłącznie doświadczeniem narodu wybranego. Cały świat, świadomie lub nie, czekał na Chrystusa.

Pismo Święte nazywa to wprost.

Prorok Aggeusz zapisuje słowa Boga, który zapowiada, że spełni się pragnienie wszystkich narodów. Nie jednego ludu, nie jednej kultury, ale wszystkich. Oczekiwanie Mesjasza nie było więc bezpańskie.

Proroctwa nie wisiały w próżni, nie były porzuconymi obietnicami. Miały Pana historii, który prowadził je ku wypełnieniu. Dopiero narodzenie Chrystusa nadało im pełny sens i odsłoniło ich prawdziwe znaczenie.

Piękną intuicję tej tajemnicy oddaje scena opisana przez Roman Brandstaetter. Cesarz August wzywa Wergiliusza i pyta go, o kim pisał. Przecież sam August już się narodził, a zapowiadane dziecko nie może być jego synem, bo ma tylko córkę. Poeta milknie.

Miał napisać pochwałę władcy, tekst użytkowy, niemal urzędowy. Tymczasem poniosło go dalej, ku czemuś, czego sam do końca nie rozumiał. Historia wymknęła się spod kontroli propagandy i stała się zapowiedzią prawdy większej niż imperium.

Narodzenie Chrystusa jest wypełnieniem Starego Testamentu. Bez Niego proroctwa są jak nuty bez melodii.

Dopiero w Jezusie wszystko układa się w spójną całość. Syn Boży istniał od zawsze, a jednak w określonym momencie historii zaistniał jako człowiek, narodzony z Dziewicy. Wcielenie nie jest dodatkiem do dziejów, ale punktem zwrotnym, od którego zaczyna się proces oczyszczania świata z grzechu.

Można to zrozumieć przez prostą alegorię. Kobieta pyta złotnika, w jaki sposób oczyszcza złoto. Odpowiada, że pilnuje odpowiedniej temperatury, ani za niskiej, ani za wysokiej. Ale dodaje coś jeszcze ważniejszego.
Złoto jest czyste dopiero wtedy, gdy może się w nim przejrzeć i zobaczyć swoje oblicze. To obraz Chrystusa, który czuwa nad człowiekiem, prowadzi go przez ogień prób i cierpienia, nie po to, by go zniszczyć, ale po to, by zobaczyć w nim swoje odbicie.

Morał jest jasny i wymagający.

Skoro cały świat czekał na Mesjasza, a proroctwa znalazły swojego Pana, to człowiek nie może pozostać obojętny.

Boże Narodzenie nie jest wspomnieniem dawnego wydarzenia, ale pytaniem o to, czy pozwalamy Chrystusowi oczyścić nasze życie do tego stopnia, aby mógł zobaczyć w nas swoje oblicze.

Jeśli adwent historii znalazł swoje spełnienie, to adwent ludzkiego serca wciąż trwa i domaga się odpowiedzi.


Kjb24
31 tys.
Geminiano Secundo

Szerszenie się nie golą - księże Mateuszu, zapomnij o golarce, na co dzień i od święta.

Kwal.. Maciej .

Ciekawe co na to Pan Ryś

IS 2201

Bezdyskusyjnie. Boże Narodzenie jest jednym z największych świąt katolickich, a chanuka świętem odstępczym, którego nawet nie-katolik powinien unikać.