Bos016

Wspomnienie św. Jana Maria Vianneya – prostego kapłana, którego świat poznał jako Proboszcza z Ars.

Wspomnienie św. Jana Maria Vianneya – prostego kapłana, którego świat poznał jako Proboszcza z Ars.

Kiedy w roku 1818 przybył do małej francuskiej wioski Ars, nie zastał tam ani rozkwitu wiary, ani gorliwości. Była zwyczajna codzienność, zmęczona ludzkimi słabościami. Nie przyniósł ze sobą bogactwa, wielkiej uczoności ani pięknych planów zapisanych na papierze. Przyniósł coś znacznie cenniejszego – serce całkowicie oddane Bogu i człowiekowi.
Mówiono, że spędzał w konfesjonale jedenaście, piętnaście, a nieraz nawet osiemnaście godzin dziennie. Do jego skromnego kościoła przybywały tysiące ludzi z najdalszych stron Europy. Szukali nie cudów, lecz pokoju. Wierzyli, że ten cichy kapłan potrafi zajrzeć głębiej niż ludzkie słowa, że umie dostrzec ból ukryty w sumieniu i wskazać drogę ku nadziei.
Żył bardzo ubogo. Mało spał, wiele pościł i ofiarowywał swoje cierpienia za tych, których powierzono jego pasterskiej trosce. Sam nie uważał się za człowieka niezwykłego. Wiedział, że największe dzieła rodzą się z wierności małym obowiązkom. Nawet trudności w nauce i brak wykształcenia nie zamknęły mu drogi do kapłaństwa, bo tam, gdzie człowiekowi kończą się zdolności, często zaczyna działać łaska.
Historia Proboszcza z Ars przypomina prawdę, o której łatwo zapominamy. Świat potrzebuje ludzi mądrych, ale jeszcze bardziej potrzebuje ludzi dobrych. Potrzebuje serc, które nie przechodzą obojętnie obok cudzego cierpienia.
Dlatego warto z wdzięcznością patrzeć na naszych proboszczów. Nie są doskonali, bo są ludźmi takimi jak my. Każdego dnia dźwigają jednak ciężar cudzych trosk, wysłuchują spowiedzi, pocieszają w godzinach żałoby, błogosławią dzieci, prowadzą młodych do małżeństwa i odprowadzają starszych do progu wieczności. Największe dobro, jakie czynią, najczęściej pozostaje niewidoczne dla ludzkich oczu.

Święty Jan Maria Vianney zostawił po sobie niezwykle prostą lekcję: kapłan nie staje się wielki dzięki temu, ilu ludzi go podziwia, lecz dzięki temu, ilu ludzi prowadzi ku dobru. A parafia staje się żywą wspólnotą nie wtedy, gdy ma piękne mury, lecz wtedy, gdy spotyka w swoim proboszczu człowieka modlitwy, pokory i miłości.

Bo dobry proboszcz jest jak ciche światło w oknie. Nie woła, nie olśniewa, nie szuka uznania. Po prostu świeci. I właśnie dlatego wielu ludzi, błądząc w ciemności, potrafi odnaleźć drogę do domu.

Andrzej Kiełbio Gac.
231