V.R.S.
1365

Dzieci Matki Bożej z Podkamienia (1)

Wyobrażacie sobie atak na Jasną Górę? Napastnicy otaczają klasztor, gdzie przy zakonnikach schroniła się okoliczna ludność, ostrzeliwują go, obiecują zgromadzonym bezpieczne wyjście, po czym, gdy otwarto bramy, wdzierają się do środka i rozpoczynają rzeź, nie oszczędzając nawet modlących się w kościele. To wszystko wydarzyło się w Podolskiej Częstochowie.

Idąc w ślad za obrazem Matki Bożej Hetmańskiej (Zwycięskiej) z Mariampola w przewodnikach po Wrocławiu odnajdziemy też inny obraz pochodzący z Kresów, z Podola, znajdujący się w kościele dominikańskim pod wezwaniem św. Wojciecha. Jest to wizerunek Matki Bożej z Dzieciątkiem Jezus w typie słynnego przedstawienia Salus Populi Romani – Ocalenie Ludu Rzymskiego. Przez większość swych dziejów trwających kilkaset lat wizerunek znajdował się w klasztorze Zakonu Kaznodziejskiego w Podkamieniu, który zyskał miano Podolskiej Częstochowy.

Klasztor według tradycji założył św. Jacek Odrowąż w XIII wieku, klasztor ów został jednak potem zniszczony przez Mongołów. Tradycja ta utrzymywała się w XV wieku kiedy to Piotr z Zabokruk Cebrowski przekazał dominikanom wzgórze, które nazwano Górą Różańcową i ufundował nowy klasztor oraz murowany kościół. Konsekracji kościoła dokonał 15 sierpnia 1464 roku arcybiskup lwowski Grzegorz z Sanoka. U stóp Góry Różańcowej oraz kościoła i klasztoru powstało miasteczko. Po najeździe tatarskim w roku 1519 klasztor popadł w ruinę. Dominikanie zostali przez nowego właściciela dóbr przepędzeni i wrócili tu dopiero w roku 1612, na podstawie pierwotnego aktu fundacyjnego, przy wsparciu aktualnego właściciela Baltazara Cetnera.

Podjęto niezwłocznie odbudowę kościoła i drewnianego na razie klasztoru, przerywaną wypadkami wojennymi. W kościele znajdował się już wówczas wspomniany na wstępie wizerunek Matki Bożej. W roku 1635 rozpoczęto budowę nowego kościoła i klasztoru. W roku 1648, podczas rebelii Chmielnickiego do Podkamienia, doszły oddziały kozacko-tatarskie a dominikanie musieli schronić się w Brodach. Założenie otrzymało wobec sytuacji warowny charakter. Sanktuarium odwiedził m.in. król Jan III Sobieski. W roku 1695 konsekrowano nowy barokowy kościół Wniebowzięcia NMP. Kościół i klasztor ukończono ostatecznie w stylu barokowym w XVIII wieku (m.in. w roku 1760 przebudowano wieżę). 15 sierpnia 1727 roku odbyła się koronacja miejscowego obrazu koronami poświęconymi przez papieża Benedykta XIII przez biskupa łuckiego Stefana Bogusława Rupniewskiego. Korony te zostały ukradzione w roku 1870 a obraz koronowano ponownie 15 sierpnia 1927 roku. Po rozbiorach Rzeczypospolitej klasztor podupadł, w latach 1903-05 kościół przeszedł renowację. Niestety kościół został poważnie uszkodzony podczas wielkiej wojny - już w sierpniu 1914 roku, w wyniku ostrzału artyleryjskiego zawaliła się część wieży i spłonął dach oraz górne piętro wschodniego skrzydła klasztoru - z bibliotekę i skarbcem. Do ponownego pożaru doszło w roku 1915 - od pioruna zajęła się słoma stanowiąca tymczasowe zabezpieczenie dachu. Ponownie klasztor ucierpiał podczas pochodu bolszewików w roku 1920 - wspomina o. A. Matula:
"Wkrótce przybyło i wojsko do klasztoru wpadając z impetem do wnętrza, pełnią zadowolenia, gdyż klasztor nasz uważali za zamek obronny i twierdzę, którą niejako z trudem zdobyli, a gdzie będzie można dostatnio jeść, bogato rabować, a wygodnie i bezpiecznie mieszkać. Cała banda bolszewicka opanowując klasztor w jednej chwili rozpierzchła się bezkarnie po wnętrzach murów klasztornych. Od tego czasu zaczyna się straszny trzytygodniowy okres przemocy bolszewickiej, oblężenie miasta i klasztoru, którego to okresu cechą były spodziewane przez nas rabunki, gwałty, rozbijanie przemocą zamkniętych drzwi, zabieranie krów, habitów, obuwia, dywanów, w ogóle wszelkich unośnych ruchomości, łamanie sprzętów, kradzież żywności. Spiżarnię klasztorną zaraz w pierwszym dniu doszczętnie zrabowano, a moje próby i perswazye zaostrzały tylko ich chciwości. (...) W tym czasie zrabowano nam siedem cetnarów dobrze ukrytego, twardego zboża i zabrano nam wino mszalne do szczętu. Również niepostrzeżenie, zabrano nam jedenaście czerwonych pokrowców, którymi były przykryte ołtarze w kościele. (...) Ukradli również ukryte srebro i lichtarze, rozbili kasę w pokoju Ojca Prokuratora klasztoru strzelając do zamków z karabinów, a uderzając kilofami. (...) Rewizje w klasztorze odbywały się początkowo dziennie 3-5 razy, posądzano mnie o ukrytą w klasztorze broń, której nasz wcale i nigdy nie posiadał. (...) Świece z ołtarza zrabowali, łamali na kolanach jak polana i nosili ze sobą. (...) Sołdaty, bandyci z dzieł teologicznych np. „Summa Theologiae Sancti Thomae” wyrywali pojedyncze kartki i używali je na bibułki (bumaszki) do cygaret, a ponieważ nie mieli do palenia tytoniu, zbierali różne zioła, trawę, mierzwę, a kto wie czy i bezwiednie i nie zasuszony nawóz koński tarli, lub cięli na drobne części i za tytoń używali. Plondrując ustawicznie po kościele świętym, bardzo wielu z nich dla uszanowania świątyni nawet i czapki nie zdejmowało. Ponieważ bramy i klauzury klasztornej nie wolno było zamykać, więc stały zawsze dzień i noc otworem, dlatego jedno wchodzili po rabunek, drudzy wychodzili z łupem, a ustawiczne krzyki, wycia dzikie, jak u leśnych zgłodniałych zwierząt, napełniały powietrzem dla ucha ludzkiego nie bardzo pożądanym, a miłym dźwiękiem."
Po wojnie podjęto odbudowę uszkodzonych partii nie zakończoną w całości do wybuchu II wojny światowej. Do roku 1938 ukończono odbudowę wieży.

Gdy rozpoczęły się rzezie ukraińskich nacjonalistów na Polakach w roku 1943, od wiosny 1943 r. do klasztoru w Podkamieniu zaczęli napływać uciekinierzy z wołyńskich i podolskich miejscowości. Po „krwawej niedzieli”, w połowie lipca roku 1943 [za: W. E. Siemaszko: Ludobójstwo…] schronił się w klasztorze podkamieńskim proboszcz z Poczajowa, 50-letni ks. Stanisław Fijałkowski wraz z parafianami. Po seminarium duchownym w Żytomierzu, został w roku 1916 wyświęcony na kapłana. Po posłudze w parafiach w Satanowie (dekanat Płoskirów), Nabrusce i Hołobach (dekanat Kowel), Koziatynie (dekanat Berdyczów), Równem, Targowicy (dekanat Dubno), Jałowiczach (dekanat łucki), Tomaszgrodzie i Rokitnie (dekanat Sarny), trafił do dekanatu krzemienieckiego, gdzie administrował parafiami w Oleksińcu i Wiśniowcu a w roku 1936 objął parafię Imienia Najświętszej Maryi Panny w Poczajowie. Uciekinierom pomagał komitet opiekuńczy zawiązany w Brodach, dostarczając żywność, odzież i pieniądze. Od września zaczęli chronić się w klasztorze także mieszkańcy okolic Podkamienia. W sumie, na jesieni roku 1943, w klasztorze i okolicy przebywało około 2 tysiące osób ludności polskiej. Zorganizowano samoobronę, której trzon stanowili pracownicy nadleśnictwa (kilkanaście osób) z inż. Kazimierzem Sołtysikiem na czele dysponujący bronią palną. W lutym 1944 roku od wycofujących się pod naporem Armii Czerwonej Węgrów i Niemców ciągnących przez Podkamień dokupiono nieco sztuk broni palnej. Dowiedzieli się o tym miejscowi rezydenci UPA, którzy umieścili w klasztorze swoich szpiegów. Na początku marca 1944 roku do Poczajowa, gdzie leżały jeszcze zimowe śniegi, zbliżył się front sowiecko-niemiecki.
Tymczasem Ukraińcy poinformowali oddział SS kapitana Langa, który przybył do Podkamienia, że klasztor zajęli polscy partyzanci. Lang zażądał wydania broni i opuszczenia klasztoru przez mężczyzn w wieku do 45 lat, oświadczając że zapewnia wszystkim bezpieczeństwo. Wydano mu kilka starych karabinów i część ludności wyszła z klasztoru. 11 marca Niemcy i towarzyszący im oddział ukraiński opuścili miasteczko.
Również 11 marca br. Marcin Kaproń usłyszał w miejscowości informację, że szykowany jest napad ukraińskich nacjonalistów na klasztor. Zarządzono zamknięcie bram. Już wieczorem 11 marca, upowcy próbowali dostać się do klasztoru, przedstawiając się jako oddział wojskowy walczący z banderowcami. Przekazano im, spuszczając na linach, żywność, ale do klasztoru nie wpuszczono. Upowcy zażądali tymczasem przysłania im osób z klasztoru, żeby zjedli z nimi żywność, jak twierdzili aby upewnić się że nie jest zatruta. Wśród delegatów znalazł się siostrzeniec ks. Fijałkowskiego. Delegaci upewnili się że rozmawiają z odziałem UPA. Ponownie odmówiono też Ukraińcom wstępu do klasztoru, na co UPA (kureń Maksyma Skorupskiego) wraz z ukraińskimi żołnierzami z pułku SS otoczyli klasztor, z którego nocą udało się ujść części ludzi. Jak podaje o. Józef Burda (por. relacja poniżej) 12 marca 1944 roku pozostawało w klasztorze ponad 300 osób.
Rankiem w niedzielę, 12 marca 1944 roku upowcy rozpoczęli szturm na klasztor, ostrzeliwując go z karabinów maszynowych i wrzucając do okien granaty. Gdy Ukraińcy rozpoczęli rąbanie furty klasztornej dowódca samoobrony dał rozkaz do otwarcia ognia, co spowodowało chwilowej odstąpienie napastników. Postanowili oni teraz wziąć klasztor podstępem i oświadczyli że jeżeli ludność opuści klasztor, wyda broń i pozostaną w nim jedynie dominikanie, zapewniają wszystkim bezpieczeństwo a jeżeli oblężeni nie zgodzą się na te warunki ostrzelają klasztor z artylerii. Gdy ludność polska zaczęła tłumnie opuszczać klasztor nacjonaliści rozpoczęli ostrzał z broni maszynowej. W tłumie powstała panika, którą wykorzystali napastnicy, wdzierając się do klasztoru i rozpoczynając rzeź. Przed obrazem Matki Bożej Podkamieńskiej zabito ks. Fijałkowskiego z grupą wiernych. Księdzu połamano ręce i rozwalono głowę. Zginęli również w klasztorze trzej bracia dominikanie – Dominik Juźwa Garciasz, Franciszek Jan Frączyk i Kryspin Karol Rogowski. W samym klasztorze, jak podają W. i E. Siemaszko zginęło ponad 100 osób, ale mordy trwały także do 16 marca w samej miejscowości i okolicach jako polowanie na uciekinierów z klasztorów. Jak należy zaznaczyć miejscowi Ukraińcy nie przyłączyli się do masakry i pomogli niektórym Polakom się ukryć. Łącznie w Podkamieniu zginęło wówczas 400-600 osób (tak W. i E. Siemaszko).
Kościół został sprofanowany przez upowców, którzy w następnych dniach rozgrabili jego wyposażenie i gromadzone przez stulecia mienie klasztoru. Jak wspominał Stanisław Baczewicz (cyt. za: Ks. T Isakowicz-Zaleski: Przemilczane ludobójstwo na Kresach): „Po kilku dniach poszliśmy do klasztoru. Pomieszczenia klasztorne byty obrabowane i zdemolowane. Korytarze przedstawiały okropny widok. Podłogi pokryte tłuczonym szkłem, pierzem z porozrywanych poduszek i pierzyn, zbożem i wszelkiego rodzaju przedmiotami. W najróżniejszych miejscach widniały ślady krwi. W jednym pomieszczeniu leżało dwadzieścia, a może więcej ciał w najróżniejszych pozycjach. Cala podłoga była zaścielona trupami. Zamordowane osoby były mi znane z widzenia, lecz nazwisk ich nie pamiętam. Najwięcej ludzi pochodziło z Wołynia. Niektórzy w zastygłych dłoniach trzymali różaniec. Mężczyźni rozebrani, bez butów, koszul, jedynie w kalesonach. Głowy rozrąbane na pól siekierą lub jakimś innym ostrym narzędziem. Jeszcze dziś po tylu latach śnią mi się te makabryczne sceny”.
Kościół sprofanowali ponownie Sowieci, którzy wkroczyli do miasteczka zaledwie kilka dni po zakończeniu masakry (19 marca 1944 roku), niszcząc m.in. główny ołtarz. Łaskami słynący wizerunek Matki Bożej Podkamieńskiej udało się uratować, przewożąc do dominikańskiego klasztoru we Lwowie, następnie do Krakowa i w roku 1959 do Wrocławia. W zbezczeszczonym klasztorze w Podkamieniu władze sowieckie ulokowały więzienie a potem psychuszkę a sam kościół był dewastowany i popadał w ruinę.
Obecnie klasztor w Podkamieniu należy do grekokatolickiego zgromadzenia studytów – dawniej oczka w głowie abp Andrzeja Szeptyckiego (jego brat Kazimierz został archimandrytą zgromadzenia). W roku 2009 Ukraińcy z Podkamienia upamiętnili „gierojów” z UPA. W roku 2012 dzięki wieloletnim staraniom Kresowian nastąpiło odsłonięcie pomnika upamiętniającego polskie ofiary zbrodni w Podkamieniu. Przynajmniej w domyśle, bo władze „bratniej Ukrainy” pozwoliły wymienić nazwiska tylko części ofiar a napis na pomniku głosi lakonicznie i eufemistycznie że zginęły one w marcu 1944 roku. Mimo to granitowy krzyż i tablice zostały w marcu roku 2017 zbezczeszczone.

Poniżej przedstawiam wybór z relacji świadków zbrodni w Podkamieniu, poczynając od najpełniejszej relacji o. Józefa Burdy:
O. Józef Burda OP – relacja z grudnia 1944 roku
„Do Podkamienia przybyłem dnia 5 listopada 1943 roku na miejsce ojca Rozariana Brunaka, który wyjechał na przełożonego do Bohorodczan – i zostałem zamianowany kooperatorem przy parafii, gdzie proboszczem i zarazem przełożonym konwentu był ojciec Marek Kras. Już w Jarosławiu, skąd wyjechałem, dochodziły mnie niezbyt pocieszające wiadomości o mordowaniu Polaków na terenach Wołynia. Nie obawiałem się tego, tłumacząc sobie, że ludzie więcej mówią, niż jest w rzeczywistości i pojechałem.
W Brodach czekała już na mnie furmanka (…) Z Brodów do Podkamienia jest dwadzieścia trzy kilometry drogi, nieco podobnej do szosy, którą w czas pogodny jako tako przejechać można. W czasie jazdy nawiązałem rozmowę z furmanem. Nazywa się Sobolewski, jest uchodźcą z Poczajowa, mieszka od kilku miesięcy w Klasztorze z całą rodziną. Opowiadał mi w jaki sposób ukraińscy bandyci znęcali się nad polską ludnością na Wołyniu, że dużo ludzi zginęło, a reszta poszła w rozsypkę że wiele rodzin żyło w lasach, cierpiąc głód i nędzę. Obecnie, na Wołyniu, Polak nie może jawnie się pokazać, gdyż od razu napadną i zabiją go bandyci. Opowiadał dalej o wielkiej nienawiści Ukraińców do Polaków, którzy nie mogą znaleźć dla siebie schronienia wśród ludności ukraińskiej.
Słuchając tego opowiadania, jakże smutnego i miejscami mrożącego krew w żyłach, pocieszałem się tą myślą, że przecież Ukraińcy w Podkamieniu nie dopuszczą bandytów do klasztoru, nie będą mieli oni odwagi napadać na niewinnych ludzi w klasztorze, że przeto możemy być spokojni. Parafia w Podkamieniu liczy kilkanaście wiosek, w których przewężają liczebnie Ukraińcy. Największy procent Polaków był w Podkamieniu, Palikrowach, Pańkowcach i Nakwaszy. W chwili przybycia mego do Podkamienia, w Klasztorze przebywali następujący ojcowie: ojciec Marek Kras, przełożony Klasztoru i proboszcz parafii, ojciec Mikołaj Wysocki, ojciec Leon Podgórni, ojciec Dominik Bałdyga i piszący te słowa ojciec Józef Burda, oraz bracia: brat Kryspin Rogowski, brat Garciasz Juźwa, brat Jan Frączyk i brat Marcin Kaproń.
Oprócz zakonników w Klasztorze znalazło pomieszczenie kilkanaście rodzin uchodźców z Wołynia, przeważnie z Poczajowa, Michałówki, Drańczy Polskiej, a nawet z Krzemieńca. Zamieszkiwał również w Klasztorze z ciotką, siostrzeńcem i służącą proboszcz z Poczajowa, ksiądz Stanisław Fijałkowski. Z Podkamienia schronili się do Klasztoru: Marian Kwaśnicki, nadleśniczy zastępca jego Kazimierz Sołtysik, sędzia Fryc oraz urzędnik Sienkiewicz. 0d listopada do grudnia nie zaszły żadne ważniejsze wypadki w naszym życiu. Dopiero przed Bożym Narodzeniem zaczęła się powiększać liczba mieszkańców Klasztoru, ponieważ tu i ówdzie miały miejsce pojedyncze napady i morderstwa. (…) Ponieważ wypadki morderstw były coraz częstsze, Nadleśnictwo przeniosło swoje urzędy do Klasztoru, zajmując puste do tego czasu sale na piętrze. Wraz z Nadleśnictwem zamieszkała straż leśna, składająca się z osiemnastu młodych mężczyzn, którzy mieli pozwolenie od władz niemieckich na noszenie broni, a do obrony weszli młodzieńcy z Podkamienia i z Palikrów, przeważnie synowie lub krewni leśniczych. Od chwili przybycia Nadleśnictwa Klasztor był pilnowany przez owych młodzieńców dniem i nocą. Jak później okazało się, nie omieszkali skorzystać z tego Ukraińcy, rozsiewając pogłoski, że w Klasztorze znajduje się polska partyzantka, z czego Klasztor miał wiele nieprzyjemności, jak później to zobaczymy.
Niezatarte wrażenie zostawiły mi te noce, w których wartownicy miarowym krokiem chodzili po korytarzach klasztornych, w drewniakach i z bronią na ramieniu. Tymczasem napady bandytów ukraińskich na polską ludność zaczęły nabierać coraz szerszych rozmiarów. Słysząc o morderstwach w Suchowoli, Pańkowcach, Pieniakach i Hucie Pieniackiej, ludność polska poczęła masowo chronić siebie i swoje mienie w Klasztorze podkamienieckim. A kiedy również i w samym Podkamieniu zaczęły się napady i rabunki, cała ludność miasteczka, wszyscy Polacy zbiegli za mury klasztorne, tak, że Klasztor liczył około dwóch tysięcy mieszkańców. Ojciec Marek Kras, przełożony Klasztoru, przyjmował wszystkich z otwartym sercem, umieszczając przybyłych gdzie się dało, nawet w refektarzu i na korytarzach, gdyż sal zabrakło. (…)
W Klasztorze, wobec takiego nawału ludności, zajęte były wszystkie możliwe do zamieszkania miejsca. W jednej sali mieściło się nieraz kilka, a nawet kilkanaście rodzin, tak że trzeba było pilnować pewnego ładu i porządku w tym zbiorowisku, aby uniknąć jakiejś epidemii. Codziennie odmawialiśmy różaniec w kościele, przed odsłoniętym Cudownym Obrazem Matki Boskiej Różańcowej. Lud pobożnie wzywał Jej opieki śpiewając pieśń, która stała się jakby hymnem nieszczęśliwych i uciśnionych: „Matko Najświętsza, do Serca Twego (…)” Śpiewali księża, starcy, młodzież, kobiety i dzieci. Śpiewali wszyscy, a pieśń ta i wiara w opiekę Matki Najświętszej przynosiła wszystkim ukojenie. (…)
Wielkie poruszenie wśród ludności polskiej wywołało zniknięcie trzech obywateli podkamienieckich. Zniknęli bez wieści: Franciszek Pittner, i Władysław Schnitzer wraz z furmanem. Wypadek ten miał miejsce ostatniego grudnia 1943 roku, w Nakwaszy, gdzie wyżej wymienieni, jadąc z Brodów, zatrzymali się i stąd zostali przez bandytów uprowadzeni tak, że słuch o nich zupełnie zaginął. Wielkie poruszenie i oburzenie w narodzie nastąpiło po uwięzieniu iż zamordowaniu, jak, opowiadają w lesie, księdza proboszcza z Pieniak
[ks. Józef Pikota – ur. w roku 1912, uprowadzony w niedzielę 27.02.1944 r., po nieszporach – przypis mój]. Ukrywał się on przez dłuższy czas, nie śpiąc u siebie w domu, tylko w kościele lub na obcych strychach, aż oto w niedzielę, napadli na niego ukraińscy bandyci, związali mu ręce, zaprowadzili do sań i uwieźli w niewiadomym kierunku, w lasy.
Zaczęły się pojawiać coraz częstsze morderstwa. W biały dzień wystrzelano rodzinę polską we wsi Popowce. Coraz częstsze łuny pożarów oświecały dookoła horyzont, paliły się polskie zabudowania, a lud nie przestawał szturmować do furty klasztornej w Podkamieniu, wystraszony tym, co się działo na świecie. Ukraińcy zaczęli głosić proroctwa, zaczerpnięte rzekomo z Pisma Świętego, że oto przychodzi czas całkowitej zagłady dla Polaków. Coraz szerszym kręgiem roztaczał się pomruk: „Śmierć Lachom”. Zwłaszcza, gdy bandyci przeszli z terenów „oczyszczonych” na Wołyniu na naszą stronę i zatrzymali się w Czernicy. „Nasi chłopcy” – wyrażali się o nich Ukraińcy.
W lutym 1944 roku, Klasztor w Podkameniu przyjął w gościnę oficerów i żołnierzy węgierskich, którzy wycofali się z frontu. Zostawili oni kilka karabinów i granatów ręcznych na wypadek konieczności obrony Klasztoru. Chociaż uczyniono to w wielkiej tajemnicy, jednak Klasztor musiał mieć w swoim gronie szpiegów, którzy donieśli o tym dowódcy „SS” ukraińskiego, kapitanowi niemieckiemu, który ze swoim oddziałem zjawił się w Podkamieniu w pierwszych dniach marca. W krótkim czasie po jego przybyciu, zauważyliśmy w rannych godzinach, że oddział ukraińskiego „SS” otacza Klasztor.
Nie wiedzieliśmy, co to ma znaczyć, ale wkrótce oznajmiona nam cel tej operacji. Przed południem przyszedł do Klasztoru w towarzystwie żołnierzy ukraińskich, kapitan niemiecki z drugim oficerem, aby nam przedstawić, że doszły do władz niemieckich wojskowych wiadomości, jakoby w Klasztorze znajdowały się składy amunicji, oraz miała swoją siedzibę polska partyzantka. Wobec takiego stanu rzeczy otrzymaliśmy polecenie, aby wydać broń i wydalić ludzi z obiektu klasztornego. Jeżeli tego nie uczynimy, oni sami zrobią rewizję i jeżeli znajda broń, wszystkich nas rozstrzelają. Nie pomogły nasze tłumaczenia, że w Klasztorze nie ma partyzantów, tylko rodziny, które się tutaj schroniły przed napadami, że mieści się tutaj Nadleśnictwo, które ma swoją straż do pilnowania lasów, że owszem, straż ma karabiny, ale za pozwoleniem władz niemieckich, zresztą karabiny nie są do użytku. Ponieważ kapitan zażądał, by broń odniesiono na komendę, uczyniono to, aby uniknąć rewizji. Na drugi dzień ojciec Marek Kras otrzymał wezwanie stawienia się osobiście w komendzie. Wziął mnie ze sobą. Towarzyszyli nam: Niewiadomski z Podkamienia i Sobolewski z Poczajowa. Różne mieliśmy przypuszczenia, czego mogą od nas żądać. Nie wiedziałem tylko, czy wrócimy do Klasztoru i co się z nami stanie, chociaż byłem zupełnie spokojny.
Przyjęto nas bardzo grzecznie, w kącie kancelarii stały dwa karabiny z kolbami ręcznej roboty, te które poprzedniego dnia wydano władzy wojskowej. Ponieważ wszystko był w rażącej sprzeczności z tym, co nam zarzucali Ukraińcy, o składach broni i amunicji w Klasztorze, musieliśmy wysłuchać nie mało gorzkich słów od kapitana, który nie spodziewał się, aby Klasztor mógł przyjąć poza swoje mury i przechowywać bandytów. Dał nam pouczenie, że w Klasztorze mogą się znajdować tylko starcy i dzieci sieroty, nie zaś młodzi ludzie, którzy powinni pójść do pracy. Przytoczył nam pan kapitan nawet słowa Pisma Świętego: „Kto nie jest z nami, ten jest przeciwko nam”. Rozkazał odesłać wszystkich ludzi do domów mówiąc, że nie może grozić im żadne niebezpieczeństwo, jak długo wojsko znajduje się w miasteczku.
Widocznie już wtedy działano według powziętego planu, rozpuścić ludzi do domów, opróżnić Klasztor, aby w niedługim czasie ukraińscy bandyci, po odejściu wojska z Podkamienia, mieli ułatwioną pracę w opanowaniu Klasztoru, do czego zmierzali w porozumieniu z władzami niemieckimi.
Wyszedłem z kancelarii bardzo przygnębiony na duchu. Było dla mnie widocznym, że we wszystkim zawierzono Ukraińcom, a nam w niczym. Nie chciano wierzyć, że ludność polska chowała się przed bandytami, tylko domyślano się istnienia w Klasztorze partyzantki. Na skutek rozporządzenia władz niemieckich, ludzie z Podkamienia i z Malenisk opuścili Klasztor. Tylko na noc wielu wracało za mury klasztorne, zwłaszcza ci, którzy mieszkali na krańcach miasteczka, lub w pobliżu lasu.
Tymczasem akcja tępienia Polaków przybierała coraz groźniejsze rozmiary. W pierwszych dniach marca bandyci ukraińscy napadli na Hutę Pieniacką i wymordowali w nielitościwy sposób jej mieszkańców. Widząc co się zanosi, a mianowicie, że Podkamień, a zwłaszcza Klasztor nie uniknie napadu bandytów, wystąpiłem wobec całego konwentu z wnioskiem, by radzić nad ochroną naszego życia. Należało ratować kapłanów i zakonników i nie narażać się na to, by nas wszystkich wymordowano.
Dnia trzeciego marca zebraliśmy się na naradę: ojciec Marek Kras, przełożony Klasztoru, ojciec Mikołaj Wysocki, ojciec Leon Podgórni, ojciec Dominik Bałdyga, i ojciec Józef Burda. Narada trwała krótko, wszyscy rozumieli grozę położenia. Ojcowie i bracia mieli wskazane miejsca do wyjazdu. W Klasztorze na własną prośbę pozostanie tylko ojciec Józef Burda i będzie pełnił obowiązki duszpasterskie w parafii.
W niedzielę, dnia piątego marca, ojciec Marek Kras złożył władzę nad Klasztorem w moje ręce i udał się do Brodów. Opowiadał później, że tylko dzięki opiece matki Boskiej ocalał, albowiem ujechawszy kilka kilometrów w lesie przed Nakwaszą, zobaczył zbliżającego się bandytę z bronią w ręku i krzyczącego „Stój!”. Na szczęście pojawiła się na wzgórku fura z niemieckim oficerem i bandyta zmuszony był do ucieczki. Ojciec Marek Kras zamierzał pozostać w Brodach tak długo, aż będzie można powrócić do Podkamienia. Niestety, wypadki, które potem nastąpiły zmusiły go do porzucenia tej myśli.
W piątek, dnia dziesiątego marca, doszła do nas wiadomość, że oddział ukraiński „SS" pod dowództwem niemieckim opuści Podkamień nazajutrz w sobotę rano. Dowiedzieliśmy się również, że odbyła się narada, w której brali udział czołowi przywódcy ukraińscy z Podkamienia i bandyci ukraińscy z Czernicy. O jakich sprawach radzono łatwo się domyśleć. Od soboty jedenastego marca władza nad Podkamieniem miała przejść w ręce banderowców. Zbliżała się chwila ostatecznej rozprawy z Klasztorem oraz ludnością polską w Podkamieniu i Palikrowach. W Klasztorze było wtedy około trzystu ludzi.

[relacja o. Burdy cytowana za bardzo obszerną stroną o Podkamieniu: Podkamień koło Brodów - Artykuły: 02. Klasztor Ojców Dominikanów w Podkamieniu przed napadem bandytów ukraińskich, od dnia 5 listopada 1943 roku do dnia 11 marca 1944 roku.]


Klasztor i Góra Różańcowa w XIX wieku