V.R.S.
1335

Abp Józef Bilczewski o miłości Ojczyzny

z listu pasterskiego na Wielki Post roku 1923

Chrześcijanin jak wszystko inne, tak i swoją ojczyznę ma kochać w Bogu i dla boga. Kochać ojczyznę w Bogu i dla Boga znaczy najpierw tyle, co przyznawać zawsze i wszędzie, w umyśle i w sercu, i w działaniu radośnie i szczerze pierwsze miejsce Bogu czyli Boga, Jego najświętszą wolę, kochać w ojczyźnie swojej (…) Obowiązek takiej nadprzyrodzonej, w źródle Bożym skąpanej miłości, w przeciwieństwie do miłości czysto naturalnej kładzie chrześcijanom na serce św. Augustyn w swoim dziele “O mieście Bożym” kiedy pisze: Miłość ojczyzny u Rzymian pogańskich wprawdzie nie może uchodzić za cnotę wysługującą niebo, gdyż nie wspierała się na prawdziwej religii, ale niemniej była ona czcigodną. U nas chrześcijan jednak taka naturalna miłość nie wystarcza. Co rzymscy patrioci okazali heroizmu z miłości ku ziemskiemu państwu, my katolicy czyńmy z miłości dla królestwa niebieskiego, którego królem jest prawda, którego prawem jest miłość, którego miarą jest wieczność a największym bogactwem jest Bóg. Postawienie Pana Boga na pierwszym miejscu, ojczyzny na drugim jest prostym nakazem wiary i zdrowego rozumu. Ojczyzna, naród, państwo są bowiem tworem Pana Boga. Stwórca musi zawsze iść przed swoim stworzeniem (…)

Tymczasem, jak gdzie indziej, tak i u nas w ostatnich czasach znaleźli się ludzie, którzy przyznanie pierwszeństwa Bogu, uzależnienie ojczyzny od Boga, osadzenie miłości ojczyzny na miłości Boga uważają za ujmę dla ojczyzny i wywołują hasła, że naród rozproszony w jednostkach, a zwłaszcza skupiony w swych przedstawicielach w sejmie, sam sobie jest suwerenem czyli najwyższym panem, niezależnym od nikogo na ziemi i na niebie, że państwo nowoczesne musi w całości uwolnić się od Pana Boga, że Bóg przy stanowieniu ustaw w parlamentach, sejmach, na zebraniach wiecowych nie ma nic do mówienia, że przykazania Boże obowiązują jeszcze co najwyżej w murach kościołów, w zakrystii. W hasłach tych wypowiedziała się, dotarła także do nas największa herezja ostatniego stulecia, która zaprzecza istnienia Pana Boga, albo jeśli je jeszcze uznaje, głosi równocześnie, że Bóg nie miesza się do spraw tego świata, bo i nie może, choćby chciał. W dalszym ciągu zwolennicy tej fałszywej nauki szerzą brednie, że gdy Bóg w naszych czasach jest ubezwładniony i niczem, to za to wszystkiem, wszystkowiedzącym, wszechmocnym bogiem jest lud, który rozstrzyga większością swoich głosów, co jest dobre a co złe, który rozdaje wszelką władzę w państwie, komu chce i odejmuje ją jako sobie wyłącznie należną, kiedy chce.
Gdy się słyszy te kłamstwa, urągające rozumowi i podkopujące wszelki zdrowy ustrój i porządek państwowy, przypominają się z całą siłą słowa Psalmisty: „Czemu wzburzyły sią narody i myślą rzeczy nierozumne?… Rzekł głupi w sercu: nie masz Boga”. Politycy, pisarze, agitatorzy wiecowi, roznoszący w Polsce te fałsze, spadli w zdrowem rozumowaniu i miłowaniu ojczyzny nieskończenie niżej od wielkich patriotów dawnego pogańskiego Rzymu, którzy wszyscy, zwłaszcza w czasie wielkiej potrzeby publicznej, skupiali się w górnem, najszlachetniejszem zawołaniu: Brońmy ołtarzy i ognisk domowych – pro aris et focis. A więc nie tylko ogniska domowe, ale i ołtarze, a nawet najpierw i przede wszystkiem ołtarze!
Rozumieli bowiem ci obywatele dobrze, że bez ołtarzy, czyli bez przyznawania pierwszego miejsca Bóstwu nie ostoją się na dłuższą metę ogniska domowe, przy których ojciec rodziny mógłby znaleźć czcigodny spoczynek, gdzie z kolebki wychylałyby się do niego usta i rączęta prawowitej dzieciny, mającej dalej po nim przechować w sercu znicz miłości Boga i ojczyzny. Pozornie na stanowisku religijnem, w rzeczywistości zaś także bezbożnem, stoją wszyscy nadpatrioci, którzy z Pana Boga uczynili sobie jakieś bożyszcze narodowe, do którego na wszystkie sposoby w latach wojny, wierszem i prozą, wołali: „Nasz Boże, zniszcz naszych nieprzyjaciół, niech ziemia ich, miasta i wsie zamienią się w pustynię”. Zamiast przystosować wolę swoją do najświętszej woli Bożej, ludzie ci usiłowali wymusić na Bogu przystosowanie się Boga do ich woli, uczynić Boga sługą jednego narodu wbrew w najsłuszniejszej sprawie innych narodów.
Nie chcę przez to powiedzieć, że nie wolno narodowi wołać do Boga: „Boże nasz, pomóż!” Wolno, jak wolno pojedynczemu człowiekowi mówić: „Boże mój!” Bóg bowiem jest tak samo Bogiem każdego narodu jak poszczególnego człowieka. Ale jak niegodzi się narodu ubóstwiać, tak nie wolno też Boga unaradawiać. Głęboko ujął tę prawdę amerykański mąż, który powiedział: „Rzecz o wiele ważniejsza pamiętać i pytać się, czy naród jest z Bogiem, niż czy Bóg jest po stronie narodu”.
O konieczności uzgodnienia miłości ojczyzny z wolą Bożą wspomniałem nie tyle przez wzgląd na co dopiero przytoczone głosy zagranicznych skrajnych nacjonalistów, ile raczej dla tego, że także u nas słyszy, czyta się nieraz takie wywody, iż najwyższym celem narodu, państwa narodowego jest wielkość, pomyślność jego doczesna, że gdy tej pomyślności nie można osiągnąć, obronić sposobem zgodnym z przykazaniami Bożymi, to wolno pójść za wskazaniami tak zwanej niezależnej etyki narodowej i zaleconymi przez nią środkami, przeciwnymi moralnemu prawu religijnemu. Zasada ta o podwójnej etyce, narodowej i religijnej, czy stosowana przez wrogów przeciw nam, czy przez nas stosowana wobec narodów obcych, zawsze jest błędna, fałszywa, pogańska.

Zbiorowe życie narodowe, jeśli ma pozostać życiem prawdziwie ludzkim, musi tak samo być zestrojone, zharmonizowane z odwiecznym prawem moralnym jak życie każdej jednostki ludzkiej. Dobro zresztą narodu, którego trzeba bronić złymi środkami i przeciw Bogu, nie jest nigdy dobrem rzeczywistym, ale pozornym, złudnym, trucizną, która wsączana częściej w organizm społeczny, sprowadza ostatecznie zawsze jego rozkład moralny.

Słowem, istnieje wyższa miłość ojczyzny od tej, która dla ojczyzny pozwala deptać prawo Boże a tą wyższą miłością bezwzględna miłość dla prawdy, dla uczciwości, dla sprawiedliwości. W pacierzu zasada ta wypowiedziana prosto, jasno, na wszystkie stosunki i na każde położenie, na postępowanie jednostek i narodów w słowach: Bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi. Kochać ojczyznę w Bogu, dla Boga i zgodnie z wolą Bożą znaczy wreszcie kochać całą duszą Kościół katolicki, w którym Bóg złożył dla narodu dar swój największy: całą, czystą prawdę religijną i moralną. Kościół katolicki jest źródłe, z którego wypłynął idealny chrześcijański nasz patriotyzm polski, jest “kolebką, w której się wychował, spiżarnią, w której się przechował”. Rozumiejąc w całej pełni znaczenie Kościoła katolickiego dla Polski, ks. Piotr Skarga te nieśmiertelne do narodu na wszystkie czasy wypowiedział słowa: Królestwo polskie na religii katolickiej się osnowało… na katolickiej wierze zbudowane jest. Ten stary dąb urósł a żaden wiatr go nie obalił, bo korzeń jego jest Chrystus. Nie ruszać nam tedy tego fundamentu, nie podkładać obcego fundamentu pod budowanie stare, bo nastąpi wielkie zrysowanie murów Królestwa i Ojczyzny a zatem i upadek. Przeciwnie, umacniać nam ten stary fundament aby go żadne wraże zdrady nie podkopały. Gdzie indziej wielki miłośnik narodu upomina, żeby obie matki: Kościół katolicki i Ojczyznę wiernie miłować a niezgody między nie nie siać, bo się niezgodą obie zabija.”

“Gdy w jakimś narodzie, państwie Kościół jest prześladowany, prześladowanie to dotyka nie tylko Kościół, ale i ojczyznę w jej pierwiastku najświętszym i najdroższym, w jej wierze religijnej i Kościół, broniąc się słowy czy męczeństwem swoich dzieci, broni równocześnie ojczyznę zapoznaną, zdeptaną. Tym samym Polak, w imię patriotyzmu powinien być gotów wskoczyć w ogień nie tylko za ojczyznę, ale nie mniej za całość wiary świętej katolickiej.

Taką chwilą sposobną dla okazania swej wierności dla obu matek naszych – ojczyzny i Kościoła jest właśnie doba obecna. W tej chwili bowiem uwijają się na ziemi polskiej tysiące fałszywych proroków, wysłanych do nas z workiem judaszowym z drugiej półkuli świata na oderwanie narodu od katolickiego korzenia – Chrystusa. Obcym przybyszom pospieszyli z pomocą, wtórują niektórzy przedstawiciele nauki i radykalni politycy nasi, głosząc że “człowiek od żadnego nauczyciela zewnętrznego, a więc ani i od Kościoła katolickiego, nie ma brać prawdy religijnej, ale każdy winien swoją religię odnaleźć w sobie, wydobyć ją z własnego natchnienia wewnętrznego (…) ludzkość dzisiejsza potrzebuje prawd żywych a tych niezdolny jest wytworzyć rozum i tych dostarcza wyłącznie uczucie i wrodzony każdemu zmysł religijny”.

Przeciw tym wszystkim błędnowiercom: modernistom, nowoparakletystom, teozofom, spirytystom, nowochrzczeńcom, badaczom Pisma Św., adwentystom, zwolennikom niezależnego kościoła polskiego podnosi lament utrapiona przez nich Rzeczpospolita, jak go niegdyś podniosła Utrapiona matka Korona Polska przeciw błędnowiercom wieku siedemnastego: Oświeciłam ich wiarą świętą powszechną katolicką a oni poszli sobie szukać nowych sekciarzy opinii, nauką apostolską wzgardziwszy [ks. Szymon Starowolski: Lament utrapionej Matki Korony Polskiej]. Kościoła katolickiego ci nowinkarze religijni, heretycy i półheretycy nie zniszczą, ale w każdym razie rozbijają jedność religijną i narodową, i wiednie czy bezwiednie w tej szkodliwej robocie schodzą się z największymi zewnętrznymi wrogami narodu.”

“Najwięcej zaś pracować powinni wszyscy, co zajmują czołowe stanowiska w społeczeństwie, narodzie, państwie. Urzędy najwyższe są krzyżem, ale kto pozwolił się do krzyża przybić, ma też umieć z Bożej ku ojczyźnie miłości na krzyżu umrzeć! Miłość ojczyzny nie jest więc, widzimy, ucztą świąteczną , rozbrzmiewającą gwarem mów i pieśni patriotycznych, ale szarą, codzienną, służebną robotą.”

[List powyższy stanowił swoisty testament Arcybiskupa, który zmarł 20 marca tego samego roku]


Abp Józef Bilczewski (w mitrze po lewej) przed katedrą lwowską, na pierwszym planie Abp Andrzej Szeptycki
CHWAŁA BOGU W TRÓJCY ŚWIĘTEJ JEDYNEMU