Clicks323

Rozwody

Rozwody
Ks. Kazimierz Naskręcki
"Co Bóg złączył, człowiek niechaj nie rozłącza" (Mt. 19, 6).

Małżeństwo chrześcijańskie jest zarazem umową i Sakramentem. Jest ono umową, więc przy jego zawarciu, jak przy każdej umowie, aby była ważną, muszą być zachowane pewne warunki; jest też Sakramentem, stąd do Kościoła tylko należy określenie owych warunków, które mają o ważności małżeńskiej umowy stanowić.

Może się zdarzyć, że jakaś para chrześcijańska zawrze między sobą małżeństwo nieważnie, gdyż już przed ślubem istnieje do tego przeszkoda, wówczas, po stwierdzeniu takiego faktu przez Kościół, mniemani małżonkowie, nie tylko mogą się rozejść, ale mają prawo na zawarcie związku z inną osobą, gdyż ich pierwszy związek był tylko pozornym.
Ale, skoro czyjeś małżeństwo zostanie i ważnie zawarte, i przez wspólne pożycie dopełnione, wówczas już przez żadną władzę rozerwane być nie może; w Kościele Chrystusowym rozwodów nie ma.

Że wrogowie religii, o poglądach materialistycznych, występują ostro przeciw nierozwiązalności chrześcijańskiego Małżeństwa, temu się nie dziwmy, ale smutnym jest, gdy katolicy, którzy głoszą się za wierzących, nie rozumieją, dlaczego Kościół na rozwody nie zezwala.

Toteż w nauce obecnej, chcę wam przedstawić, co mówi wiara i rozum w tej sprawie.
I.

1) Gdy Chrystus Pan przyszedł na ziemię, świat ówczesny i w swym prawodawstwie, a jeszcze więcej w swych obyczajach, doszedł do zupełnego rozluźnienia węzłów małżeńskich. W Rzymie, za czasów cesarstwa, prawie każde małżeństwo kończyło się rozwodem; a i u żydów, zbyt szeroko poczęto tłumaczyć Mojżeszowe prawo o rozwodowym liście, i dawano go często dla bardzo błahej przyczyny.

I tylko człowiek, który był Bogiem zarazem mógł stanąć przeciw temu ogólnemu prądowi i ogłosić z całą stanowczością prawo, które się ówczesnemu światu wydawało niemożliwym do wykonania.

Oto, razu pewnego, przyszli do Jezusa faryzeuszowie, kusząc Go, i mówiąc: "Godzili się człowiekowi opuścić żonę swoją dla którejkolwiek przyczyny?". Na to odpowiadając Jezus rzekł im: "Nie czytaliście, iż który stworzył człowieka od początku, mężczyznę i niewiastę stworzył je i rzekł: Dlatego opuści człowiek ojca i matkę, i złączy się z żoną swoją i będą dwoje w jednym ciele. A tak już nie są dwoje, ale jedno ciało. Co tedy Bóg złączył, człowiek niechaj nie rozłącza" (Mt. 19, 3-6).

Wówczas faryzeusze stawiają zarzut: "A przecież Mojżesz, poseł Boży pozwalał na rozwody!". A Jezus taką im daje odpowiedź: "Mojżesz dla twardości serca waszego (dla powstrzymania was od żonobójstwa) dopuścił wam opuszczać żony wasze; lecz od początku nie było tak" (Mt. 19, 8). Teraz trzeba powrócić do prawa pierwotnego, ustępstwo zrobione czasowo, zostaje zniesione, małżeństwo odtąd ma być nierozwiązalne! I "ktobykolwiek opuścił żonę swą, a pojąłby inną, cudzołóstwa się dopuszcza przeciwko niej. A jeśliby żona opuściła męża swojego, a szłaby za drugiego,cudzołoży" (Mk 10, 11-12).
W tych słowach Zbawiciel ogłosił jasno nierozerwalność węzła małżeńskiego. Dopóki przeto prawowita żona żyje, nie wolno mężowi chrześcijańskiemu pod żadnym warunkiem brać innej; tak samo, jak długo mąż prawy żyje, chrześcijańska żona nie może wyjść za innego. Inaczej, byliby winnymi zbrodni cudzołóstwa, zbrodni wielożeństwa i wielomęstwa i tym samym musieliby być wyłączeni z pośród wiernych Chrystusowych. Takie jest prawo przez Boga ogłoszone, taka jest Wola Boża, i Kościół w żaden sposób zmienić jej nie może.

2) Wszak pierwszym zadaniem Kościoła jest przechowywać do końca świata nieskażoną naukę Chrystusa Pana; i niezłomność, z jaką Kościół bronił praw Bożych w przeszłości, jest gwarancją podobnej niezłomności na przyszłość. Żądze mogą nurtować serca ludzkie i bunt podnosić przeciw dogmatowi, instynktom ich przeciwnym, dogmat jednak pozostanie niezmienny; Kościół
katolicki może wszystko poświęcić prócz sprawiedliwości i prawdy, i gdy występuje w obronie dogmatu, wtedy, choć nań będą nacierać mędrcy z sofizmatami, mówcy z szumnymi wywodami, możni z mieczem, – Kościół zniewagę zniesie, lecz powie przez usta, mające przywilej głoszenia prawdy: "Tak twierdzę na wieki, a na poparcie mych słów, znajdę krew tysięcy męczenników".

I im bardziej dogmat się sprzeciwia zepsutej ludzkiej naturze, tym więcej bohaterskiej odwagi i stałości okazuje Kościół w jego obronie. A właśnie dogmat nierozerwalności małżeńskiej jest tak bardzo przeciwny namiętnościom, że gdyby Kościół był instytucją ludzką, dawno już siły by go opuściły, zabrakłoby mu odwagi, sto razy by on ustąpił, aby uniknąć prześladowań. Wszak stałość Kościoła w obronie nierozerwalności małżeńskiej była w średnich wiekach jedną z głównych przyczyn jego walk z władcami Europy. Nie ustąpił jednak ani Papież Mikołaj I-szy Lotariuszowi, ani Urban II-gi – Filipowi I, ani Innocenty III-ci Filipowi Augustowi. A kiedy Henryk VIII angielski postawił ultimatum: "Rozwód lub odszczepieństwo – rozłączycie mnie z żoną, lub ja się odłączę od Kościoła", – Rzym się nie uląkł, lecz odpowiedział: "Raczej jedno odszczepieństwo więcej, niż jedna prawda mniej; różnowierstwa przechodzą, prawda jest wieczna; niech raczej jeden naród odłączy się, a prawda Boża pozostanie na wieki".

I dziś tak samo Kościół w prawie nierozerwalności małżeństwa chrześcijańskiego, ważnie zawartego i spełnionego, jest zawsze nieugięty; powtarza zawsze ewangeliczne: "non licet" (Mt. 14, 4) – nie godzi się, nie wolno rozłączać tego, co Bóg złączył! Ta niezłomna stałość Kościoła w obronie prawdy nosi wyraźne piętno boskości, a fakt, że jedynie Kościół katolicki, wytrwał przy tym dogmacie; (bo i schizma i herezja poświęciły go dla żądzy i słabości), fakt ten dodaje mu blasku i sławy!

Ten jeden wzgląd, że nierozerwalność małżeńskiego węzła pochodzi z Woli Bożej, i dlatego Kościół nie me prawa jej zmienić, a tylko bronić jej obowiązany, – ten jeden wzgląd powinien wystarczyć dla wierzącego chrześcijanina, by poddać się z uległością temu prawu. Co bowiem działa najmędrszy, najsprawiedliwszy i najlepszy Bóg, musi być słuszne i pożyteczne dla ludzi.

Atoli ludzie tym się nie zadowalają, lecz chcą bliżej poznać, czemu to rozwody mają być złe i zakazane. Dlatego, przypatrzmy się jeszcze
rozwodom w świetle zdrowego namiętnościami nie zaślepionego rozumu.

II.

1) Otóż najpierw rozwód poniża małżonków. Podczas gdy nierozerwalność małżeńska podnosi życie moralne, zobowiązując człowieka do szlachetnych usiłowań, do poprawy natury swojej, do dzielnego znoszenia przygód wspólnego żywota, – to możliwość rozwodu to życie poniża, bo nie zobowiązuje do niczego, i pozostawia wrota otwarte ku samolubstwu i wszelkim kaprysom.

Kto się łączy pod wpływem szczerej miłości, ten łączy się na zawsze; związek trwały – to potrzeba każdej duszy, poważnie biorącej to wielkie, a niestety tak często lekko brane, słowo: miłość. W naturze naszej leży, że gdy głęboko kochamy, chcemy tę miłość naszą unieśmiertelnić, chcemy, by nawet śmierć, która kiedyś rozłączy ciała, uszanowała węzeł dusze łączący. Ale, gdy z góry się wie, że rozwód jest możliwy, wówczas małżeństwo zawierane w tym przewidywaniu, że z czasem może owładnąć sercem inne uczucie, byłoby urągowiskiem samej miłości. Miłość dająca się, a zastrzegająca już, że kiedyś może będzie chciała się wycofać, wykazuje, iż nie jest prawdziwą miłością; dar uczyniony z siebie, z zastrzeżeniem możności odebrania, jest fałszywym darem.

Toteż żądanie, by serce nie było nieodwołalnie związanym, nie można inaczej nazwać, jak niskim egoizmem; tylko wstrętne samolubstwo może mieć odwagę mówić osobie rzekomo ukochanej, że wierność będzie trwała tak długo, jak długo w związku tym widzieć będzie szczęście; lecz gdy serce ostygnie z pierwszego zapału, u nowego źródła wypadnie mu szukać zaspokojenia.

I podczas gdy nierozwiązalność zastrzega małżonków przeciw pokusom, pociągającym miłość ku innemu przedmiotowi, to możliwość rozwodu przeciwnie: dodaje odwagi niewiernemu sercu, mówiąc mu: "idź, kędy miłość cię pociąga, gdzie wiodą zmysły, odzyskaj utraconą swobodę!". Tym sposobem mężczyzna i kobieta za sprawą rozwodu poniżają się.
2) Ponieważ trwałość małżeństwa jest warunkiem istnienia rodziny, więc rozwód rodzinę całkiem rozbija.

Dziecko nie patrzy osobno na ojca, osobno na matkę, ono widzi rodziców w ojcu i matce razem. Dla niego stanowią oni jednostkę z którą czuje się związanym, do której należy, którą kocha; stąd zerwanie związków między nimi zrywa też ten idealny i święty związek, który istniał między nim a rodzicami. Dziecko spodziewa się, że póki nie wyrośnie, chować się będzie przy boku ojca i matki razem, a także w późniejszym wieku nieraz do ogniska domowego zawinie, aby odświeżyć wspomnienia lat dziecinnych. Dlatego drży na myśl, aby śmierć którego z rodziców nie zniweczyła tych złotych marzeń rodzinnych.

Toteż gdyby rodzice sami, jeszcze przed śmiercią, to uczynili, gdyby własnowolnie porzucili to, co na zawsze miało im być drogim, i z obcymi ludźmi się powiązali, tego dziecko nie przeboli!

Co gorsza! nieszczęsne dzieci rozwiedzionych rodziców w miłości matki czerpać będą nienawiść ku ojcu, z ust ojca uczyć się będą złorzeczyć matce, już od zarania życia przepojone będą goryczą i jadem; w ich duszach będzie się wciąż toczyła straszna walka między ich obowiązkiem dziecięcym szacunku i posłuszeństwa, jaki się rodzicom należy, a wstrętem, jakiego będą doznawały do rozwiedzionych rodziców za tę krzywdę moralną, jaką oni swoim rozejściem się im wyrządzili.

Dlatego to, jak stosunek między rodzicami i dziećmi z natury jest nierozerwalny, tak samo natura wymaga, by ze względu na dziecko, związek rodziców nie ulegał rozerwaniu.

3) Ale przede wszystkim rozwody są ruiną dla społeczeństwa. Społeczeństwo bowiem opiera się na rodzinach, one są miarą jego wartości i siły; – tymczasem rozwód tę – jak przed chwilą powiedziałem – podstawową jednostkę społeczną, jaką jest rodzina, rujnuje.

Podstawą porządku społecznego – to obowiązek, obowiązek poznany przez rozum, a przyjęty przez wolę; prawo zaś rozwodu jest praktycznym triumfem tej ohydnej zasady, iż wolno jest baczyć bardziej na uczucie niż na obowiązek; a dzięki podobnej zasadzie społeczeństwo się kazi.
Czynnikiem, co reguluje siły społeczne, jest powaga [(autorytet)] i władza, tymczasem rozwód je również podkopuje; bo poddając sądowi dzieci postępowanie ojca i matki, on profanuje tę pierwiastkową ogniska domowego powagę, której publiczne władze są tylko naśladowaniem i rozszerzeniem.

Rozwody wreszcie uzbrajają przeciwko sobie całe rodziny; gdy jedne z nich przesądzać będą winę występnego, drugie szukać jej nie omieszkają w niewinnym; wskutek tego płomienie gniewu i złości będą się szerzyły coraz dalej, mącąc spokój publiczny, podkopując społeczeństwo.
I nie myślmy, że przy istnieniu rozwodów, tylko w ostateczności do nich by się uciekano. Sama ich możliwość mnożyłaby liczbę małżeństw niedobranych, bo lekkomyślnie zawartych; i rozwodzono by się dla powodów coraz błahszych, bo rozwód rozswawola bydlę ludzkie, a bydlę to jest nienasycone. Najlepszym tego potwierdzeniem są dane statystyczne; wykazują one, że liczba rozwodów tam, gdzie są dozwolone, wciąż nieproporcjonalnie wzrasta. Wobec tego niektórzy socjologowie i politycy, nie z pobudek religijnych, a tylko społecznych, żądają już nierozerwalności małżeństwa. A z tego widzimy, jak prawo Boże, którego stróżem jest Kościół, jak ono jest mądre i pożyteczne!

***

U wielu jednak powstaje głos buntu: jak to – mówią oni – małżeństwo może być nierozerwalne? Wszak zdarzają się położenia straszne, dla których wyjściem może być tylko rozwód lub męczeństwo.

Bywają kobiety przykute do niegodziwych mężów, którzy je znieważają, katują, a wreszcie opuszczają; czyż takie kobiety młode, pełne życia, muszą żyć w czystości zakonnej, ponieważ związek małżeński jest nierozwiązalny?
Bywają mężczyźni, młodzi, którzy ożenili się nieszczęśliwie, lub przez żony zostali opuszczeni; czyż tacy ludzie muszą także, dopóki żony nie umrą, być skazani na celibat, nie mając doń żadnego powołania, dlatego, że prawo chrześcijańskie potępia rozwody?

Takie marnowanie młodych sił w nudzie samotności przymusowej, w pustce bezcelowego żywota – to gwałt niedorzeczny! I cóż na to odpowiemy?
Odpowiemy, że w istocie z ustawy nierozerwalności małżeństwa wynikają niekiedy dla jednostek nie małe cierpienia, – ale to nie jest wcale wystarczającym powodem, aby tę ustawę obalić, skoro ona wiedzie społeczeństwo ludzkie po drodze postępu! Lepszą jest ofiara, lepszym męczeństwo kilku, niż zagłada tysięcy. Interes jednostki musi zawsze ustępować wobec interesu społeczeństwa.

Zapewne: kto wiarę stracił, a rozum namiętnością ma przyćmiony, ten mnie nie zrozumie, ale ja się w tej chwili odzywam do wierzących chrześcijan.
I jeżeli kogo z was nierozerwalność małżeńska postawi czasem w bolesnym położeniu, szukajcie do dźwigania swego krzyża pomocy w łasce Bożej! a gdyby czasem komu nasuwała się pokusa zerwać z Kościołem i skorzystać z cywilnego prawodawstwa, taki niech wspomni, że "Bóg nie będzie nas sądził wedle prawa, które daje Państwo, ale wedle prawa, które On Sam daje" (św. Jan Złotousty).

Dewizą chrześcijańskich małżonków winny być te słowa Chrystusa Pana, które na początku przytoczyłem: "Co Bóg złączył, człowiek niechaj nie rozłącza!".

Amen.

Ks. Kazimierz Naskręcki, Życie nadprzyrodzone. Krótkie nauki o Sakramentach świętych i modlitwie. Warszawa 1936, ss. 300-306.
Pozwolenie Władzy Duchownej:
Nihil obstat
A. Wyrębowski S. Th. M.
Censor
Nr. 1623
IMPRIMATUR
Varsaviae, die 19 Martii 1935 anni.
Vicarius Generalis

+ St. GALL
Notarius
Dr. V. Majewski
© Ultra montes (www.ultramontes.pl)
Cracovia MMIV, Kraków 2004
POWRÓT DO STRONY GŁÓWNEJ:
1. NIE BĘDZIESZ MIAŁ BOGÓW CUDZYCH PRZEDE MNĄ.
Objawienia w Siekierkach w 1943 roku odnoszące się do Powstania Warszawskiego

.
Masoni zdawali sobie sprawę z tego, że aby osiągnąć powszechne rozluźnienie obyczajów potrzebna jest demoralizacja.

Starali się, aby romanse i rozwody sławnych ludzi były nagłaśniane w bulwarowej prasie tak, by te niemoralne zachowania przestały bulwersować, by spowszedniały i powoli stały się obowiązującą normą. …
More
Objawienia w Siekierkach w 1943 roku odnoszące się do Powstania Warszawskiego

.
Masoni zdawali sobie sprawę z tego, że aby osiągnąć powszechne rozluźnienie obyczajów potrzebna jest demoralizacja.

Starali się, aby romanse i rozwody sławnych ludzi były nagłaśniane w bulwarowej prasie tak, by te niemoralne zachowania przestały bulwersować, by spowszedniały i powoli stały się obowiązującą normą.

Postarali się także, by swobodę obyczajów lansowali pisarze i dziennikarze, sami żyjący według tego wzorca, tak długo, aż stanie się ona normą i nastąpi wyparcie z powszechnej świadomości zarówno pojęcia grzechu, jak i jego skutków [w książce autorzy zamieścili m. in. cytaty z autobiografii Ireny Krzywickiej, o znamiennym tytule: Wyznania Gorszycielki, gdzie bez żenady opowiada o sobie (pisarce, matce dwóch synów), mężu (znanym warszawskim adwokacie Jerzym Krzywickim) i... wieloletnim kochanku, żonatym pisarzu i krytyku teatralnym Tadeuszu Boyu-Żeleńskim]. świadectwa rozwiązłości znajdziemy nie tylko we wspomnieniach Krzywickiej.

Z długiej listy książek lansujących "nowy moralny ład" wybija się książka Tadeusza Wittlina Pieśniarka Warszawy. Biografia. Hanna Ordonówna i jej świat (Wydawnictwo POLONIA, Warszawa 1990). Jej autor na 300 stronach (małym drukiem!) relacjonuje życie gwiazdy, tzn. omawia trwające do ostatnich miesięcy życia romanse zamężnej artystki, podając bardzo szczegółowo źródła każdej informacji (por. także: Magdalena Samozwaniec, Maria i Magdalena. Z pamiętnika niemłodej już mężatki, W.A.B. 2009; Sławomir Koper, Życie prywatne elit drugiej Rzeczypospolitej, Bellona Warszawa 2009

Dzięki aktywnym propagatorkom wolności seksualnej masoni stopniowo osiągnęli cel, jakim było doprowadzenie do tego, że większa część społeczeństwa polskiego odrzuci chrześcijańskie zasady moralne, tj. prawa Dekalogu. Masoni przyjęli roztropną taktykę: "wyciszenia religii katolickiej nie rozumowaniem, ale psuciem obyczajów".
1. NIE BĘDZIESZ MIAŁ BOGÓW CUDZYCH PRZEDE MNĄ.
"ktobykolwiek opuścił żonę swą, a pojąłby inną, cudzołóstwa się dopuszcza przeciwko niej. A jeśliby żona opuściła męża swojego, a szłaby za drugiego,cudzołoży" (Mk 10, 11-12).

W tych słowach Zbawiciel ogłosił jasno nierozerwalność węzła małżeńskiego.

Dopóki przeto prawowita żona żyje, nie wolno mężowi chrześcijańskiemu pod żadnym warunkiem brać innej; tak samo, jak długo mąż prawy żyje, …
More
"ktobykolwiek opuścił żonę swą, a pojąłby inną, cudzołóstwa się dopuszcza przeciwko niej. A jeśliby żona opuściła męża swojego, a szłaby za drugiego,cudzołoży" (Mk 10, 11-12).

W tych słowach Zbawiciel ogłosił jasno nierozerwalność węzła małżeńskiego.

Dopóki przeto prawowita żona żyje, nie wolno mężowi chrześcijańskiemu pod żadnym warunkiem brać innej; tak samo, jak długo mąż prawy żyje, chrześcijańska żona nie może wyjść za innego. Inaczej, byliby winnymi zbrodni cudzołóstwa, zbrodni wielożeństwa i wielomęstwa i tym samym musieliby być wyłączeni z pośród wiernych Chrystusowych.

Takie jest prawo przez Boga ogłoszone, taka jest Wola Boża, i Kościół w żaden sposób zmienić jej nie może.
Rafał_Ovile shares this
323
Rozwody - brama do piekła
1. NIE BĘDZIESZ MIAŁ BOGÓW CUDZYCH PRZEDE MNĄ.
W Kościele Chrystusowym rozwodów nie ma.

Że wrogowie religii, o poglądach materialistycznych, występują ostro przeciw nierozwiązalności chrześcijańskiego Małżeństwa, temu się nie dziwmy, ale smutnym jest, gdy katolicy, którzy głoszą się za wierzących, nie rozumieją, dlaczego Kościół na rozwody nie zezwala.
1. NIE BĘDZIESZ MIAŁ BOGÓW CUDZYCH PRZEDE MNĄ.
Rozwód rodziców gorszy niż ich śmierć

Bogna Białecka


www.pch24.pl/rozwod-gorszy-n…

Czy rozwód zawsze jest złem? Czy nie lepiej się rozwieść niż do końca życia trwać w nieszczęśliwym małżeństwie „dla dobra dzieci”, które potem wypomną rodzicom, że zamiast się rozstać, męczyli się ze sobą? Czy można „dobrze” się rozwieść – tak, aby otoczyć dziecko, mimo rozstania, pełnią miłości mamy i taty?

More
Rozwód rodziców gorszy niż ich śmierć

Bogna Białecka


www.pch24.pl/rozwod-gorszy-n…

Czy rozwód zawsze jest złem? Czy nie lepiej się rozwieść niż do końca życia trwać w nieszczęśliwym małżeństwie „dla dobra dzieci”, które potem wypomną rodzicom, że zamiast się rozstać, męczyli się ze sobą? Czy można „dobrze” się rozwieść – tak, aby otoczyć dziecko, mimo rozstania, pełnią miłości mamy i taty?

W roku 2000 ukazała się książka Judith S. Wallerstein zatytułowana The Unexpected Legacy of Divorce, the 25 year landmark study (Nieoczekiwane dziedzictwo rozwodu – 25 lat przełomowych studiów). Profesor Wallerstein to postać o tyle niezwykła, że jest ona ekspertem pomagającym ludziom „dobrze się rozwieść”. Od kilkudziesięciu lat pracuje z rozwodzącymi się małżonkami i ich rodzinami. Prowadzi nawet wielkie centrum mediacji rozwodowych. W latach siedemdziesiątych postanowiła raz na zawsze naukowo udowodnić swoje racje i dowieść, że dobrze przeprowadzony rozwód nie jest groźniejszy w skutkach dla dziecka niż na przykład złamana ręka. Trochę boli, nawet mocno, ale potem czas leczy rany i wszystko wraca do normy. Dlatego objęła badaniem kilkaset dzieci osób, które przewinęły się przez jej centrum mediacji (a zatem doznały wszelkiej pomocy w jak najłagodniejszym przeprowadzeniu rozwodu). W kilkuletnich odstępach z każdym z dzieci prowadziła pogłębiony wywiad dotyczący ich relacji, osiągnięć szkolnych, wykształcenia, rodzicielstwa, pracy i tym podobnych.

W roku 2000 opublikowała kompletne wyniki swoich badań, które można streścić w jednym zdaniu: Rozwód jest najgorszą krzywdą, jaką możecie wyrządzić swojemu dziecku. I za to właśnie Judith S. Wallerstein zasługuje na szacunek. W przeciwieństwie do ideologów, mimo że wyniki badań zaprzeczyły jej założeniom, opublikowała prawdę.

Dzieci z rozbitych domów cierpią na więcej zaburzeń psychicznych, zdobywają gorsze wykształcenie, częściej popadają w nałogi, rzadziej zawierają związek małżeński i częściej rozwodzą się niż dzieci z rodzin pełnych. Co więcej, Wallerstein wykazała, że nawet śmierć rodziców jest mniej tragiczna w skutkach dla rozwoju dziecka niż ich rozwód.
Inaczej niż dzieci, które straciły rodziców wskutek choroby, wypadku lub wojny, dzieci z rozbitych domów, ze względu na porażkę rodziców, tracą potrzebny im wzorzec rodziny. Rozwodzący się rodzice mogą uznawać decyzję o zakończeniu małżeństwa za mądrą i odważną, za najlepsze lekarstwo dla swojego poczucia nieszczęścia (i tak może być), lecz dla dziecka rozwód ma jedno przesłanie: rodzice ponieśli porażkę w jednym z centralnych zadań dorosłości.

Czy społeczna akceptacja rozwodów zmienia cokolwiek?

Jak wyniki badań prowadzonych od lat siedemdziesiątych do roku 2000 mają się do dzisiejszej sytuacji rozwodników? Dziś powszechnie akceptuje się rozwód jako uzasadniony sposób poradzenia sobie z kryzysem małżeńskim. Istnieją już w tej chwili klasy złożone w przeważającej liczbie z dzieci z rozbitych domów. Rozwód jest normą, a dzieci rozwodników nie doświadczają społecznego ostracyzmu. A zatem można by się spodziewać, że negatywne skutki rozwodu powinny złagodnieć.

Pamiętajmy jednak, że w Stanach Zjednoczonych – miejscu przeprowadzenia badań – „rozkwit” liczby rozwodów zaczął się już pod koniec lat sześćdziesiątych. Co ważniejsze, badaczka wykazała, że nie tyle reakcja otoczenia, co sam fakt rozbicia rodziny wypala na dzieciach piętno. Świadomość, że w podobnej sytuacji są tysiące innych ludzi – nic nie zmienia. W dziecku zostaje zburzone zaufanie do rodziców, wiara w ich bezwarunkową miłość, zniweczone zostaje poczucie bezpieczeństwa. Znajoma Amerykanka, która jako dziecko przeszła specjalne warsztaty pomagające dzieciom w pogodzeniu się z rozwodem rodziców, ujęła to następująco: Wychodziliśmy z sali z uśmiechem, śpiewając piosenki, że rodzice nas kochają, a potem płakaliśmy w poduszkę, świadomi, że gdyby rodzice naprawdę nas kochali, to by się nie rozwiedli.

Wallerstein powtarza wielokrotnie na kartach książki: nie jest ważne, jak rozwód postrzegają dorośli. Nawet w środowiskach, w których rozwód jest normą, dzieci uważają rozpad małżeństwa rodziców za porażkę. Nie zmieniają tego nawet specjalnie przygotowane warsztaty, na których dowiadują się, że to powszechne doświadczenie, że miliony dzieci są w tej samej sytuacji. Dzieci z rozbitych domów mają wskutek tego wspólne (czasem odrzucane i głęboko ukryte) przekonanie: Nie ma czegoś takiego jak trwałe małżeństwo – porażka jest nieunikniona. Jak przyznaje autorka, niektórym osobom udaje się w końcu uwierzyć w możliwość stworzenia trwałego związku, najczęściej jednak dzieje się to po wielu latach, często po szeregu konkubinatów, czasem dopiero w drugim lub trzecim małżeństwie.

Fałszywe przekonania dotyczące rozwodu

Judith Wallerstein pisze: Dwa fałszywe założenia stanowią fundament naszych obecnych postaw wobec rozwodów. Pierwsze zakłada, że jeśli rodzice są szczęśliwsi, dzieci też będą szczęśliwsze. Nawet jeśli dzieci są zestresowane rozwodem, kryzys będzie przejściowy, ponieważ dzieci są elastyczne i zaradne, więc szybko się z tego otrząsną. O dzieciach nie myśli się w oderwaniu od rodziców; ich potrzeby, a nawet myśli są podporządkowane agendzie dorosłych. (…) Drugi mit opiera się na założeniu, że rozwód stanowi przejściowy kryzys, którego najbardziej raniące efekty ujawniają się w momencie zerwania. (…) Dorosłe dzieci z rozbitych rodzin mówią głośno i wyraźnie, że złość rodziców w momencie rozwodu nie była tym, co najbardziej zaważyło na ich życiu. O ile nie było przemocy, wysokiego poziomu konfliktu, mają tylko zamglone wspomnienia tego teoretycznie krytycznego momentu (…) Znaczące było wiele lat życia w porozwodowej lub wtórnej rodzinie – to poczucie smutku, samotności i złości w okresie dzieciństwa…

Przypomnijmy sobie, że „kulturalnie” przeprowadzony rozwód jest rzadkością. Regułę stanowi agresja wobec eks-małżonka, która może się ciągnąć latami. Jednak nawet jeśli rodzicom udaje się ułożyć opiekę nad wspólnym dzieckiem w przyjaznej atmosferze – według badań Wallerstein – niewiele to pomaga. Dzieci zwyczajnie schodzą na drugi plan. Rodzice muszą ułożyć sobie na nowo życie i nie są w stanie, mimo najlepszych chęci, zapewnić dziecku dobrych warunków rozwoju. Sytuacja, gdy jedno lub oboje rodziców wchodzi w kolejny związek, przynosi dodatkowe obciążenie dla dziecka. Rozwodnikom zależy, by drugi związek się nie rozpadł. Nie chcą przechodzić tego samego cierpienia po raz drugi. Okazuje się, że w stosunku do nowego partnera/partnerki są skłonni do o wiele dalej idących kompromisów niż wobec pierwszej żony/męża. W rezultacie, gdy powstaje konflikt między potrzebami dziecka z pierwszego małżeństwa a potrzebami nowego partnera lub dzieci z nowego związku – z reguły wygrywa nowa rodzina.

Jakie możemy z tego wysnuć wnioski? Przede wszystkim takie, że jeśli ktoś kocha swoje dzieci, powinien zrobić wszystko, by ocalić małżeństwo w kryzysie. Problem polega na tym, że gdy emocje zaćmiewają rozum, gdy na pierwsze miejsce u osób w kryzysie wychodzi podsycane przez współczesną kulturę przekonanie, że przede wszystkim trzeba zadbać o własne potrzeby, dzieci – wbrew deklaracjom – przestają być ważne. A zatem chyba jedyny logiczny wniosek to: dbać o małżeństwo od samego początku, by do kryzysu nie doszło.

Bogna Białecka – psycholog, stały współpracownik „Polonia Christiana”, redaktor portalu pytam.edu.pl.